czwartek, 28 października, 2021

Na własne oczy

Julia Vrzesinsky należy do osób, które czują nieustanną potrzebę niesienia pomocy innym. Kiedy na jej własnych oczach dział się horror, jaki miał miejsce w Nowym Jorku 11 września 2001 roku, pomimo szoku, jaki przeżyła, jej pierwszym impulsem było zapisać się jako wolontariuszka w Czerwonym Krzyżu. Na Ground Zero spędziła prawie 3 miesiące. Po latach okazało się, że poza czasem i wysiłkiem fizycznym i emocjonalnym, kolejnym poświęceniem będzie jej zdrowie. W 20. rocznicę tych wydarzeń opowiada „Białemu Orłowi” o tym tragicznym dniu, o jej pracy jako wolontariusz i dlaczego bez zastanawiania postąpiłaby tak samo dziś, nawet wiedząc, jakie przyniesie jej konsekwencje praca na Ground Zero.

Julia Vrzesinsky przez 3 miesiące po ataku na World Trade Center pracowała jako wolontariusz Czerwonego Krzyża w miejscu, gdzie zawaliły się wieże. Fot. Archiwum Julii Vrzesinsky

„Biały Orzeł”: Była Pani świadkiem zamachów na World Trade Center 11 września 2001 roku. Jak się Pani znalazła w Nowym Jorku i jak długo Pani już tam mieszka?

Julia Vrzesinsky: W Nowym Jorku mieszkam już 23 lata, wcześniej mieszkałam na Floydzie. Zawsze chciałam się przenieść do Nowego Jorku. Decyzja ta była motywowana głównie moją chęcią, aby się dalej kształcić w dziedzinie bioterapii, którą praktykuję. Dokładnie od 1998 r. mieszkam w Nowym Jorku.

Jakie były Pani pierwsze wrażenia po przeprowadzce do Nowego Jorku? Czy Nowy Jork był dla Pani tym, co Pani sobie wyobrażała? Jak odnalazła się Pani w tak dużym mieście i otoczeniu tak innym od Florydy?

Doskonale się tu czułam. Czułam w tym mieście wspaniałą energię. Udało mi się zamieszkać na Manhattanie, który zawsze był i jest dla mnie wszystkim, czuję się tu wspaniale. Po przeprowadzce z Florydy mieszkałam na rogu 6. ulicy i 1. alei, na 12. piętrze i właśnie tu, w moim mieszkaniu, tego nieszczęsnego dnia – 11 września 20 lat temu – rozpoczynałam dzień, jak każdy inny, odsłaniając żaluzje…

Jak potoczył się dalej ten dzień? Kiedy zdała sobie Pani sprawę z tego, co się wydarzyło?

Był to słoneczny poranek, taki jak poprzedni. Kwadrans przed 9 rano odsłaniałam żaluzje i zauważyłam, że jeden z samolotów obniża się, że leci w kierunku jednego z budynków. Widok na bliźniacze wieże World Trade Center miałam niesamowity. Stanęłam jak wryta, było to dla mnie niesamowite, nie pomyślałam, żeby wziąć aparat i robić zdjęcia, po prostu stałam i patrzyłam przekonana, że to, co właśnie widziałam na własne oczy, było wypadkiem. Po jakimś czasie zobaczyłam drugi samolot. W tej części Manhattanu mieści się wiele szpitali, wszystkie karetki zaczęły nagle jeździć na sygnale, zrobiło się głośno, ludzie zaczęli biec, oglądając się za siebie. Nie spodziewałam się, że wydarzyła się tak ogromna tragedia, nie miałam telewizji. Kilka godzin później otrzymałam telefon od przyjaciela, powiedział: „tam u ciebie bomby fruwają”. Uspakajałam go, że był to wypadek, on natomiast przekonywał mnie, że to nie mógł być wypadek, ponieważ w wieże uderzyły dwa samoloty. To wszystko do mnie nie docierało… nie dopuszczałam takiej myśli do siebie. Ubrałam się i wyszłam na zewnątrz, zaczęłam iść w przeciwnym kierunku niż biegnący ludzie, ale zatrzymano mnie, powiedziano mi, że nie wiadomo jeszcze, co się stało, i żebym wracała do domu. Resztę widziałam z okna… kłęby dymu, panika, szok.

Dzień później zapisała się Pani jako wolontariuszka w Czerwonym Krzyżu. Jak do tego doszło?

Moim pierwszym impulsem było, żeby pomagać. Czułam taką potrzebę. W radiu podali adres, gdzie można się zgłosić jako wolontariusz. Punktem zapisów była historyczna zbrojownia gwardii narodowej przy skrzyżowaniu 25. ulicy i Ellington. Weszłam, było ogromne zamieszanie. Początkowo usłyszałam, że już mają wystarczającą ilość osób, ale przekonywałam uparcie osoby, które usiłowały koordynować tym chaosem, że mogę się przydać. Ostatecznie się zgodzili. Nie wiem już, ile godzin tego dnia spędziłam w tym miejscu, ale czułam, że muszę tam być, że muszę pomagać. Pierwsze, co zauważyłam, to członkowie rodzin szukający swoich bliskich. Później, jak się okazało, że potrzeba więcej osób do pomocy, dzwoniłam do polskich gazet z prośbą, aby to nagłośnili. Zadzwoniłam i zrezygnowałam ze swojej stałej pracy, czułam, że muszę zostać tam, gdzie byłam. Przeniesiono nas później na przystań przy 54. ulicy, tam już były trochę lepsze warunki i odrobinę mniej zamieszania. Na początku pomagałam jako tłumacz. Zaprzyjaźniłam się z polską rodziną, która szukała syna. Łukasz Milewski miał 21 lat, pracował w jednej z wież i zginął w zamachu. Osobiście też odwiedziłam i pomagałam Pani, która zgubiła w zamachu męża. Z czasem akcja pomocy była coraz lepiej zorganizowana, mieliśmy bezpłatne przejazdy, legitymacje ze zdjęciem i wyznaczone zadania. Około listopada przeniosłam się już na samo Ground Zero, robiliśmy, co mogliśmy, aby pomagać, podawaliśmy robotnikom koszulki na zmianę, ręczniki, wożono nas autobusem i każdego dnia pracowałam po 12 godzin. Tak było do 5 grudnia. Wiedziałam, że dałam coś z siebie, choć wtedy nie widziałam, że będzie to mnie kosztować moje zdrowie.

Ilu było wolontariuszy, którzy pracowali z Panią z ramienia Czerwonego Krzyża?

Było nas bardzo dużo, byli księża, każdego wyznania, było mnóstwo lekarzy, pedagogów, psychologów, tłumaczy. Trudno określić, ilu nas było, ale bardzo dużo. Udało mi się też zrekrutować kilku Polaków. Ludzie mnie polubili, czekali na mnie, a ja czułam potrzebę, że muszę tam być.

Przebywanie na Ground Zero przez tak długi okres odbiło się na Pani zdrowiu. Kiedy zauważyła Pani, że coś jest nie tak, że coś się dzieje ze zdrowiem?

To było gdzieś dopiero po roku. Najpierw zaczęłam dostawać uczulenia na twarzy, na ciele. Ale nie dopuszczałam do siebie myśli, że to może być skutek mojej pracy na Ground Zero. Wcześniej wzywano mnie do szpitala Mt. Synai, ponieważ tam powstał specjalny oddział, gdzie badali ludzi, którzy pracowali na Ground Zero, ale początkowo nie chciałam tam się pojawić, nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś u mnie może się dziać. Ale docelowo trafiłam tam, choć wtedy jakoś samo wszystko przeszło. Dopiero kilka lat później zaczęła mi się robić narośl na jednym barku. Rosło to coraz bardziej i docelowo urosła duża kula i lekarze uznali, że może to być rak skóry, ale też przeszło. Dopiero jak podobne objawy pojawiły się na drugiej dłoni, miałam operację, aby to usunąć. Później zaczęły się problemy z oddychaniem, z bezsennością, z astmą. Przeszłam na chorobowe i nie byłam w stanie dalej pracować. Nie poddaję się jednak, oddałam temu swoje serce i wierzę, że będzie dobrze. Nie chcę brać za dużo środków medycznych, wolę spacer, uśmiech, tym podtrzymuję swoje zdrowie i sama się podtrzymuję na duchu.

Niedawno cały kraj, świat obchodził okrągłą rocznicę wydarzeń, jakie miały miejsce 11 września 2001 roku. Jak Pani przeżyła ten dzień? Jakie towarzyszyły temu przemyślenia i refleksje?

W tym dniu nie byłam w stanie iść na Ground Zero, chociaż byłam zapraszana. Poszłam dzień później. Poszłam do kościoła, gdzie były zawsze odprawiane msze. Łzy same mi leciały po policzkach, było to bardzo trudne. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że to już 20 lat…

Gdyby Pani mogła wrócić do tego dnia 20 lat temu, będąc świadomą, jak to wszystko odbiło się na Pani własnym zdrowiu, czy podjęłaby Pani tę samą decyzję?

Tak, bo ja taka jestem. Pomagam… mam to już w sobie.

Rozmawiał Darek Barcikowski

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -