czwartek, 20 stycznia, 2022
Strona głównaDziałySylwetki„Trzeba światu opowiedzieć tę historię!”

„Trzeba światu opowiedzieć tę historię!”

Józefina Nowicka miała zaledwie 8 lat, gdy do drzwi jej rodzinnego domu zapukało NKWD… Wraz z rodziną bydlęcymi wagonami została wywieziona w głąb sowieckiej Rosji, dzieląc tym samym zesłańczy los setek tysięcy Polaków. Jednak ta historia ma szczęśliwe zakończenie, w dużej mierze dzięki indyjskiemu maharadży – jawiącemu się niczym postać z baśni – który przygarnął polskie dzieci i stworzył dla nich w Indiach „małą Polskę”. Jak do tego doszło i co oznacza zagadkowo brzmiący tytuł wydanej w 2020 r. książki „One Star Away”, opowiadającej tę historię? O tym w rozmowie z „Białym Orłem” opowiada autorka książki i córka Józefiny Nowickiej Imogene Salva.

Imogene Salva z mamą, Józefiną Nowicką, w czasie odwiedzin w Jamnagar, Gudźarat, 2018 r. Fot. Archiwum Imogene Salva

Biały Orzeł: Czy mogłaby Pani pokrótce opowiedzieć, o czym jest napisana przez Panią książka?

Imogene Salva: „One Star Away” to prawdziwa historia wojennych – i nie tylko – przeżyć mojej mamy Ziuty (Józefiny) Nowickiej oraz jej rodziny. Mama jako dziecko została wyrwana z bezpiecznego domu na Wołyniu, gdzie się wychowała, i wywieziona w głąb sowieckiej Rosji. Stamtąd, przez Persję i Indie, trafiła do Ameryki. W książce opisana jest ta historia, ale ta powieść jest też ważną lekcją o wierze, odwadze, miłości. Bardzo inspirującą postacią, która pojawia się w książce, jest maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji, który na zawsze odmienił losy tysiąca polskich dzieci…

Pani mama trafiła na Syberię jako mała dziewczynka…

Tak, zgadza się. NKWD wpadło do jej rodzinnego domu 10 lutego 1940 r. i aresztowano ojca mamy, który był leśniczym, wraz z całą rodziną. To była pierwsza z czterech masowych deportacji polskiej ludności na Sybir. Mój dziadek i najstarszy brat mamy, Tadek, trafili do gułagu, natomiast babcia i młodsze dzieci, w tym mama, zostali wywiezieni daleko na północ Związku Radzieckiego, za Wołogdę. Jechali przez trzy tygodnie, bydlęcymi wagonami. Ze swojego domu zdołali zabrać wyłącznie podstawowe rzeczy, w pośpiechu, w środku nocy. Mama miała wówczas zaledwie 8 lat.

Józefina (Ziuta) Nowicka miała zaledwie 8 lat, gdy wraz z rodziną została deportowana w głąb sowieckiej Rosji. Na zdj. w wieku 10 lat w Indiach, po ewakuacji z Syberii. Fot. Archiwum Imogene Salva

Dom to ostoja bezpieczeństwa, zwłaszcza dla dziecka. Pani mama została brutalnie jej pozbawiona. Czy w późniejszych latach, już w dorosłym życiu, wracała wspomnieniami do tych wydarzeń?

Mama mimo tych trudnych przeżyć zachowała pogodę ducha, była osobą radosną. Żyła teraźniejszością. Kiedy ja i moja siostra Karolina byłyśmy dziećmi, mama raczej nie wracała wspomnieniami do tamtych przeżyć. Dużo dowiedziałyśmy się od sióstr mamy, które mieszkają w Polsce, a do których jeździłyśmy co roku. Trzeba też wziąć pod uwagę, że to były inne czasy. Mama trafiła do USA w wieku zaledwie 15 lat, jako sierota. Tuż po wojnie silny nacisk kładziono na to, żeby „żyć dalej”, nie oglądać się wstecz, a poza tym trzeba pamiętać, że Stalin był w momencie zakończenia wojny sojusznikiem USA, więc prawda o dokonanym przez niego ludobójstwie, o milionach ludzi, którzy zostali zesłani na Syberię, była niewygodna. O tym się nie mówiło, nie tylko w Polsce, ale też tutaj. Do dziś zbyt mało osób zna tę historię. A mama, choć jak wspomniałam, była osobą pogodną, to tamte wydarzenia nie pozostały bez wpływu na nią. Czasem budziła się w nocy, mówiła, że słyszy stukanie… zastanawiałam się zawsze, co to za stukanie, czy odgłos karabinów enkawudzistów walących w drzwi domu tamtej zimowej nocy, kiedy ich wywieziono, czy może odgłos zbijania trumien na Syberii…

Dużą rolę w życiu Pani mamy odgrywała wiara. Czy pomogła jej przetrwać zesłanie?

Tak, na pewno. Na zesłaniu dzienna racja żywnościowa wynosiła zaledwie 400 gramów chleba, czarnego, nie przypominającego nawet pieczywa. Był głód, nie było żadnej opieki medycznej, a z dzieci próbowano robić dobrych bolszewików. Ale tak się nie stało, w znacznej mierze dzięki wierze, bo dzieci wiedziały, kim jest Bóg i kim one są. Mama mojej mamy zabrała ze sobą modlitewnik, codziennie wszyscy odmawiali modlitwy. Wiara była najważniejszym fundamentem w życiu mojej mamy, zawsze powtarzała, że to dzięki wierze ocalała.

Maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji z polskimi dziećmi po przedstawieniu Kopciuszek, Ziuta Nowicka na zdj. druga od prawej, 1945 r. Fot. Archiwum Imogene Salva

Na szczęście w pewnym momencie zmienił się układ sił politycznych i dla setek tysięcy zesłańców pojawiła się iskra nadziei…

Polski Czerwony Krzyż założył w krótkim czasie około osiemset agencji rozproszonych po całym Związku Radzieckim. Agencje funkcjonowały jako ośrodki przyjmujące polskich zesłańców. Poza tym Anders i Sikorski chcieli wydostać z Rosji jak największą liczbę Polaków. Część uchodźców zgodził się przyjąć młody szach Iranu Mohammad Reza Pahlavi – to była pierwsza szansa przeżycia. Czerwony Krzyż chciał umieścić dzieci w bogatych krajach, i była to pilna potrzeba, bo w Rosji właściwie były skazane na śmierć, jeśli się ich stamtąd nie wywiezie. Ale bogate kraje nie odpowiedziały na apele, ani Stany Zjednoczone, ani Nowa Zelandia, nikt. Odpowiedziały tylko Indie i Meksyk.

Pani mama trafiła właśnie do Indii?

Maharadża, indyjski książę Jam Saheb Digvijay Sinhji, zaprosił polskie dzieci. Ale on je nie tylko przyjął, ocalił w sensie fizycznym, on je naprawdę uratował, tworząc dla nich w Indiach „małą Polskę”, prawdziwy dom. Dzięki temu dzieci mogły zapomnieć o tym, co przeżyły i na powrót stać się dziećmi, zwrócił im namiastkę beztroskiego dzieciństwa. Stworzył prawdziwe polskie osiedle, zadbał o możliwość edukacji, o kontakt z ojczystym językiem dzieci, o rozrywki kulturalne, było harcerstwo, dzieci uczyły się folkloru, polskich tańców, piosenek. Jedną z opiekunek była pani Dobrostańska, słynna artystka i aktorka. Moja mama do niej bardzo przylgnęła, uważała ją za swoją drugą mamą, poza tym uwielbiała taniec, lubiła występować. Dzieci uwielbiały też maharadżę za to, co dla nich zrobił, przez resztę swojego życia. Mężczyzna, który nie miał nic wspólnego z Polską – żadnych wspólnych wątków w religii, w kulturze, w historii, wziął po prostu te dzieci do siebie i kiedy tego potrzebowały – dał im wszystko.

Mała Ziuta uwielbiała tańczyć i występować. Na zdj. pośrodku, w roli chłopca, Quetta, Indie 1942 r. Fot. Archiwum Imogene Salva

Nie bez przyczyny nawet przez ludność w Indiach nazywany był dobrym maharadżą. Wspaniała postać, o której zbyt mało wiemy…

Ciekawym wątkiem z jego biografii jest to, że podczas I wojny światowej, kiedy był małym chłopcem, opiekujący się nim wujek, również maharadża, był członkiem Ligi Narodów. Tak poznał Paderewskiego – polityka, orędownika sprawy niepodległej Polski, ale i pianistę. Z lekcji gry na fortepianie nic nie wyszło, ale w chłopcu pozostała świadomość istnienia kraju takiego jak nasz. Może to przyczyniło się do tego, że w czasie II wojny światowej dorosły już maharadża wyraził chęć zaopiekowania się polskimi dziećmi.

Jak Pani mama trafiła do USA?

Gdy w Indiach zaczęła się wojna o niepodległość, ksiądz Pluta, opiekun dzieci, zabiegał dla nich o azyl. Te dzieci nie miały dokąd wracać, większość nie znała losów swoich rodzin, tam, gdzie były ich rodzinne domy, nie było już Polski… I wskutek tych starań zakon bernardynek zaprosił 50 dziewcząt do USA, do Pensylwanii. Wśród tych dziewcząt była moja mama i jej siostra. Zakonnice zapewniły dziewczętom edukację, zaopiekowały się nimi, umożliwiły im aklimatyzację w nowym kraju. Moja ciocia została potem zakonnicą, ale moja mama nie miała powołania. Na początku lat 60. przyjechała do Nowego Jorku i została pielęgniarką. I z tą pracą związane jest kolejne bardzo ciekawe wydarzenie… W 1979 r. do Nowego Jorku na leczenie przyjechał wspomniany wcześniej szach irański Pahlavi, ten sam, który jako pierwszy otworzył swój kraj dla polskich zesłańców. Gdyby nie on, nie byłaby możliwa późniejsza „indyjska” historia… I ponad 30 lat po tamtych wydarzeniach drogi mojej mamy i szacha się znów skrzyżowały, bo została jego pielęgniarką. Dziwne, jak czasami splatają się ludzkie losy… Właśnie od tego spotkania zaczyna się książka.

One Star Away jest powieścią – dlaczego zdecydowała się Pani na taką formę?

Napisałam tę książkę w formie powieści, bo zależy mi, żeby przeczytało ją jak najwięcej osób. A wydaje mi się, że takie ujęcie tematu bardziej trafi do odbiorców niż książka stricte historyczna, choć oczywiście „One Star Away” oparta jest na faktach i opowiada o prawdziwych wydarzeniach. Ale dzięki tej formie czytelnik wraz z moją mamą przeżywa to, co ona przeżywała, patrzy na świat jej oczami.

Józefina Nowicka (w pierwszym rzędzie, po środku, ubrana na biało) w Balachadi w Indiach na spotkaniu zorganizowanym z okazji 100-lecia niepodległości Polski, wraz z innymi ocaleńcami oraz Anu Radhą, producentką filmu „Mała Polska w Indiach”, 2018 r. Fot. Archiwum Imogene Salva

Co Panią zainspirowało do napisania tej książki?

Mówi się, że to zwycięzcy piszą historię, i w przypadku zbrodni dokonanych przez sowiecką Rosję tak właśnie się stało. W amerykańskich podręcznikach do historii jest mowa o Holocauście, ale nie wspomina się, że działania wojenne toczyły się przeciwko Polsce i Polakom, i na terenie Polski, że nie tylko Niemcy, ale również Rosjanie wymordowali kilkadziesiąt milionów ludzi. Nie neguję dramatu Holocaustu, ale chciałabym, żeby ludzie znali całokształt historii. W latach powojennych ta prawda była niewygodna, dlatego ta historia przez wiele lat była przemilczana i do dziś nie wybrzmiewa dość głośno. Trzeba światu opowiedzieć tę historię.

Czy w miarę pracy nad książką, gdy dowiadywała się Pani nowych rzeczy i poznawała kolejne fakty, zmieniło się Pani postrzeganie mamy?

Mama zawsze była moją bohaterką. Chciałabym mieć jej usposobienie, jej hart ducha. Dzięki pracy nad książką jeszcze lepiej ją poznałam i zrozumiałam. Wyjątkowym przeżyciem była też dla mnie podróż do Indii z moją mamą 3 lata temu. Poznałam tam dzieci maharadży, które były w wieku mojej mamy. Powitano nas niezwykle serdecznie, od razu poczułam się jak w rodzinie. Mama również, po tych 70 latach, poczuła się jak u siebie w domu. Oprócz niej w spotkaniu wzięło udział jeszcze ośmioro innych ocaleńców. Trzy dni po powrocie z Indii mama niespodziewanie zmarła, odeszła we śnie, i było to dla mnie bardzo trudne. Ale mam też wrażenie, że ten powrót po latach do Indii, które uważała za drugą ojczyznę, dał jej poczucie spełnienia i mogła odejść spokojnie. Jestem wdzięczna, że mogłam towarzyszyć jej w tej podróży.

Praca nad książką pozwoliła mi też lepiej poznać i zrozumieć moje polskie dziedzictwo. Mama, choć jako dziecko została z Polski siłą wyrwana, zawsze czuła się Polką i ja zawdzięczam mojej mamie to, że też czuję się Polką. Jestem wdzięczna mamie, że przekazała mi i mojej siostrze miłość do ojczyzny i miłość do wszystkiego, co jest piękne w życiu, nauczyła mnie być otwartym na innych ludzi i staram się to przekazywać swoim dzieciom i teraz wnukom. Urodziłam się w Stanach Zjednoczonych, moje dzieci również, ale u mnie w domu mówi się po polsku, podtrzymujemy polskie tradycje. To bardzo ważne, żeby przekazywać kulturę. Dziwi mnie, gdy czasem widzę, że Polacy w USA wstydzą się tego, skąd pochodzą. A przecież pochodzimy z pięknej, wielkiej kultury i mamy z czego być dumni. Ja jestem wdzięczna za to, że jestem Polką i jestem z tego dumna.

Powieść „One Star Away” autorstwa Imogene Salva została wydana w 2020 r. i można ją nabyć m.in. na Amazonie. Fot. Archiwum Imogene Salva

Jakie jest Pani największe marzenie związane z książką?

Przede wszystkim chciałabym, żeby została przetłumaczona na język polski i wydana w Polsce. Chciałabym też, żeby na podstawie tej książki nakręcono kiedyś film. Wiele osób, które ją czytały, mówiło mi, że to gotowy scenariusz, i że bardzo chcieliby zobaczyć tę historię na ekranie. Marzę, że kiedyś tak się stanie.

Chciałabym jeszcze zapytać o tytuł, bo jest bardzo intrygujący. Co znaczy One Star Away?

Mogę powiedzieć tylko, że ma to związek z polską tradycją związaną z Wigilią. Ale nie zdradzę nic więcej – trzeba samemu przeczytać, żeby się dowiedzieć!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Szybiak

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -