Strona głównaOpowiadania„Fałszywe anioły” (fragment 2)

„Fałszywe anioły” (fragment 2)

Małgorzata z Amelią dogadywały się bez problemu. Były żywym zaprzeczeniem twierdzenia „synowa kontra teściowa”. Jak obrały wspólny front, to Lucjan nie miał nic do powiedzenia. Wiedziała, że jej jedynakowi się poszczęściło. Lucjan dobrze trafił – myślała patrząc pod światło na czerwony płyn połyskujący na dnie kieliszka. – Amelka jest dobrą matką i żoną. Zwariowana, z szalonymi pomysłami, ale z sercem na dłoni. – Wzrok jej spoczął na pliku banknotów leżących na stoliku. Dziesięć tysięcy. Chciała je dać synowej, ale ta nie wzięła. Przeleje im na konto. Przyda się na remont. Jeśli zdecydują się zamieszkać w domu po babci Ali. Ta odziedziczona po ciotecznej babce chałupa pod Oświęcimiem wymaga generalnych przeróbek, a to sporo kosztuje. Odwróciła głowę w stronę okna. Na razie nie chciała patrzeć na dużą paczkę zawiniętą w szary papier i opartą o ścianę. Na razie. Zastanowi się, co z tym zrobić. Ale… To kusi. Bardzo kusi. – No, zobaczymy – powiedziała głośno do kieliszka i wypiła resztę wina.

* * *

Nadkomisarz Tomasz Zaleśny siedział przy biurku, w swoim „gabinecie”, jak ochrzcił klitkę, którą mu przydzielono w chwili awansu.

Służbowy telefon terkotał od dłuższej chwili. W końcu policjant niechętnie odebrał. Przed nim piętrzyły się sterty papierów i fiszek z notatkami, które trzeba było ogarnąć, zrobić z tego sensowny protokół, wklepać do komputera i wysłać do prokuratora. Cholera, znowu wcisnął nie ten klawisz co trzeba. Sprawa zakończona, nic nowego na widoku, może wreszcie dostanę te dziesięć dni zaległego urlopu? W domu, o dziwo, nic się nie działo. Błogi spokój. Nagle coś go tknęło. Spokój? Czyżby cisza przed burzą? Od dłuższego czasu żona nie wplątała się w żadną aferę. I to było niepokojące.

– Komisarz Zaleśny, słucham.

– Witaj Tomku, mówi Rudolf Racewicz, mam delikatną sprawę.

– Cześć, a czemu dzwonisz na służbowy?

– Bo to poniekąd służbowa sprawa, ale nieoficjalna.

– Mów. – Intuicja mu podpowiedziała, że będą problemy.

– To na razie tylko moje przypuszczenia… Wiesz, że jestem wyczulony na… A zresztą, powiem wprost. Pojawiły się nieznane dotąd anioły. Same anioły.

– A znane pojawiały się wcześniej? – Nadkomisarz pomyślał, że przyjacielowi kompletnie odbiło.

– No tak! – Rudek nie wyczuł ironii – I miały swoją cenę, a te… Myślę, że nie są prawdziwe.

– Okej – z wariatami trzeba rozmawiać delikatnie. – Gdzie je ostatnio widziano?

– Miałem cynk z Wrocławia i Rzeszowa. Krążą po całej Polsce. Naliczyłem do tej pory cztery. Jeden widziałem. Daję głowę, że fałszywy.

Już całkiem z nim źle, pomyślał, a głośno dodał. – Nie rozumiem.

– Mówię ci, to jest podejrzane. To nie kopie, nowe, całkiem nowe obrazy. Moim zdaniem świetnie zrobione podróby.

– Obrazy? Jakie obrazy? – Zaleśny poczuł, że ma w głowie mentlik.

– No przecież mówię. Anioły! – Zniecierpliwił się Rudek. – Anioły Malczewskiego! Jacka Malczewskiego!

* * *

Małgorzata Pisarska po wycieczce do Włoch, a było to już dobre kilka lat temu, zakochała się we włoskiej kuchni. Nie mówiąc już o przystojnym Włochu, który serwował różne specjały i uśmiechał się jak Brad Pitt. Po powrocie do domu ze zdziwieniem odkryła, że w Oświęcimiu też może zjeść coś włoskiego, całkiem dobrego, niestety, bez dodatku przystojnego kelnera. Od tej pory została stałym bywalcem Portobello. Przyjaciółki nie miały nic przeciw temu. Anka – wegetarianka bez trudu mogła coś dla siebie znaleźć w menu, a Kićce było zupełnie obojętne co je. Zawsze powtarzała, że je, żeby żyć, a nie żyje, żeby jeść.

Restauracja, znajdująca się w zabytkowej wilii pochodzącej z 1935 roku, niemal w centrum starego miasta, przyciągała ludzi nawet z okolicznych miejscowości. Nie tylko jednak budynek, ale przede wszystkim ogród, otaczający restaurację z mnóstwem różnorodnych roślin i kilkudziesięcioletnich drzew.

– To największy ogród przy restauracji w całej Polsce – zapewniała Klaudia, uśmiechnięta kelnerka.

Każdy stolik był oddzielony od pozostałych bujną roślinnością, co stwarzało intymny nastrój. Można było swobodnie rozmawiać. Dlatego też przyjaciółki spotykały się tam zawsze wtedy, gdy miały coś ważnego do obgadania. Tak było i tym razem. Niemal siłą zaciągnęły Ankę do ulubionej restauracji.

Był pogodny wieczór. Czerwiec rozpieszczał ładną pogodą po ostatnich ulewach. Siedziały w ogrodzie osłonięte od reszty gości zieloną gęstwiną.

– To co zamawiamy?

– Może dzisiaj ciasto czekoladowe?

– Do tego kawa i po lampce wina.

Rozmawiały głośno, od czasu do czasu wybuchając śmiechem.

– No dobra. Pożartowałyśmy trochę. – Kićka upiła spory łyk kawy. – A teraz mówcie, co u was? Aniu, twoje ostatnie wiersze są takie smutne. Co się dzieje? – Popatrzyła jej prosto w oczy. – Mów prawdę!

– Samą prawdę i tylko prawdę. – Poparła ją Gośka.

* * *

Małgorzata powoli odłożyła komórkę.

– To koniec. Wszystko się wydało.

– Co się wydało?

Przyjaciółki popatrzyły na nią z zainteresowaniem.

– Jestem aresztowana.

Ance spadł z widelczyka na podłogę kawałek sernika, który akurat chciała zjeść i znieruchomiała z otwartymi ustami.

Kićka zbyt energicznie odstawiła filiżankę, aż kawa chlapnęła na stół.

– Co?!

Kilka osób przy sąsiednich stolikach przestało rozmawiać i patrzyło bez skrepowania w ich stronę.

– Jestem aresztowana – powtórzyła głośno Gośka.

– Wychodzimy! – Kićka skinęła na kelnerkę, uregulowała rachunek i szybko opuściły restaurację.

* * *

To nie był pokój przesłuchań jak w filmach. Po prostu siedziała przy biurku naprzeciw mężczyzny po czterdziestce, ubranego w szary garnitur i szarą koszulę. W ogóle był jakiś taki szary. Za to charakter czarny, przeszło przez myśl Małgorzacie.

– Co pani robiła 24 czerwca między szesnastą a siedemnastą?

Czyli wiedzą już wszystko. Ciekawe, ile lat grozi mi za te fałszywki.

– Byłam w antykwariacie.

– Po co pani tam poszła?

– Sprzedać obraz.

– Jaki obraz?

– Olejny. Taki, nieduży. Pola, łąki, mały chłopczyk i anioł.

– Religijny? – spytał komisarz bez większego zainteresowania.

– Niezupełnie.

– Nie znaleziono żadnego takiego obrazu na miejscu zbrodni.

– Zbrodni?

– Tak, a dowody wskazują na panią. Pani numer telefonu był w zaciśniętej dłoni denata. Pani wyszła od niego tuż przed 17:00. Są świadkowie – zablefował. – Proszę wytłumaczyć, skąd pani numer telefonu miał zabity?

– Sprzedałam mu obraz. Był wtedy jeszcze całkiem żywy. Mówił, że jak znajdzie kupca, to zadzwoni. Tylko tyle.

– Jeszcze? A kiedy przestał być żywy?

Gośka wzruszyła ramionami.

– Nie miałam powodu go zabijać.

– To się okaże. Okazja czyni… – chciał dodać mordercę, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. – Tymczasem proszę nie opuszczać miejsca zamieszkania.

– Jestem o coś oskarżona?

– To się okaże – powtórzył i wykrzywił się w niby uśmiechu.

* * *

Była 3 w nocy. Ciemna postać przemknęła przez puste o tej porze ulice Starego Miasta. Zatrzymała się na Małym Rynku pod drzwiami antykwariatu. Rozejrzała bacznie i jednym szybkim szarpnięciem zerwała policyjne plomby. Wyjęła z kieszeni klucz, otworzyła drzwi i weszła. Delikatny snop latarki oświetlił wnętrze. Postać wiedziała czego szukać, ale nie wiedziała gdzie. Przetrząsnęła szuflady, pootwierała szafki wyrzucając z nich wszystko na podłogę. Gdzie to może być? Przecież, do cholery, nie ma tu żadnego sejfu ani kasy pancernej. Na zapleczu stała stara szafa pełna dokumentów i jakichś rupieci. Włamywacz zaczął nerwowo wyrzucać wszystko z przepadlistego wnętrza. Pusto. Podłoga szafy była lekko wybrzuszona. Przy delikatnym dotknięciu odskoczyły dwie klepki. Na dnie leżała metalowa skrzyneczka. A tu się ukryłaś! Intruz wpakował ją do dużej torby stękając, że taka ciężka i wyszedł, nie przejmując się pozostawionym bałaganem.

Jadwiga Buczak


Jadwiga Buczak – Oświęcimianka z urodzenia, Rzeszowianka z wyboru. Pisarka, poetka i wielbicielka psów. Z zawodu bibliotekarka. Autorka komedii kryminalnych i licznych opowiadań publikowanych w czasopismach i wydaniach zbiorowych. Ma na koncie również trzy tomiki wierszy i bajkę dla dzieci. Oprócz pasji literackiej ma jeszcze inną – malarstwo olejne i rysunek.

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane