niedziela, 14 lipca, 2024
Strona głównaDziałyRaporty SpecjalneOpowiadania z wojennego Kijowa

Opowiadania z wojennego Kijowa

Miasto wita porankiem snującym leniwe mgły nad dworcem. Podróżni wysiadają z pociągu i tłoczą się przy schodach wiodących na długą, przeszkloną przewiązkę łączącą stary budynek dworca z nowym gmachem. Groźnie wyglądający uzbrojeni żołnierze sprawdzają dokumenty przyjezdnych. Kolejna kontrola czeka przy wyjściu. Prześwietlanie bagaży, sprawdzanie, czy pasażerowie nie przenoszą niebezpiecznych materiałów. Lęk przed zamachami terrorystycznymi, przed bombardowaniem, atakiem dronów i rakiet – to codzienność stołecznego miasta, które jeszcze kilka miesięcy temu przez całą dobę toczyło beztrosko radosną egzystencję. Ten lęk przenosi się na zwykłych ludzi, nie chcą, aby ich fotografować, pisać jak się nazywają, gdzie mieszkają. Człowiek z aparatem fotograficznym może być wrogiem. Panuje powszechna podejrzliwość. I trudno się dziwić, bo mieszkańcy stolicy są przekonani, że Rosjanie polują na tych, którzy z nimi walczą – a walczą tutaj wszyscy, każdy na swój sposób.

Zniszczone przez rakiety budynki mieszkalne. Fot. Archiwum autora

Kijów osierocony został przez część mieszkańców, którzy uciekli przed wojną, zginęli albo walczą na foncie. Brakuje młodych ludzi, dzięki którym miasto zyskiwało niepowtarzalny, radosny klimat. Jedynie na cmentarzach przybywa szybko grobów, na których leżą obrońcy Ukrainy. Z nagrobnych portretów patrzą często dziecięce jeszcze twarze poległych.

Kilka miesięcy temu miasto kipiało kawiarnianym i ulicznym gwarem pełnym muzyki i beztroski młodych. Ta młodzież radosna, zdawałoby się pozbawiona głębszych ideałów, przeszła w kilka miesięcy niezwykłą metamorfozę – od wyznawców lekkiego życia, szybkich samochodów, pieniędzy i beztroski – do heroizmu, bohaterskich czynów i postaw znanych nam z opowiadań o Powstaniu Warszawskim. Dzisiaj, oprócz armii, nastoletnie dzieci z karabinami i butelkami koktajlu Mołotowa bronią wolności i życia swoich bliskich. Często są nieświadomi tego, że chronią również naszą, europejską cywilizację, która dobrowolnie zmierzała w kierunku katastrofy. Wolność, demokracja i kultura jest dzisiaj wrogim celem pokracznego, putinowskiego imperium. Kijów stał się pierwszym, ale nie ostatnim, symbolem niezłomnego miasta, które wytrzymało nawałę, które odparło przeważające siły Orków – jak tutaj nazywa się najeźdźców z Rosji.

Poranione, wysokie budynki mieszkalne i biurowe sprawiają wrażenie legendarnych stworów szczerzących zęby budowlanych zbrojeń i betonowych konstrukcji rozerwanych wybuchami rosyjskich rakiet. Czarne oczodoły rozerwanych eksplozją ścian patrzą groźnie na ulice.

Rakiety, piwnice, szczury i ludzie

Do hotelu jadę taksówką. Kierowca, Gruzin, który z własnego kraju uciekł przed wojną, mieszka od 10 lat w Kijowie. Gdy na miasto napadli Rosjanie, chronił się z rodziną w piwnicach, a na zewnątrz trwał nieustający atak artyleryjski i rakietowy. Strzelali snajperzy. – Siedzieliśmy po ciemku. Wypaliły się ostatnie świece. Jedyną latarkę oszczędzaliśmy i zapalaliśmy tylko w wyjątkowych sytuacjach. Kończyła się woda przyniesiona przez sąsiadów w wiaderkach z jakiegoś ocalałego mieszkania. Racjonowaliśmy ją – trzy kubki dziennie dla dzieci i dwa dla dorosłych. Nikt nie mógł wyjść z piwnicy, bo w dzień i w nocy strzelali snajperzy. Brakowało jedzenia. Pilnowaliśmy go, bo przed ostrzałem uciekały do piwnic również szczury, głodne i spragnione jak my sami. To nie jedyne zwierzęta, jakie nam towarzyszyły. Moje dzieci zabrały ze sobą dwa koty, które wystraszone wybuchami, nastroszone, nie schodziły z kolan. Głodne tak jak my, przerażone straciły nawet zainteresowanie chodzącymi wokół szczurami. Przez jakiś czas odbieraliśmy wiadomości w telefonach. Zanim wyczerpały się baterie, padła łączność telefoniczna i internetowa. Wcześniej docierały do nas wieści o masowych morderstwach w pobliskiej Buczy i innych miejscowościach. Przerażone dzieci pytały, czy jak przyjdą Rosjanie, to nas też zabiją? My baliśmy się tak samo jak maluchy – opowiada kierowca.

Z wiadomością, że już można wyjść z piwnicy, wpadli do nas sąsiedzi – dwóch dziewiętnastolatków z karabinami i czternastoletni chłopak z butelkami koktajlu Mołotowa. Szczęście trwało krótko – piętro naszego bloku i nasze mieszkanie płonęło, trafione rosyjskim pociskiem. Moja dwudziestoletnia córka wpadła w szał i spod tej ruiny od razu poszła zaciągnąć się do wojska. Nie wiem, gdzie walczy. Czasem zatelefonuje i wtedy cieszymy się, że nadal żyje.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia – stwierdza kierowca. – Ostatnio uczestniczyłem w ekshumacjach zamordowanych Ukraińców. Jestem twardym facetem, ale kiedy odkopano zmasakrowane dzieci, to straciłem przytomność – w oczach tego potężnego mężczyzny pojawiają się łzy. – Jak świat nie zrozumie, że z Rosją można rozmawiać tylko z pozycji siły, to niebawem takie rzeczy będą się działy również w Niemczech, Francji, Belgii… i Bóg jeden wie gdzie jeszcze – mówi.

Elewacja hotelu w barwnych malunkach rozbawionych dzieci jest jak jasny promyk w ciemnościach wojny. Fot. A. Klimczak

Wojna nas zmieniła

Zajeżdżamy przed hotel. Elewacja w barwnych malunkach rozbawionych dzieci jest jak jasny promyk w ciemnościach wojny. Wnętrze przypomina, że wojna trwa nadal. Recepcja przyjmuje gości przy świecach i świetle latarek. Putinowcy zniszczyli część infrastruktury energetycznej. Od tego czasu na zmianę w różnych dzielnicach Kijowa włącza się prąd, aby chociaż na chwilę pojawił się tam, gdzie go nie było.

Podróżna latarka czołówka pozwala trafić ciemnym korytarzem do pokoju. W łazience ciepły prysznic z wodą ze ściennego bojlera! To dobro rzadko dostępne jest teraz w Kijowie. W wielu miejscach zupełnie brakuje wody.

Właścicielka hotelu zdobywa „wrzątek” na herbatę. Woda w metalowym kubku grzana w płomieniu świecy wymaga długiego moczenia expresówki, aby nieco zmieniła kolor. – Jak jest prąd, to przygotowujemy posiłki dla gości, ale tym razem został tylko kawałek sernika – tłumaczy zażenowana. – Kiedy zaczęła się wojna, to nasi pracownicy poszli do wojska, a część wyjechała za granicę. Z mężem zostaliśmy tylko we dwójkę. Dzielimy czas między pracę w hotelu i dzieci – najstarsza córka ma 22 lata i już pracuje. Pozostała z nami trójka małych jeszcze chłopaków. Uczą się zdalnie, ale tylko wtedy, kiedy jest prąd. Większość szkół pracuje w normalnym trybie, ale rodzice boją się puszczać dzieci, bo nie wiadomo, kiedy na miasto znów spadną rakiety – mówi.

To jedyny hotel w mieście, który od początku wojny nie przerwał działalności ani na chwilę. Od 24 lutego był zajęty przez uciekinierów ze wschodniej Ukrainy. Mieszkali za darmo.

Dzisiaj mamy jeszcze kilku, a resztę pokoi wynajmujemy – tłumaczy właścicielka. – Hotelowi goście pojawiają się jednak niezbyt często. Boją się wojny, rakiet, dronów i bestialstwa najeźdźców. Nieważne co jeszcze się wydarzy – my będziemy trwać – podkreśla.

Maks, prowadzący hotel z żoną, wpadł na genialny pomysł. Pomieszczenie na parterze zamienił na kuchnię minikawiarenki. Przez okno serwuje kawę, owsiankę na mleku, własną herbatę z ziół i korzeni i ciasteczka żoninej produkcji. Genialne rozwiązanie polega na tym, że sprzedawane artykuły nie mają ceny. Każdy płaci wedle uznania lub możliwości. Są i tacy, których nie stać na zapłatę, ale są stałymi i mile widzianymi bywalcami. Właściciel każdego wita uśmiechem i dobrym słowem. Przychodzą do niego nie tylko sąsiedzi z wielkich blokowisk, ale też ci z odleglejszych miejsc Kijowa. Pisarze, profesorowie zacnych uczelni, zwykli pracownicy okolicznych firm, ale też ludzie okaleczeni życiowymi doświadczeniami, bezdomni, beznadziejnie zagubieni. Każdy z nich podejmowany jest jak wyjątkowy gość, z szacunkiem i życzliwym uśmiechem. To mieszane towarzystwo, stojąc na placyku-klepisku przed hotelowym okienkiem-kawiarnią, wdaje się w rozmowy, przy których filozofowie oraz przedstawiciele wielu innych nauk mogliby zyskać sporo wiedzy i mądrości. Gdy wywiązuje się spór, wkracza Maks i celnymi uwagami godzi strony. Słuchają go z uwagą uniwersyteccy profesorowie, zwykli sąsiedzi i zagubieni w życiu bezdomni i uzależnieni.

Wojna nas odmieniła, uświadomiła jak wszyscy jesteśmy dla siebie cenni – tłumaczy Maks. Doświadczam tego przy pożegnaniu, gdy właściciele hotelu traktują mnie jak starego przyjaciela, a nie klienta, którego poznali wczoraj.

Wojna zabiera wszystko

Zmieniło się miasto, w którym wcześniej bywałem. Mniej ludzi na ulicach. Z rzadka widywane uśmiechy, wymuszone i smutne. Tam, gdzie jeszcze niedawno było gwarno, dzisiaj panuje grobowa cisza. Niedaleko stacji metra, na podmurówce, siedzi starsza kobieta z dwójką kilkuletnich dzieci. Ubrana w znoszony płaszcz. Czteroletnia dziewczynka wtulona w swoją babcię śpi, jej sześcioletni brat patrzy przed siebie ze wzrokiem utkwionym w jakiś niewidzialny punkt. Kiedy przechodzę obok, kobieta nagle wyciąga przed siebie kościstą rękę trzymającą papierowy kubek. Prosi o pieniądze. Zaskoczony zatrzymuję się. Kobieta nie wygląda na żebraczkę. Sięgam do kieszeni i wyciągam hrywny. Kobieta wybucha płaczem budząc czterolatkę. Uspokajam starszą panią i wypytuję, co się dzieje. – To moje wnuczki – wskazuje na dzieci. – Mama z tatą poszli na front. Nie mam od nich wieści. Nie wiem, czy żyją. Straciliśmy wszystko po jednym z rosyjskich ataków. Mieliśmy piękny dom w Buczy – wie pan – to niedaleko od Kijowa. Żyło nam się dobrze. Wszyscy mieliśmy pracę. Dzieci były szczęśliwe, roześmiane. Od miesięcy nie uśmiechnęły się ani raz. Rosjanie w Buczy rozpętali piekło. Widziałam jak strzelali do niewinnych ludzi. Mordowali z zimną krwią. Ukrywaliśmy się przed nimi. Po kilku dniach uciekliśmy z miasta. Błąkaliśmy się po okolicznych miejscowościach, spali w domach, garażach, stodołach. Przyjechaliśmy do Kijowa, bo tutaj mamy znajomych. Mieszkamy w garażu, bo ich samochód spłonął w czasie rosyjskich ataków. W domu mieszkają uchodźcy. Szukałam pracy, ale wiele firm już nie istnieje, a ja mam swoje lata i nie mogę pracować fizycznie. Wstydzę się ogromnie, ale jednocześnie żebrzę, dla wnuków. A pan z Polski? Nagle kobieta łapie mnie za dłoń i próbuje ją pocałować. Wyrywam się z jej uścisku. Pan nie wie, jak Ukraińcy są wdzięczni Polsce i Polakom. To dzięki Wam jeszcze żyjemy – kobieta znowu wybucha płaczem a tym razem wtórują jej dzieci i płaczą choć same nie wiedzą dlaczego.

Nagle powietrze wypełnia przeraźliwy dźwięk alarmu – powitrjana trywoha – dzieciaki jak na komendę zrywają się na równe nogi i niepoganiane biegną do wylotu metra. To wielki, naturalny schron dla mieszkańców Kijowa. Wokół czai się lęk. Starsi się modlą szepcząc: Otec nasz szczo na nebiesach… Inni przyjęli pozę obojętną, lecz nasłuchują skąd dobiegną odgłosy eksplozji. Nieliczni młodzi, buńczuczni śmiechem zagłuszają własny lęk.

Po 40 minutach znowu wyją syreny, tym razem odwołują alarm i tłum ludzi wysypuje się ze stacji metra na ulice. Nie wiedzą jeszcze, że jutro w nocy Orkowie znowu zasypią Kijów rojem rakiet, niszcząc sieć energetyczną, wodociągową i mieszkalne budynki. Znowu wielu ludzi straci życie, inni cały dobytek, a dzieci rodziców. Wszyscy są jednak zdecydowani trwać do końca, żyć lub umrzeć z bronią w rękach.

Andrzej Klimczak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -