poniedziałek, 17 maja, 2021

„Pranie”

Publikujemy kolejne opowiadanie w naszym cyklu, a drugie Małgorzaty Żureckiej. Pisarka opowiada w nim kolejne przygody głównej bohaterki – Nusi. Dziewczynka wyjeżdża na wakacje do babci, gdzie któregoś dnia pomaga w praniu poszew, prześcieradeł, bielizny i innych rzeczy w pobliskiej rzece, i gdzie natrafia na leżące na brzegu lub wystające z wody macewy…


Nareszcie wakacje. Nusia jedzie do babci!

Już w pociągu była podekscytowana, wypatrywała przez okno znajomych miejsc na horyzoncie. Z powodu gruźlicy matki często wyjeżdżała na wieś do babci Wiesi i wujków – braci matki. Starsi mieli już swoje rodziny, a z babcią mieszkał najmłodszy z nich.

Pociąg sunął wysoko po nasypie kolejowym.

– No, nareszcie! Jest most kolejowy, już widać kładkę na rzeczce, jeszcze biała kapliczka i z czerwonej cegły dom babci!

– O! Babcia stoi przed domem.

Nusia wysunęła rękę przez okno i z całej siły pomachała. Babcia zauważyła ją w oknie pociągu i też radośnie pomachała.

Babcia z góry wyglądała jak mała szmaciana lalka w chustce na głowie.

Na powitanie Dziodzia, mały czarny ratlerek, skakała niemal na głowę Nusi, liżąc jej buzię i radośnie pomrukując. Nusia rzuciła się do niej.

– Mój ukochany piesku, ale się za tobą stęskniłam!

To ojciec parę lat temu kupił Dziodzię od jakiegoś człowieka, z którym podróżował pociągiem i który koniecznie chciał się pozbyć suczki. Oczywiście ojciec przywiózł ją do Skoszowa, do swojej dobrej teściowej. Nikt nie wie, dlaczego tak nazwał suczkę.

Dziodzia tańczyła na tylnych łapach, lizała matkę po ręce, prosząc w ten sposób o smakołyki – tym razem w pyszczku wylądowała kostka czekolady.

Matka zapowiedziała Nusi, że na następny dzień rano wraca do domu i zostawia ją u babci na całe wakacje.

Nusia nie przejęła się już tym tak jak dawniej, kiedy jeszcze nie chodziła do szkoły i każde rozstanie z matką przeżywała bardzo boleśnie. Wtedy za każdym razem musiano użyć podstępu i kłamstwa, aby nie zauważyła, że matka pakuje walizkę i zbiera się do odjazdu. Najtrudniej było, gdy przyjeżdżała do Nusi tylko na krótkie odwiedziny w czasie swoich szpitalnych przepustek. Matka jawiła się Nusi królewną, najpiękniejszą na świecie. Uczepiona jej ręki nie odstępowała jej ani na krok. A kiedy spostrzegła, że nie ma matki i została oszukana, dostawała histerii i płakała tak długo, że kończyło się to gorączką i kilkudniową apatią.

Teraz wiedziała, że przyjadą do babci jeszcze dwie kuzynki i kuzyn, dzieci siostry matki, że będzie naprawdę wesoło i będą się razem wygłupiać.

A póki co, babcia Wiesia zapowiedziała na drugi dzień pranie i kochana wnusia będzie musiała jej pomóc. Pogoda piękna u progu lipca, więc trzeba wykorzystać okazję i wyprać pościel, której sporo się uzbierało.

* * *

Rankiem ryk krowy sąsiadów obudził Nusię.

Uwielbiała tę krowę, nazywaną Lalką. Obiecała sobie, że na pewno pójdzie ją odwiedzić i zaniesie jej kilka liści buraków cukrowych, za które kiedyś krowa podziękowała jej wielkimi łzami, które pociekły z jej ogromnych, błyszczących oczu.

Babcia krzątała się od samego rana, gotując na węglowej kuchni, w wielkim blaszanym kotle wodę, którą wcześniej w wiaderkach przyniósł ze studni pod domem wujek Adam. W powietrzu unosił się zapach kawy zbożowej.

Nusia złapała garnuszek, nalała sobie z fajansowego dzbanka świeżo zaparzonej, dobrze posłodzonej kawy zabielonej mlekiem, wypiła duszkiem. Tylko tutaj, w Skoszowie, tak wspaniale smakowała jej taka kawa. Babcia Wiesia rozkroiła wielką pszenną bułkę, posmarowała masłem i owocową marmoladą, podała małej i z niedowierzaniem przyglądała się, jak jej wnuczka – niejadek, z apetytem wcina bułę. Uśmiechnęła się i pogłaskała małą po jej prostych, czarnych, obciętych na pazia włosach, przykrótką grzywką nad czołem.

Przed domem stała już metalowa ocynkowana balia, a w niej moczyły się białe lniane poszwy, prześcieradła, serwety, obrusy i bielizna.

Woda była ciepła i śliska od płatków mydlanych. Nusia zanurzyła dłonie i delikatnie ugniatała bieliznę, przyglądając się słonecznym świetlikom na jej powierzchni. Zapowiadał się upalny dzień. Babcia Wiesia wsunęła do balii drewnianą tarę do prania z pofalowaną blaszaną powierzchnią. Wiedząc, jak bardzo Nusia lubi się chlapać, zachęcała ją:

– Weź potrzyj porządnie, żeby było czyste.

Nusi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Przyłożyła się co sił do tary i pocierała o nią pranymi płóciennymi kawałkami, one jednak wymykały się jej co rusz z małych dłoni pod wodę, która wychlapywała się z balii pod jej nogi i na sukienkę. Zrzuciła sandałki i z rozkoszą przebierała stopami po błotku i mokrej trawie, czuła jak przykleja się do jej brzucha mokra sukienka.

– Zaraz wyschnie, bo słonko coraz mocniej przygrzewa – rzuciła babcia i delikatnie odsunęła Nusię, teraz sama solidnie przyłożyła się do prania, od czasu od czasu gładząc kostką szarego mydła prany kawałek, aż strużka potu zabłyszczała na jej skroni. Na koniec włożyła do balii lnianą szmatkę, w którą był zawinięty niebieski proszek – ultramaryna, nazywany popularnie przez gospodynie „siwką”, od siwego, czyli niebieskiego koloru, zwanego tak w tych stronach, ze lwowska. Kilka razy mocno zakręciła nią w wodzie. Popłynęły mocno błękitne strużki, nadając wodzie kolor nieba.

– To żeby białe płótno miało błękitny odcień, a nie żółty, i wyglądało na jeszcze bardziej białe – pouczała babcia, widząc zaciekawienie Nusi.

– Gotowe. Teraz wykręcimy wszystko i hola do rzeki! – śpiewnie wykrzyknęła.

Nusia z całej siły kręciła jeden koniec prześcieradła, a drugi ściskała mocno babcia.

Wkrótce w małej balii z uszami wylądowały wszystkie prane rzeczy.

Złapały balię, każda z jednej strony, i równym krokiem pomaszerowały ścieżką w stronę rzeki. Sucha ziemia na ścieżce, nagrzana słońcem, parzyła stopy, drobne kamyki wciskały się pomiędzy palce stóp, ale to nie przeszkadzało bosonogiej Nusi, była dumna, że pomaga babci.

Rzeka płynęła spokojnie i leniwie, jak na wakacyjny czas przystało. Babcia urwała wierzbową witkę i odgoniła pływające kaczęta, wołając – hula, hula! Ustawiły balię na czarnym, lśniącym kamieniu z dziwnymi znaczkami. Babcia, widząc zaciekawienie wnuczki, rzuciła od niechcenia:

–To napisane po hebrajsku, taka gwiazda to Żydów. Niemcy w czasie okupacji z cmentarza tu przywieźli, to ich nagrobki – macewy, umacniali nimi most kolejowy. Po wojnie nasi wybudowali nowy most, a te strącili na brzeg. I tak już zostało.

Obie klęczały na rozgrzanych słońcem macewach, nachylone nad wodą potrząsały bielizną zanurzoną w przejrzyście czystej rzece. Białe smugi mydlin płynęły z nurtem i razem z nim ginęły.

Babcia podśpiewywała:

Jedzie, jedzie Żyd ubogi,
Siana nie ma, owies drogi.
Jedzie, jedzie, wóz popycha,
A po drodze koń mu zdycha.

Aj waj bum, silaj bum.
Aj waj bum, silaj bum.

Szła Żydówka koło kramu
Nakupiła marcypanu.
Marcypanu drobniutkiego,
Miała Żydka maleńkiego.

Aj waj bum, silaj bum.
Aj waj bum, silaj bum.

Nusia wtórowała babci cienkim głosikiem:

Aj waj bum, silaj bum.

Wróciły tą samą drogą wzdłuż kolejowej skarpy, powiesiły pranie na sznurach przywiązanych do drzew w ogrodzie. Do wieczora wszystko wyschło na pieprz, płótno pachniało słońcem i powietrzem.

Nusia myślała o macewach i o zamordowanym żydowskim małżeństwie z miasteczka, rozstrzelanym przez hitlerowców i zakopanym tuż przy ścieżce ogrodu babci. Jeszcze jest w tym miejscu zagłębienie w zarośniętym trawą kawałku kolejowej skarpy.

Rozmyślała i o tym, dlaczego nikt tych Żydów nie chce zabrać z tej skarpy na cmentarz, nawet swoi, choć babcia to zgłaszała w różnych urzędach.

Małgorzata Żurecka


Małgorzata Żurecka – poetka, pisarka-nowelistka. Od 2006 r. jest członkinią Związku Literatów Polskich, od 2020 pełni funkcję prezes Oddziału Rzeszowskiego ZLP. Wydała 7 tomików poezji: „Piąta pora konieczności”, Stalowa Wola: „SZTAFETA”, 2001; „OSTATNI ANIOŁ GORYCZY”, Stalowa Wola: „SZTAFETA”, 2005; „W KAPSULE CODZIENNOŚCI”, Rzeszów: Oddział Rzeszowski ZLP, 2007; „IN & OUT. DWUGŁOS LIRYCZNY”. Żurecka Małgorzata, Dorota Jaworska [wspólny zbiór poezji], Petrykozy: Muzeum Jadwigi i Wojciecha Siemionów, 2010; „UCIECZKA Z KRAINY POZORU”, Rzeszów: Oddział Rzeszowski ZLP, 2011; „NAGA MALWA”, Stalowa Wola: „KAVA DESIGN-JACEK KAWA”, 2013; „KOS ŚPIEWA LATO”, Rzeszów: Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2016 oraz zbiór opowiadań „NUSIA”, Rzeszów: Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2019. Jest także tłumaczką poezji anglojęzycznej na język polski oraz publikuje swoje utwory w internecie, prowadzi bloga Poetry Bridges.

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Poprzedni artykuł„Demokracja lokalna”
Następny artykułMogłem cię dogonić…

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -