sobota, 24 lipca, 2021
Strona głównaOpowiadania„Bociany i dzieci”

„Bociany i dzieci”

Prezentujemy opowiadanie pt. „Bociany i dzieci”, którego autorem jest Wiesław Hop – pisarz z Podkarpacia. To bardzo ciekawy tekst o tematyce współczesnej, napisany interesującym językiem. Autor, wykorzystując wątki autobiograficzne, przedstawia w nim życie policjanta po przejściu na emeryturę i jak bardzo jego życie zmieniło się na skutek nieoczekiwanych zdarzeń, zainicjowanych świadomie (i nieświadomie?) przez bohatera opowiadania.

Wiesław Hop z córeczką Karoliną – bohaterką opowiadania. Fot. Archiwum Wiesława Hopa

Był koniec marca roku 2010. Obudziłem się rano w pustym domu i chociaż przez szerokie okno do wnętrza sypialni wpadały rozkosznie promienie wiosennego słońca i zapowiadał się piękny, ciepły, bezchmurny dzień, w sam raz na długi spacer albo wycieczkę rowerową, poczułem w sobie pustkę i jakiś żal do otaczającego mnie świata, że nie jest tak dobrze, jak miało być.

Na dodatek tego dnia dokuczał mi niemal fizyczny ból istnienia, który objawiał się niemym, niezbyt mocnym, ale na dłuższą metę niezwykle dokuczliwym, głuchym krzykiem wszystkich mięsni i tkanek. Aby go pokonać i zrzucić z siebie, przygniatającą mnie do ziemi, krępującą ruchy, niewidzialną, a jednak rzeczywistą ołowianą skorupę, zmusiłem się do wykonania codziennej porcji ćwiczeń gimnastycznych.

Od kilku miesięcy byłem na emeryturze mundurowej i po początkowej euforii, trwającej kilka miesięcy, wpadłem w jakiś olbrzymi, depresyjny dół, z którego w żaden sposób nie umiałem się wyrwać. Czułem się zapomniany przez Boga i ludzi, i nikomu już niepotrzebny; chociaż wiedziałem, że powinienem się cieszyć, bo mam zapewnione jakieś dochody do końca życia.

„Może było lepiej zostać i umrzeć na służbie?” – pytałem sam siebie przy śniadaniu, pomimo, że doskonale wiedziałem, że nie miałem wyboru.

Musiałem odejść, bo wyczerpałem do końca, nieprzebrane za młodu, zasoby mojej cierpliwości i wyrozumiałości dla brudów tego świata…Nie mogłem już dłużej patrzeć na ten wszechobecny nepotyzm, postępującą i dławiącą wszystko korupcję, gdzie ręka rękę myje, a o wszystkim decydują osobiste przysługi, interesy i znajomości; gdzie dobre prawa i szlachetne zasady obowiązują tylko na papierze. Byłem jak odkurzacz, który do końca napełnił się nieczystościami; zapaliła mu się czerwona, ostrzegawcza lampka i bez wymiany worka nie może przyjąć więcej śmieci.

„Dawniej było lepiej! Prawdziwi mężczyźni ginęli na wojnie i nie doświadczali uroków starości” – myślałem.

Teoretycznie powinienem być zadowolony. Miałem żonę, która codziennie o siódmej rano wychodziła do pracy; dwoje dorosłych dzieci na studiach i wybudowany własnymi rękami, piękny domek, dookoła którego zasadziłem całe mnóstwo drzew. Mogłem więc spocząć na laurach i – tak jak mówi znane wszystkim ludowe porzekadło – uważać się za spełnionego mężczyznę.

„Cóż więcej można chcieć od życia?” – setny raz stawiałem sobie to pytanie i natychmiast odpowiadałem: „Tylko taki pokręcony głupek jak ty, któremu na starość poprzewracało się w głowie, nie potrafi docenić tego, co ma!”

Nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić, jak przetrwać tych kilka godzin w pustym domu, które pozostały do powrotu Małgosi z pracy, postanowiłem dostarczyć sobie odrobinę adrenaliny; zaryzykować i zabrać się za robotę, którą ze względu na to, że była niebezpieczna, groziła upadkiem z dużej wysokości i skręceniem karku, odkładałem od ładnych kilku lat.

Naostrzyłem dobrze ręczną piłkę, którą kupiłem kiedyś w sklepie ogrodniczym. Wsunąłem ją za pasek spodni i po przystawionej do pnia długiej drabinie i gałęziach wspiąłem się na sam szczyt, rosnącej na stromej skarpie, w odległości dziesięciu metrów od domu, wysokiej, grubej lipy. Musiałem zmniejszyć jej koronę, aby osłabić opór stawiany wiatrom, bo w czasie burz trzeszczała niemiłosiernie i wydawało się, że w każdej chwili może się złamać lub przewrócić z korzeniami i zawalić nasz dom.

„A co tam! Będzie jak będzie! Raz kozie śmierć!” – powiedziałem sobie w duchu, starając się opanować drżenie nóg. Przez chwilę odpoczywałem, łapiąc powietrze, jak wyciągnięta na brzeg ryba, a później zabrałem się solidnie do roboty.

Po kilku godzinach skakania po gałęziach i intensywnego cięcia pot ściekał mi po plecach, ale udało mi się zmniejszyć koronę drzewa do przyzwoitych, bezpiecznych rozmiarów. Następnie, zachęcony powodzeniem, przeniosłem się na jeszcze wyższą sosnę i ją również udało mi się doprowadzić do porządku. Gdy skończyłem byłem tak zmęczony, że musiałem usiąść na szczycie sosny, na jej obciętym pniu, jak na stołku, aby odpocząć przed zejściem na ziemię.

Spojrzałem w dół. Zakręciło mi się w głowie i przez chwilę poczułem się wolny, jak ptak buszujący po przestworzach. Miałem przed oczami piękny widok na całą okolicę. Patrzyłem na czerwone dachy domów miasteczka Bircza i maleńki, otoczony starymi kamienicami, pamiętający czasy Jagiełły, prostokątny rynek oraz położony za nim, na niewielkim pagórku murowany kościół z początku dwudziestego wieku, z odnowionym niedawno miedzianym dachem, który jeszcze nie zdążył pokryć się zielenią; z dwoma wieżami zwieńczonymi błyszczącymi w słońcu, złotymi kulami, z których unoszą się ku niebu, świecące niczym diamenty w promieniach słońca, strzeliste krzyże.

Choć niebo było czyste, wydawało mi się, że bujam w obłokach. Musiałem jednak wyrwać się z tego transu i szybko zejść na dół, bo niespodziewanie zerwał się lekki wiatr i zaczął niebezpiecznie kołysać moim drzewem.

Gdy stanąłem na ziemi odetchnąłem z ulgą. W tym czasie, nie wiadomo skąd, nadleciał bocian i zatoczył kilka kółek nad naszym domem. Ja jednak nie zaprzątałem sobie nim głowy, bo na drodze, punktualnie jak w zegarku, o tej samej porze co zwykle, pojawiła się listonoszka Marysia; zobaczyła mnie i skręciła w moją stronę. Ruszyłem jej na spotkanie.

– Bocian siedzi na czubku pańskiej sosny – powiedziała wręczając mi list. – Pewnie niedługo przyniesie wam jakąś niespodziankę do nowego domu.

– Niech pani nie żartuje. Kilka lat temu, to jeszcze bym nic nie gadał. Ale teraz mocno się spóźnił, więc może sobie tam siedzieć ile chce – odpowiedziałem jej w tym samym, żartobliwym tonie. Pomyślałem jednak, ze skoro mamy już dorosłe dzieci i córka ma chłopaka, to nigdy nic nie wiadomo…

Jakiś czas później, gdy zdążyłem już zapomnieć o tym zdarzeniu, zupełnie niespodziewanie, okazało się, że pani Marysia miała rację. Bocian nie fatygował się na darmo. Przyleciał do mnie i Małgosi w forpoczcie, jako zwiastun dobrej, choć niespodziewanej nowiny i przewrócił nasze życie do góry nogami.

W połowie stycznia następnego roku przywieźliśmy do domu, ze Szpitala Miejskiego w Sanoku piękną dziewczynkę, która wniosła w nasz dom nową nadzieję, radość i szczęście.

Chociaż był środek zimy, tego dnia, jakby specjalnie dla nas, było ciepło, świeciło słońce, a droga była sucha i bezpieczna, więc bez problemów pokonaliśmy wszystkie karkołomne serpentyny na Górach Słonych, oddzielające Birczę od Sanoka.

Jest to historia prawdziwa, która przydarzyła się mnie i mojej żonie Małgosi, gdy już wydawało się, że wszystko, co najlepsze, mamy poza sobą; i teraz czeka nas tylko długa, spokojna i nudna droga ku starości. A przepowiedział ją bocian, w którego do tej pory nigdy nie wierzyłem.

Dzisiaj, gdy nasza córeczka, Karolinka – nasze słoneczko na niebie, nasza kruszynka i promyk nadziei – która ma już dwa latka, wskakuje mi na kolana, daje buziaka i przedrzeźniając się z mamą, dorosłą siostrą i bratem, krzyczy: „To moje tato!” ogarnia mnie wielka radość i szczęście. Potrafię to docenić. I jestem wdzięczny Wszechmogącemu Bogu, bo wiem, że nic lepszego mnie w życiu nie mogło spotkać.

Wiesław Hop


Wiesław Hop – pisarz i publicysta związany z Podkarpaciem (Rzeszowski Oddział Związku Literatów Polskich). Urodził się w roku 1963 w Birczy, w powiecie przemyskim, gdzie mieszka. Jest żonaty, ma troje dzieci. Był nauczycielem, a w latach 1989-2010 policjantem. Przez trzynaście lat służby pełnił funkcję Komendanta Komisariatu Policji w Birczy. Od trzydziestu lat pisze opowiadania oraz powieści o tematyce sensacyjno-kryminalnej i obyczajowej. Wydane powieści: „Spacer ze śmiercią” – Wydawnictwo Pi, Warszawa 2012, „Wbrew woli” – WFW, Warszawa 2013, „Poranek pełen nadziei” – Rozpisani.pl, Warszawa 2015, „Przed wyrokiem” – LSW, Warszawa 2016, „O północy w Bieszczadach” – LSW, Warszawa 2019, „Długa noc” – Wydawnictwo CM, Warszawa 2020, wydana także w formie audiobooka przez Wyd. Lind & Co.

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Następny artykuł„Nusia”

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -