piątek, 19 lipca, 2024
Strona głównaDziałyZwyczajeWielkanocne historie

Wielkanocne historie

Święta Wielkanocne każdy spędza podobnie, a jednak inaczej. Kasia nie zapomina o zmarłych i stara się odwiedzić ich w tym czasie zadumy. Dla Patrycji święta to raczej okazja do wspólnego spędzania czasu z rodziną. Alicja choć nie znosi Wielkanocy, stara się zachować tradycję. Na podwórko Karoliny przychodzili sąsiedzi, aby narwać bukszpanu do koszyczka. Jak spędzało się Wielkanoc kiedyś i dziś?

Spotkania w rodzinnym gronie wciąż należą do świątecznych tradycji w większości polskich domów. Fot. Archiwum WEM

Dla Kasi z Rzeszowa Wielkanoc jest mniej… czasochłonna niż Boże Narodzenie. – Święta Wielkiej Nocy spędzam w mniej tradycyjny sposób niż Boże Narodzenie – przyznaje rzeszowianka. – Menu wielkanocne jest mniej czasochłonne i daje większą swobodę wyboru dań – zauważa. Ale kobieta stara się zachowywać tradycję. – W Wielką Sobotę tradycyjnie dekoruję pisanki. Gotuję jajka w łupinach z cebuli lub w wywarze z dodatkiem kurkumy – opowiada. Tak przygotowane jajka święci w kościele. W tym czasie nie zapomina też o grobach bliskich jej osób. – Wielka Sobota to zdecydowanie czas zadumy i kończenie świątecznego menu – dodaje.

Wielką Niedzielę Kasia rozpoczyna od rodzinnego śniadania z obowiązkową sałatką jarzynową. – A później zostawiam sobie dowolność w sposobie świętowania. Może być wizyta u rodziny albo spacer – opowiada.

Rozmowy i planszówki

U Patrycji ze Stalowej Woli na Podkarpaciu nie przykłada się jakoś specjalnie wagi do Wielkanocy. – Ale moja mama bardzo lubi dekorować na ten czas dom, zresztą podobnie jak na święta Bożego Narodzenia – mówi. Dom „przejmują” zajączki, baranki i bazie. Przygotowania do świąt wyglądają podobnie jak u Kasi. – Za dzieciaka razem przygotowałyśmy pisanki wcześnie rano i szykowałyśmy koszyk do święcenia. Dekorowałyśmy go, wrzucałyśmy do niego kiełbaski, pisanki, chrzan i cukrowego baranka – opowiada Patrycja. Z tak przygotowaną święconką Patrycja szła do kościoła, na święcenie. W tym czasie jej mama w domu gotowała barszcz biały. – I jak wracałam, to jedliśmy właśnie barszcz na śniadanie – mówi Patrycja.

Potem była chwila odpoczynku. – Rodzice pili kawę, a ja z braćmi zajmowałam się swoimi sprawami. Ten czas był bardzo rodzinny – opowiada mieszkanka Stalowej Woli. Po południu rodzina Patrycji odwiedzała najpierw jedną babcię, a potem drugą. – Tak więc bez żadnych jakichś szaleństw i obrządków – podsumowuje.

Teraz jednak wszystko się zmieniło. – Ja i moi bracia dawno nie mieszkamy z rodzicami. Jak do nich przyjeżdżam, to spędzamy ten czas we własnym gronie. Nie chodzę już do kościoła ze święconką. Odwiedzamy za to moich braci, gramy w planszówki, rozmawiamy i jemy – opowiada. Z wielkanocnych tradycji to czasem mama Patrycji pójdzie do kościoła, ale to już też rzadko się zdarza…

Przedstawiciele młodszego pokolenia przykładają mniejszą wagę do obrzędów religijnych, ale wciąż pielęgnują wielkanocne zwyczaje wyniesione ze swoich rodzinnych domów. Fot. Archiwum WEM

Czekoladowe jajeczka zastąpiły pisanki

Alicja z Dębicy przyznaje, że nie przepada zbytnio za Świętami Wielkanocnymi. – Jak byłam dzieckiem, to moja mama się bardzo rozchorowała. Stało się to niedługo przed Wielkanocą, więc te święta były takie smutne, ponieważ jej z nami nie było. Przebywała w szpitalu – wspomina młoda kobieta. – Pamiętam też, że bardzo się stresowaliśmy. A przygotowanie koszyczka nie dawało mi radości. Raczej robiłam to, aby to odbębnić – wspomina. Sytuacja była dla Alicji tak traumatyczna, że do dziś nie cieszy się na przygotowywanie wielkanocnego śniadania.

Ale mimo to razem z mężem bardzo dba o zachowanie tradycji. Zawsze na stole musi być choćby mazurek. – Mój ulubiony to ten orzechowy. Zawsze przystajemy go wspólnie z synkiem – zdradza. Odkąd Karol pojawił się na świecie, zmieniła też podejście do pisanek. – Wcześniej kupowałam czekoladowe jajeczka, teraz obowiązkowe jest farbowanie jajek. Kupujemy barwniki i zakładamy na jajka termokurczliwe osłonki. Mój synek to bardzo lubi i może to zrobić bez problemu. Zresztą ja też jakiegoś talentu nie mam i nie bawię się w malowane wzorków – śmieje się Alicja.

Co do koszyczka, to przygotowuje dwie święconki. – Do jednej, większej, wkładam pieczywo, sól, wędliny, masło i oczywiście jajka. Przykrywamy to wszystko serwetą. U mnie w domu mamy zwyczaj przystrajania koszyczka żywymi kwiatami – opowiada i zaznacza, że od lat nie kupuje cukrowych baranków. – Ale to nie ze względów religijnych, tylko pragmatycznych. Bo co potem zrobić z takim barankiem? Ani on do jedzenia, ani do zatrzymania. Po roku by się rozpuścił… – uważa.

Drugi koszyczek przygotowywany jest dla synka. W ten sposób już od najmłodszych lat uczy się wielkanocnej tradycji. – Jest malutki, wiklinowy. Wkładamy mu do środka czekoladowe jajka i króliczka – wymienia Alicja. – To mu daje dużo szczęścia – zaznacza mama Karola.

Wspólne przygotowywanie np. pisanek może sprawić dużo radości dzieciom i dorosłym. Fot. Archiwum WEM

Śmigus-dyngus o zapachu perfum

U Karoliny, odkąd wyprowadziła się z domu rodzinnego, sposób spędzania świat zupełnie się zmienił. A prawdziwą rewolucję przeszła, kiedy urodził się jej syn Czarek. – To będą nasze pierwsze, wspólne święta – chwali się Karolina z Radomska.

Zwykle wyglądało to tak, że rano w Wielką Sobotę rodzinnie przygotowywano koszyczek. – I zawsze chodziliśmy na godz. 12 do kościoła. Spotykaliśmy się tam z wujkami, ciotkami, kuzynami. Każdy do każdego zaglądał, co ma dobrego w święconce. Jak byliśmy młodsi, to często podjadaliśmy coś w drodze powrotnej – wspomina dziewczyna ze śmiechem.

W tym roku będzie Święta Wielkanocne obchodziła razem z mamą, braćmi, mężem i synkiem. – Nie wyobrażam sobie, że będzie to wyglądało inaczej niż zawsze. Razem przygotujemy święconkę, a w niedzielę przyszykujemy śniadanie wielkanocne. Obowiązkowo będzie też śmigus-dyngus, nawet jeśli symbolicznie – deklaruje. – Jak byłam mała, to wujkowie wpadali z buteleczką perfum i symbolicznie psikali. Nie było jakiegoś wielkiego lania wodą. Ale ten element tradycji się pojawiał – mówi. I pamięta, że na jej podwórku schodzili się sąsiedzi, bo przy jej domu rósł bukszpan. – Pół ulicy przychodziło sobie narwać tego bukszpanu… – dodaje na koniec.

Kinga Dereniowska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -