czwartek, 25 lipca, 2024
Strona głównaOpowiadania„Los zwykłego żołnierza”

„Los zwykłego żołnierza”

Namalowała Jadwiga Kupiszewska

Trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło Włochy w środkowej części Półwyspu Apenińskiego, w miejscowości Castel di Sangro, było ledwo wyczuwalne. Dela nie mogła zasnąć. Wyjęła z szuflady pamiętnik. Od kiedy odszedł mąż, częściej zaglądała na cmentarz Monte Cassino, albo wpadała w nostalgię, przeglądając stare, pożółkłe zapiski szpitalnego dziennika.

– Ach, te Polaki, Polacchi – poprawiła. Byli ranni, a uśmiechali się, żartowali, opowiadali coś z radością, czasem z patosem, ale bywało, że też ze smutkiem. Nie rozumiała ich zawiłej szorstkiej mowy. Język włoski jest o wiele bardziej miękki, nawet śpiewający – pomyślała.

Była młoda, gdy wybuchła druga wojna światowa. Przerwała wtedy naukę i jako pielęgniarka pracowała w szpitalu, do którego zwożono rannych podczas zdobywania wzgórza pod Monte Cassino. Szpitalem wojennym w Casamassina kierował Polak, płk Tadeusz Sokołowski.

– Dobrze, że to zapisałam, bo dzisiaj nie pamiętałabym jego nazwiska – przemknęło jej przez myśl.

Dopiero po latach uświadomiła sobie, że gdyby wówczas znała język polski, jak zna obecnie, zapewne więcej faktów wpisałaby do pamiętnika. Może ci, co odeszli, bo nie udało się uratować ich życia, pragnęli coś przekazać ostatnim słowem, jękiem bólu, gestem. Upłynęło tyle lat, lecz ciągle miała w oczach żołnierza leżącego przy ścianie obok drzwi, którymi wnoszono rannych. Taki młody blondyn z urwaną krwawiącą ręką. Innemu, pod oknem, bandażowała twarz poszarpaną odłamkami granatu. Wyglądał w opatrunku jak mumia egipska, tylko oczy świeciły się cierpieniem i smutkiem.

Do dzisiaj nie wie, dlaczego wtedy po powrocie do domu, pomimo zmęczenia, sporządzała notatki. Straciła rachubę liczby opatrzonych żołnierzy, którzy ucierpieli w czasie walk o desperacko bronione przez Niemców górskie miasteczko Piedimonte, położone na wierzchołku wzgórza, otoczonego trudnymi do zdobycia tarasami. „Od wczoraj zwożą żołnierzy ponad stan – zanotowała. – Zaczęło brakować łóżek, opatrunków. Tego z sali numer dwanaście przywieźli rannego w ramię. Miał poszarpany mundur”. Usiłowała delikatnie zdjąć zakrwawioną bluzę. Ranny zajęczał, wzięła więc nożyczki i odcięła bok bluzy razem z rękawem. Bezwiednie pogłaskała go po sklejonych potem włosach, otworzył zapuchnięte ze zmęczenia i bólu oczy. Patrzyli na siebie przez chwilę. Żołnierz coś mówił do niej po polsku. Nie rozumiała. Jednak jego głos spowodował, że odeszło zmęczenie. Dela poczuła kojące ciepło pod sercem. Zadrżały jej ręce. Z przesadną czułością opatrzyła rany i kiedy wróciła po pracy do domu, nie mogła doczekać się chwili, gdy ponownie stanie obok łóżka nieznanego żołnierza.

Ranek przyniósł nawał obowiązków. Nie miała czasu zajrzeć do „dwunastki”. Uczyniła to dopiero podczas małej przerwy od zajęć. Delikatnie uchyliła drzwi. Ranny Polak siedział na łóżku. Gdy ją zobaczył, przerwał rozmowę z sąsiadem obok i najwyraźniej ucieszył się na jej widok. Podeszła z zamiarem zmiany opatrunku. Pogłaskał ją po dłoni.

– Podobasz mi się – szepnął. Nie rozumiała, lecz czuła, że serce bije jej jak szalone. Teraz po latach, gdy Józefa już nie ma, notatki z tamtego czasu przypominały najczulsze chwile, kiedy się poznali, a miłość złączyła ich na całe życie. Polak i Włoszka. Gdy nauczyła się trudnego języka męża, z podziwem słuchała opowieści o jego życiowej drodze do Monte Cassino, do niej. Wyobrażała obie, że przewędrował pół świata, został ranny po to, aby go poznała, pokochała.

– Od 1939 roku wojenny czas rzucał mną po różnych ziemiach i krainach. Nikt chyba nie zdoła ocenić bezmiaru cierpieia, którego doświadczyłem… Opowiadając Deli swoje przeżycia, Józef chwilami przerywał, jakby szukał odpowiednich słów do opisania swojej gehenny.

– Gdy 3. Pułk Piechoty w Jarosławiu wyruszył z transportem na front w kierunku Tarnopola i gdy pociąg został zbombardowany, wielu żołnierzy zginęło, a ja dostałem się do niewoli – mówił powoli, ważąc każde słowo. Wywieziono mnie w głąb Rosji Sowieckiej, na Sybir, dla „ochłodzenia”, jak zwracali się do nas rosyjscy konwojenci. W czterdziestostopniowym mrozie rąbałem drzewo w tajdze, prawie bez pożywienia i ciepłej odzieży, śpiąc po kilka godzin w kiepskiej lepiance. Straciłem nadzieję na lepszy los.

Jednak napaść Niemców na Związek Radziecki zmieniła bieg historii. Władze sowieckie wyraziły zgodę na wypuszczenie Polaków z więzień i łagrów i na utworzenie niezależnej polskiej armii. Jej dowódca generał Władysław Anders rozsyłał po wszystkich zakątkach Azji wieści o możliwości wstąpienia do tworzących się oddziałów. Wkrótce do szeregów wojska polskiego zaczęli ciągnąć „niewolnicy” z Syberii, ze stepów Kazachstanu…

Józef zamyślił się. Dela trzymała go za dłoń, milczała. Droga do niej, do Monte Cassino prowadziła przez łańcuchy żwirowych wzgórz, przez wysokie góry, często krętymi, wąskimi drogami, przez Morze Kaspijskie do Iranu, pustynnym szlakiem do Ziemi Świętej, przez Palestynę i Egipt do Iraku…

Jeszcze w łagrze spotkał Józef kolegę z rodzinnego miasta. Odtąd trzymali się z Piotrem razem, dzielili na zesłaniu kawałkiem chleba, a później równocześnie ukończyli Szkołę Podchorążych w Iraku, w miejscowości Mosul, na pograniczu z Turcją, by służyć ramię w ramię w 5. BP – 3. Dywizji.

– Piotrze! Piotrze! – Józef wpadł do ciemnej lepianki, gdzie jego kompan jadł postne, syberyjskie śniadanie, popijając gorącą „herbatą” z kory brzozowej, tak gorącą, że parzyła zbliznowaciałe od mrozu usta.

– Czytaj, szybko czytaj, upomnieli się o nas. Tworzą polską armię. Zwijamy się. Jest szansa, że będziemy walczyli jak prawdziwi żołnierze.

Armia Andersa składająca się z niedawnych jeńców, zesłańców, więźniów, dotarła w 1944 roku do włoskiej ziemi, okupowanej przez Niemców. Po trzech bezskutecznych atakach sił alianckich Polakom powierzono to, zdawałoby się nie do wykonania, zadanie zdobycie wzgórza, kluczowego dla dalszego marszu aliantów w głąb Italii. Nadarzyła się więc okazja, aby polscy żołnierze pokazali światu, co potrafią. Od stycznia do końca marca walczyli tu Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, a także Kanadyjczycy i Hindusi. Po każdym natarciu musieli się jednak wycofać, pozostawiając wiele ofiar.

Bitwa wokół górskiego klasztoru św. Benedykta była jedną z najcięższych w czasie drugiej wojny światowej. Polakom w końcu udało się zawiesić narodową flagę na ruinach zamienionej w fortecę świątyni, ale to nie był jeszcze koniec ofensywy. 22 maja 1944 roku o siódmej rano zdziesiątkowana piechota, sklecona na nowo w oddziały, wyruszyła na Piedimonte. Gen. Anders rozkazał nadać raport o następującej treści: „Zamelduj, że sytuacja jest ciężka, ale dowódca Korpusu ocenia ją pomyślnie”. Padał deszcz. Do szturmu poszła kompania Józefa. Najbardziej aktywna grupa ppor. Durlika wdarła się w głąb miasta, aż do wieży górującej nad zabudowaniami. Huk armat, wybuchy granatów słychać było daleko. W tę kanonadę wtapiały się strzały, warkoty czołgów i motorów, jęki umierających. Zabitych i rannych zwożono do szpitali dzień i noc. Józef krwawiąc, przeleżał samotnie do wieczora. Trzymał się wystającego głazu, zagryzając z bólu zęby. Jeszcze po latach od tamtych wydarzeń Dela głaskała jego bliznę, wspominając zmieniane przez siebie opatrunki. Po wojnie otrzymała od rodziny Józefa książkę Monte Cassino, w której Melchior Wańkowicz tak opisał przebieg pamiętnego szturmu:

„Pluton miał zdobyć basztę, której ogień panował nad miastem. Pod basztą były liczne stanowiska niemieckie, należało je wpierw opanować. Ppor. Durlik rozdzielił pluton, na prawo skierował część ludzi pod dowództwem kpr. Kota, a sam tylko z czterema innymi obchodził z lewej na przełaj, chcąc zajść i zaskoczyć Niemców… Na zaawanturowaną piątkę lecą serie ze szmajserów i granaty. Szmajsery strzelające z dołu mało szkodzą, bo chroni murek […]. – Granat koło nogi! Krzyczy podporucznik do strzelca Dodolaka. Chłopak odbiegł trzy kroki, padł, tak, że detonujący granat tylko lekko go zranił, pyrgnął dalej, bo go ciągle obrzucali kolejnymi granatami, i znikł kolegom z oczu”.

W pierwszej chwili Józef nie poczuł bólu. Chciał rzucić granatem, lecz ręka opadła bezwładnie. Chyba zemdlał. Krew sączyła się coraz mocniej, wsiąkała w szary mundur. Rannego odtransportowali do szpitala. Pierwsze uderzenie z udziałem Polaków załamało się. Drugie, gdy już opadali z sił, przy wsparciu czołgów sunących po skalistym wzgórzu prawie bez osłony powietrznej i artyleryjskiej, dotarło do centrum obrony niemieckiej. Droga na Rzym była wolna. Po bitwie pod Monte Cassino wojska alianckie wkroczyły do stolicy Włoch.

W dniu opuszczania przez Józefa szpitala Dela nie miała dyżuru. Nie zdążyli się pożegnać, wymienić choćby adresów. Była zrozpaczona. Tymczasem w obozie przejściowym w Neapolu ładowano na okręty sprzęt wojskowy. Wojna jeszcze trwała, ale żołnierze marzyli o powrocie do Polski. Dochodziły do nich wieści, że Warszawa została zburzona, w kraju stacjonowały oddziały Armii Czerwonej, a polskie Ziemie Wschodnie zawłaszczyła Sowiecka Rosja. Tak więc po demobilizacji żołnierze Andersa musieli szukać chleba w obcych krajach: Francji, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Argentynie, Wielkiej Brytanii.

Józef z Piotrem początkowo przebywali w Anglii, wspierając się jak dotąd. Później jednak ten drugi emigrował do Kanady. Utrzymywali ze sobą kontakt korespondencyjny. Ich listy przepełniały uczucia nostalgii i tęsknoty za krajem. Po latach Piotr informował rodzinę: „Byliśmy razem z Józefem w trudnych chwilach. Złączyła nas niezmierzona pojęciem ludzkim niedola, a teraz oceaniczny ból lat, które spędzamy na wygnaniu, w nigdy niekończącej się robinsonadzie. Wszystkiego opowiedzieć się nie da. Do tego potrzebna jest książka w kilku tomach, wielkie dzieło, które by mogło dać rzeczywiste wyobrażenie o naszym życiu, o straszliwej gehennie. Miniona wojna pozostawiła ślady psychicznego załamania”.

Józef zaś z Anglii pisał do Piotra: „Niedostatki nie są tak dokuczliwe, jak samotność między obcymi. Coś tak szarpie człowiekiem, że w niektórych momentach spakowałoby się manatki i jechałoby się. Ale gdzie? Do Polski, do Macierzy? Jednak tam miejsca nie ma dla nas. Każdy ma za sobą przeszłość polityczną, nieakceptowaną przez nowe władze powojennej Polski. A przecież nie byłem nazistą, ani jakimś społecznym wywrotnikiem”.

Tymczasem Dela bezskutecznie poszukiwała Józefa. Zmieniał miejsce pobytu i zajęcia. Po doświadczeniach wojennych nie chciała już pracować w szpitalu. Podjęła studia pedagogiczne, aby zostać nauczycielką. Pewnego dnia zadzwonił telefon. Usłyszała w słuchawce głos szpitalnej sekretarki:

– Przyszedł do pani list z Anglii.

Biegła jak oszalała. – Józef, może to Józef! Nie myliła się. Pisał, że ciągle o niej myśli, że do Polski nie wróci, że przyjedzie na urlop. Przyjechał i został.

W kawiarence przy Via Croce jedli włoskie lody, gdy Józef oświadczył się. Wesele, z udziałem licznej rodziny, było typowo włoskie. Koronkowy welon otulał drobną, czarnowłosą i ciemnooką narzeczoną. Piotr na ślub nie przyleciał. Przysłał paczkę z prezentami, a wśród nich jedwabną chusteczkę, którą Dela w wietrzne dni okręcała głowę. Pisał do nowożeńców rozpaczliwe listy: „Tęsknię za Polską, której nigdy chyba nie zobaczę. Dziś tułać się muszę po obcych krajach i prosić o pracę, która jest warunkiem przeżycia. Tu można egzystować, korzystając z praw, które niosą wolność – każdemu, bez różnicy pochodzenia narodowego. Trzeba zgodzić się z tym i dźwigać jarzmo tęsknoty do końca żywota za ziemią, gdzie się urodziłem”.

Józef starał się pocieszać przyjaciela: „Jednak mimo wszystko, chcę wierzyć w lepsze jutro, może takie nadejdzie. Jedyną łaską jest zdrowy rozsądek, ciężka praca i wiara we własne siły, we własne ‘ja’. Gdyby człowiek żył przeszłością i wspomnieniami, dostałby zapalenia mózgu. Zapomnieć jednak nie można”.

Dela schodziła powoli białymi schodami ze szczytu cmentarza Monte Cassino. Tysiąc siedemdziesiąt polskich grobów. Trwająca trzynaście dni i dwadzieścia godzin bitwa została zakończona 25 maja 1944 roku o godzinie 19.00. Przed oczami miała biel szpitalnego fartucha, czuła zapach jodyny, widziała oczy żołnierzy, wpatrujących się w nią z nadzieją i wiarą dobrze spełnionego żołnierskiego obowiązku… Patrzyła na napis biegnący dwumetrową antykwą przez całe plateau otaczające amfiteatr dziewięciu tarasów ułożonych z wapiennych głazów:

PRZECHODNIU, POWIEDZ POLSCE,
ŻEŚMY POLEGLI WIERNI JEJ SŁUŻBIE

Jadwiga Kupiszewska


Jadwiga Kupiszewska – artystka o wielu pasjach. Z zamiłowania malarka, poetka, animatorka kultury, organizatorka ciekawych międzynarodowych i ogólnopolskich plenerów malarskich, z wykształcenia biolog (cytolog); ukończyła Wydział Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest autorką 8 tomików poetyckich, 3 książek prozatorskich, w tym „I nagle znikasz w ciemnych obłokach” o tematyce Katyńskiej. „Dni tygodnia – Opowiadania” są pierwszym tego typu wydawnictwem i wpisują się tematyką w pejzaż jej rodzinnego miasta Rzeszowa; z tego zbioru pochodzi opowiadanie „Los zwykłego żołnierza”. Uhonorowana Nagrodą Zarządu Województwa Podkarpackiego za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury (2013). W 2018 i 2024 r. otrzymała Nagrodę Prezydenta Miasta oraz Odznakę Honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej (2015). Ponadto odznaczona Srebrnym (1979) i Złotym Krzyżem Zasługi (2018) oraz Brązowym Medalem „Gloria Artis” (2021).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -