niedziela, 14 kwietnia, 2024

Lekarz innowator

Dr Dariusz Nasiek jest znaną postacią wśród Polonii. Po ukończeniu rezydentury w szpitalu St. Vincent Hospital & Medical Center w 1996 roku założył w New Jersey własną przychodnię specjalizującą się w leczeniu bólu, która dziś posiada 6 oddziałów na terenie New Jersey i Nowego Jorku. Jeszcze na początku swojej kariery zawodowej zafascynował się medycyną regeneracyjną, która polega na leczeniu schorzeń degeneracyjnych za pomocą osocza bogatopłytkowego, komórek łożyska lub komórek macierzystych szpiku kostnego. Zainteresowanie to oraz zdobycie w tej dziedzinie coraz większego doświadczenia przyczyniło się do publikacji pierwszej książki jego autorstwa w 2013 roku na temat leczenia osoczem bogatopłytkowym. Kolejna dekada nabytego doświadczenia zaowocowała drugą edycją książki, która ukazała się rok temu. W rozmowie z „Białym Orłem” dr Dariusz Nasiek opowiada o zastosowaniach medycyny regeneracyjnej w swojej praktyce oraz nadziei, że metody te staną się coraz bardziej powszechne i dostępne.

Archiwum prywatne

„Biały Orzeł”: Jest Pan dość znaną postacią wśród lokalnej Polonii, ale może zacznijmy od tego, jak długo jest Pan w Stanach Zjednoczonych i jak długo jest Pan lekarzem medycyny?

Dr Dariusz Nasiek: W Stanach Zjednoczonych jestem od 1991 roku. Akademię medyczną skończyłem 35 lat temu. Jestem lekarzem anestezjologiem . Zajmuję się zabiegowym leczeniem bólu od 20 lat. Książkę na temat leczenia sposobem PRP (ang. Plateles Rich Plasma) czyli osoczem bogatopłytkowym napisałem 10 lat temu. Niedawno natomiast ukazała się moja druga książka, która jest uzupełnieniem pierwszej edycji. Podsumowując, moje doświadczenie zawodowe to 35 lat pracy.

Dziś prowadzi Pan też własną klinikę, a właściwie kilka jej oddziałów…

Tak, przychodnia Allied Neurology and Interventional Pain Practice powstała w 2006 roku.

Jak dokładnie można określić to, czym się Pan zajmuje? Na co dzień leczy Pan ból, ale ma Pan też bardzo bogate doświadczenie w uchodzącej za innowacyjną medycynie regeneracyjnej. Wykonuje Pan też zabiegi związane z medycyną estetyczną…

Medycyną estetyczną zajmuję się nią od 20 lat. 15 lat temu napisałem też na jej temat książkę pt „Aesthetic Medicine for You,” która przetłumaczyłem na jezyk polski pt. „Medycyna Estetyczna dla Ciebie.” Natomiast specjalizacja, w zakresie której się kształciłem, to anestezjologia. Na bazie anestezjologii kolejne doświadczenie nabierałem w dziedzinie leczenia bólu i w międzyczasie zrobiłem kursy dotyczące medycyny estetycznej. Najważniejszą częścią mojej praktyki było i do dzisiaj jest leczenie pacjentów, którzy zmagają się z bólem. W jej ramach korzystam z nowoczesnych metod – tzn. medycyny regeneracyjnej, czyli leczenia metodami odnowy biologicznej – regeneracji tkanek czy organów. Bardziej precyzyjnie: wykorzystuję osocze bogatopłytkowe oraz inne metody, które sprawiają, że można zregenerować organizm, a nie tylko zalepiać ból „przylepcem”. Koncepcja ta opiera się na tym, żeby zapobiegać starzeniu i regenerować to, co się da. Jest to całkowite przeciwieństwo leczenia objawowego, czyli symptomów w tym momencie, w którym już nic innego nie da się zrobić, ponieważ pacjent bardzo cierpi lub jest już za późno na stosowanie medycyny regeneracyjnej.  

Na czym polega przewlekły ból? Zakładam, że ktoś, kto takiego bólu nie doświadczył, nie jest świadomy na czym on polega, a tym bardziej jak go się leczy…

Ból jako taki dzieli się na dwie kategorie. Pierwsza to ból ostry, na przykład ból pooperacyjny, lub ból w przebiegu ostrych sytuacji, jak na przykład złamania. Natomiast za ból przewlekły uważa się taki, który trwa dłużej niż 6 miesięcy. Taki ból powoduje zmiany w obrębie mózgu i nie jest łatwy do leczenia. A leczenie takiego właśnie bólu to to, czym się zajmuję i co stanowi główną część mojej praktyki. Najczęściej jest to leczenie pacjentów z ostrym bólem po wypadkach. Czasami taki ból da się szybko wyleczyć. Natomiast pacjenci, których nie da się szybko wyleczyć, wchodzą czasem w przewlekłe stany bólowe, które wymagają kompleksowego leczenia. Żeby uniknąć takich przewlekłych sytuacji, robi się interwencję, która polega na tym, że nie tylko leczy się pacjenta lekami przeciwzapalnymi i przeciwbólowymi, ale także przeprowadza się zabiegi niwelujące ból, jak na przykład blokady nerwowe. W ramach tego istnieją też zabiegi, które odnoszą się do medycyny regeneracyjnej.

Czy medycynę regeneracyjną można nazwać nowością? Czy jest ona innowacyjna?

To zależy od perspektywy. Tak naprawdę metody leczenia i podstawy moralne w medycynie nie zmieniły się od czasów starożytnych. Do dziś lekarze stosują się do przysięgi Hipokratesa. Co do samych metod regeneracyjnych, czyli zabiegów płytkami i wykorzystywaniu komórek macierzystych, to są one stosunkowo młode, stosowane mniej więcej od 20 lat. Sama koncepcja stosowania medycyny regeneracyjnej zamiast medycyny objawowej czy leczenia „po fakcie” nie jest nowa. Jednak w przeszłości nie było środków i technologii, żeby wykorzystywać te metody na taką skalę jak obecnie…

Jakby zdefiniowałby Pan medycynę regeneracyjną?

Jeśli chodzi o samą koncepcję, to jej podstawą jest próba regeneracji problemów patologicznych a nie tylko leczenie objawów. Przykładem niech będzie ból kolana spowodowany artretyzmem. Medycyna tradycyjna czyli objawowa stosuje leczenie symptomatyczne, w tym przypadku lekarz zastosowałby wobec pacjenta podanie środków przeciwzapalnych czy zastrzyki ze sterydów itp. Natomiast medycyna regeneracyjna w przypadku bólu kolana zajęłaby się podawaniem takich preparatów, które posiadają czynniki wzrostowe. To właśnie płytki krwi albo komórki macierzyste posiadają te czynniki. Znajdują się one głównie w elementach komórkowych, które nazywamy płytkami krwi. Żeby uzyskać preparat osocza bogatopłytkowego wystarczy pobrać krew od pacjenta i odpowiednio ją spreparować. Proces regeneracji zaczyna się w momencie podania pacjentowi owego preparatu.

Czy preparat zatem zawsze przygotowywany jest na podstawie krwi danego pacjenta?

Można wyprodukować czynniki wzrostowe i je podać, ale dużo łatwiej i taniej jest pobrać krew. W tym wypadku czynników wzrostowych jest wiele i są różne. Co najważniejsze, trzeba je odpowiednio przygotować, tzn. odpowiednio zagęścić, żeby było ich dużo w małej objętości. Mowa tutaj o procesie odwirowywania krwi, czyli odseparowania osocza od czerwonych krwinek w wirówce. Płytki krwi zostają w tym procesie zagęszczane dwukrotnie, czterokrotnie, pięciokrotnie a czasami nawet więcej. Co więcej, krew jest ogólnodostępna i jest niedroga, ponieważ jest materiałem pobranym od pacjenta. Tu należy zaznaczyć, że jest również bezpieczna, bo nie powoduje reakcji alergicznej, tak jak to czasem ma miejsce w wypadku zastosowania sztucznie wyprodukowanych preparatów.

Przejdźmy do Pana książki… pierwszą napisał Pan ponad 10 lat temu?

Pierwszą książkę napisałem w 2012 roku, weszła ona na rynek w 2013.

Co Pana skłoniło do napisania tej książki i do kogo była ona adresowana? Czy skierowana była ona do branży medycznej czy do osób cierpiących na przewlekły ból?

15 lat temu, kiedy zaczynałem wykonywać zabiegi przeciwbólowe, zorientowałem się, że istnieją nowe techniki leczenia bólu, czyli leczenie komórkami macierzystymi, które są pomału wdrażane. W tym czasie nie było na ten temat wiele informacji, ale mnie ten temat bardzo zaciekawił. Okazało się, że ta metoda działa bardzo dobrze, więc zacząłem ją stosować rutynowo i bardzo często. Były to setki zabiegów w ciągu roku. Zorientowałem się, że mam na tyle materiałów i doświadczenia, aby móc się tymi informacjami podzielić. Ponadto zależało mi na tym, żeby ta informacja dotarła do pacjentów, aby sposób tego przekazu był prosty i wartościowy dla osób, które nie są na przykład lekarzami. Z drugiej strony książka jest również adresowana do lekarzy, którzy byliby zainteresowani stosowaniem podobnych sposobów leczenia.

Z jakim odzewem spotkała się Pana książka?

Z bardzo dużym zainteresowaniem, ponieważ kilkanaście lat temu ten temat był zupełnie nowy. W tych czasach nawet amerykańscy celebryci podróżowali do Europy, gdzie technika ta była bardziej zaawansowana, by wykonać zabiegi z użyciem osocza bogatopłytkowego czy komórek macierzyńskich. Jednak bardzo szybko Ameryka dogoniła Europę w tej kwestii. Nie chcę powiedzieć, że przegoniła, ponieważ w Europie jest zdecydowanie mniej obostrzeń, jeżeli chodzi o tę dziedzinę medycyny, ale tutaj te metody również dość szybko zyskały na popularności. Naturalnie, nie jest to metoda równie popularna jak na przykład podawanie kortyzolu, ponieważ wciąż jest pewnego rodzaju opór ze strony branży farmaceutycznej, która uważa ją za eksperyment. Za eksperyment uchodzi fakt, że badania nie zostały przeprowadzone na dużej ilości materiału i nie odbyły się tu procedury jakie towarzyszą nowym wynalazkom bądź lekom odkrywanym przez koncerny farmaceutyczne. Krew jest naturalnym materiałem, którego nie da się opatentować, również nie da się opatentować frakcji krwi. Nie wydaje mi się, żeby takie badana zostało kiedykolwiek przeprowadzone na dużych dawkach, ponieważ kosztowałoby setki milionów dolarów, a wynalazku nie da się sprzedać.

Jakie rezultaty przynosi stosowanie medycyny regeneracyjnej, jeżeli chodzi o Pana pacjentów? Czy te rezultaty zmieniły się na przestrzeni ostatnich 10 lat, od czasu ukazania się pierwszej książki?

Medycynę regeneracyjną zacząłem stosować już 15 lat temu. Moja pierwsza książka została napisana na bazie własnych doświadczeń, które posiadałem. Od tego czasu jest to rutynowo stosowana metoda w mojej praktyce, szczególnie jeżeli chodzi o pacjentów powypadkowych. Co do zmian w praktyce, to nie są one wielkie, ponieważ w dalszym ciągu mamy te same procedury i te same standardy, które obowiązywały 10-15 lat temu. Wiąże się to z tym, że metoda ta jest relatywnie prosta, a cały proces można opisać w zaledwie pięciu krokach.

Natomiast wyniki polegają na tym, że u pacjentów, u których stosowano leczenie przeciwbólowe oparte na tych metodach, efekt utrzymuje się dłużej. Jeżeli wykonujemy na przykład leczenie w celu regeneracji stawu barkowego czy stawu kolanowego, opiera się to na czymś zupełnie innym niż podanie sterydu, gdzie ten efekt jest bardzo szybki, ale krótkotrwały. Wtedy też oczekujemy wyników, które utrzymują się na przestrzeni miesięcy czy lat. W przypadku regeneracji włosów, również leczonych osoczem bogatopłytkowym, to polega na tym, że te włosy, które wypadają, regeneruje się w kierunku tego, żeby nie wypadały oraz aby mogły rosnąć nowe. Kiedyś wykonywało się przeszczep włosów i trzeba było czekać i obserwować co się będzie działo. Natomiast obecnie po przeszczepie włosów dodatkowo obstrzykuje się włosy komórkami osocza bogatopłytkowego w celu ich przyjęcia i szybszego porostu. Odnotowywane są dobre wyniki, ale nie można się tu opierać się na przykładzie tylko własnych pacjentów, lecz na bazie literatury, ponieważ badania te są oparte na tysiącach przypadków pacjentów.

Co zatem mówi na ten temat literatura medyczna?

Literatura bardzo pozytywne wypowiada się na ten temat. Badania są prowadzone w ośrodkach, gdzie wykonuje się setki podobnych zabiegów. Tym samym rezultaty badań są kumulowane. W procesie tzw. metaanalizy, gdzie razem analizuje się badania z wielu podobnych ośrodków można uzyskać dokładniejsze informacje, gdyż grupy pacjentów poddanych leczeniu są po prostu dużo większe. Badania te muszą być oparte na obiektywnej ocenie, a sama ewaluacja powinna być długofalowa, żeby pokazać skuteczność i rezultaty tychże zabiegów.

W zeszłym roku opublikował Pan kolejną książkę, która jest uaktualnieniem pierwszej publikacji. Czym się od niej różni?

Nowa publikacja jest nie tylko nową edycją, ale również i weryfikacją tej pierwszej książki. Główną różnicą jest jednak to, że w ciągu tych ostatnich 10 lat przeprowadzono dodatkowe badania, na których oparłem moją książkę. Owe badania naukowe pokazywały w jaki sposób zastosowanie osocza bogatopłytkowego wpływa na przebieg leczenia. Dodatkowo w nowej publikacji zawarłem komentarze co do tego, czego można spodziewać się w przyszłości oraz na temat tego, czego nie udało się osiągnąć w odniesieniu do obserwacji sprzed dekady.

Gdzie można nabyć Pana książkę?

Można ją zakupić na platformie Amazon i w naszych przychodniach.

Wspomina Pan, że firmy ubezpieczeniowe niechętnie płacą za taką terapię. Jak to wygląda w praktyce? Jeżeli zgłasza się do Pana pacjent, to są szansę, że taka terapia zostanie pokryta ubezpieczeniem czy raczej pacjent będzie musiał za nią zapłacić?

Wszystko zależy od scenariusza. Załóżmy, że dana osoba ma wypadek samochodowy w New Jersey – wtedy ubezpieczenie pokryje tego typu leczenie. Natomiast jeżeli osoba ma wypadek na budowie w Nowym Jorku, to wtedy nie będzie miała tego pokrycia. Większość dużych ubezpieczalni uważa, że jest to leczenie eksperymentalne i tym samym nie pokrywa tych badań. Medicare także nie pokrywa kosztów tych zabiegów.

Jeśli więc leczenie jest pokrywane prywatnie, to z jakimi kosztami wiąże się taka terapia?

Dla przykładu zabieg polegający na podaniu preparatu do kolana czy do barku to koszt $500, ogólnie mówiąc leczenie komórkami macierzystymi w Stanach Zjednoczonych to przedział od $250 do $2000. Jeśli zabieg wykonuje się w naszym gabinecie, a nie w szpitalu, to wtedy koszt takiego zabiegu oscyluje w granicach $500. Leczenie porostu włosów to koszt $500, ale w tym wypadku zabieg powinno się wykonać więcej niż jeden raz.

Wspomniał Pan, że w tej ostatniej edycji książki był też dodany rozdział o tym, jakie są nadzieje i aspiracje odnośnie do leczenia komórkami macierzystymi. Jakie więc one są w Pana przypadku?

Liczę na to, że Medicare w końcu zaaprobuje leczenie. Najprawdopodobniej, jeśli tak się stanie, zostanie to ograniczone do leczenia artrozy czy artretyzmu kolana. Myślę, że w ciągu roku, może dwóch lat będziemy mieli zgodę FDA (Federal Drug Administration) na to, żeby ten proces został zaaprobowany. To daje nam możliwość zmiany statusu takich zabiegów z eksperymentalnych na udokumentowane. Myślę też, że z czasem leczenie to zostanie szerzej przyjęte w odniesieniu do innych części ciała, na przykład będzie można leczyć artretyzm barku, a nie tylko kolana. Drugim aspektem będzie coś, co w Stanach Zjednoczonych określamy jako „out of label”, czyli używanie leku, który jest zaaprobowany do jednej procedury czy jednego schorzenia w ramach innej. Następnie najprawdopodobniej Medicare będzie wymagało, żeby proces przygotowywania preparatu był bardziej ustandaryzowany. Oznacza to stosowanie tak zwanego „medical kid”, żeby każdy krok stosowany w procedurze podawania osocza bogatopłytkowego był ujednolicony. Jest to istotne, aby kontrolować proces i żebyprowadzić dalsze badania. W konsekwencji standaryzacja procesu doprowadzi to do tego, że badania te będą w lepszej jakości, a sama metoda będzie dużo szybciej przyswajana i to na dużą skalę. Myślę, że skorzysta wtedy na tym o wiele większa liczba pacjentów.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Darek Barcikowski

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -