niedziela, 26 września, 2021
Strona głównaPoloniaFlorydaEdmund Gonsławski – Sybirak od kolebki

Edmund Gonsławski – Sybirak od kolebki

Edmund Gonsławski urodził się 25 maja 1918 roku w Irkucku. Jak sam mówił o sobie, Sybirakiem był od kolebki. Weteran bitwy o Monte Cassino, gdzie był kierowcą dowódcy 11. Batalionu Łączności, wielki Patriota. W latach powojennych zamieszkał w Miami i był szczęśliwym ojcem, dziadkiem i pradziadkiem, ale jego życiowa historia to gotowy scenariusz na bardzo dobry film. Pan Edmund zmarł na Florydzie 24 sierpnia br. w wieku 103 lat. Ale w 2015 roku „Biały Orzeł” przeprowadził z Nim wywiad-rzekę, który przypominamy – zapraszamy do poznania tej wyjątkowej historii!

– Nigdy nie straciłem wiary w niepodległość swojej ojczyzny – mówił Edmund Gonsławski,. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Mówi Pan o sobie „Sybirak od kolebki”…  

Edmund Gonsławski: Tak, bo urodziłem się w Rosji sowieckiej, w okolicy Irkucka, przy granicy mongolskiej, w małej miejscowości nieoznaczonej na mapie. Był to rejon wojskowy, czyli sowieckiej straży granicznej w Mongolii. Moimi rodzicami byli Jan Gonsławski i Halina Janowicz rodem z Brześcia, wówczas litewskiego, ale za naszych czasów nad Bugiem, Polska. Kiedy rewolucja bolszewicka dokonywała swe krwawe dzieło, dla Polaków i innych osiedlonych tam Europejczyków, szansa na przeżycie wydawała się po prostu beznadziejna. Trzeba było drogo przekupić kogo trzeba, żeby wcisnąć się do pociągu, który jechał z Irkucka na zachód, do Moskwy, czyli do centrum piekielnego wrzenia. A z Moskwy, jak Bóg da. Na jednym z postojów w Newlu zostałem ochrzczony przez księdza zesłańca i w ten sposób miasto Newel w Rosji jest administracyjnym miejsce mego urodzenia.

Chociaż urodził się Pan gdzie indziej…

Tak, ale po prostu moja mama nie potrafiła wymówić nazwy tamtej miejscowości… Do Polski przypłynęliśmy w roku 1920 okrętem z Finlandii nadzorowanym przez Czerwony Krzyż. Miałem wówczas niespełna 3 lata. Zamieszkaliśmy w Brześciu nad Bugiem w województwie poleskim w Polsce. Wyrastałem pod pieczą rodziców, którzy jak inni byli budowniczymi naszej nowonarodzonej ojczyzny. Po obudzeniu się każdego dnia, każdego rana, mój wzrok padał na ścianę z obrazem Matki Boskiej, a potem na uśmiechniętego dziadka Józefa Piłsudskiego, któremu zawdzięczamy, że mówimy po polsku. Wychowywałem się w zarysach Kościuszki, Sobieskiego, Reymonta, Sienkiewicza i oczywiście Mickiewicza. Ta przedwojenna Rzeczpospolita Polska była dla mnie przedmiotem dumy i miłości. Kochałem ją całym sercem i całą duszą. Niestety, gdy miałem 21 lat, napadł na naszą ojczyznę obłąkany Niemiec – Adolf Hitler.

Historia Pana Edmunda Gonsławskiego to gotowy scenariusz na świetny film. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Był Pan już wtedy dorosłym mężczyzną. Czym się Pan wtedy zajmował?

Ja wówczas odbywałem służbę wojskową jako kierowca przy Sztabie Nowogródzkiej Brygady Kawalerii dowodzonej przez gen. Władysława Andersa. Na froncie w rejonie przygranicznym z Prusami Wschodnimi na pozycji Działdowo-Malawa całą kampanię wrześniową przeszedłem w bliskim otoczeniu tego najwybitniejszego polskiego dowódcy w II wojnie światowej. Naszą tragedię narodową w tej wojnie dopełnił drugi obłąkaniec – Józef Stalin, na którego rozkaz armia sowiecka zadała nam zdradziecki cios w plecy 17 września 1939 roku. Armia Polska pod naporem dwóch potęg musiała ulec. 19 września 1939 roku, jadąc samochodem terenowym – łazikiem, wioząc lekarza sztabowego, dostałem serię pocisków w chłodnicę i prawą stronę przedniej szyby. Zostałem ranny w nogi, a lekarz w lewe ramię. Tak niefortunnie skończył się mój udział w wojnie w 1939 roku.

Czyli został Pan ranny. Jak dalej potoczyły się Pana losy?

Ze szpitala w Rembertowie wyszedłem po 3 tygodniach. W grudniu, po wielkich tarapatach, dostałem się do domu w Brześciu nad Bugiem. Widziałem stojącą jeszcze bramę od wschodniej strony miasta, gdzie Żydzi i miejscowi komuniści witali wkraczające wojska Związku Sowieckiego. Dla bezpieczeństwa nie mieszkałem w swoim rodzinnym domu, tylko u babci i dziadka na przedmieściu. Jednak 8 lutego 1940 roku w moim domu milicjanci dokonali rewizji i zostawili ostrzeżenie, że mam zgłosić się na komendę w celu rejestracji. Na jaką rejestrację? Przewrócili dom do góry nogami, rozpruli siennik, a nawet szukali w psiej budzie. Czego szukali? A zatem zgłosić się na komendę milicji oznaczało dobrowolne pójście do aresztu. Przynajmniej tak myślałem.

Edmund Gonsławski – szczęśliwy mąż, ojciec, dziadek i pradziadek. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

I jaką decyzję Pan podjął?

Postanowiłem uciec na stronę niemiecką przez granicę ustaloną na rzece Bóg. Wziąłem ze sobą prawo jazdy, co dawało mi duże możliwości w znalezieniu pracy. Wyruszyłem tejże samej nocy, padał śnieg i widoczność była zaledwie parę kroków. Zdawało się, że wszystko idzie pomyślnie, ale nagle usłyszałem „Stój! Ręce do góry!”. Ujrzałem dwóch sowieckich żołnierzy, którzy byli przykryci białymi prześcieradłami. Dlatego, nie widząc ich, po prostu na nich wlazłem. Po zrewidowaniu niekończącymi się pytaniami odprowadzono mnie do twierdzy brzeskiej. I tu moje prawo jazdy okazało się być moim nieszczęściem.

Dlaczego nieszczęściem?

Ponieważ były na nim pieczątki z mojego pobytu na Zaolziu w Czechosłowacji. A więc od razu krzyknęli „Szpion!”, czyli szpieg. Torturowany byłem w lochach twierdzy przez 8 miesięcy. Najgorsze były nocne przesłuchania. Wywoływano mnie z celi i już na korytarzu dostawałem kolbą karabinu w plecy, a w najlepszym wypadku parę kopniaków. Raz wróciłem z przesłuchania z okiem podbitym, na które nie widziałem przez długi okres. Krew z nosa to normalne po każdym przesłuchaniu. Na jednym z nich wydzierała się na mnie kobieta w mundurze wojskowym, zarzucając mi, że jestem wrogiem sowieckiego ładu i prawa. Na mój gest, że nie rozumiem, uderzyła mnie kolbą rewolweru w twarz. Do celi nie doszedłem o własnych siłach. Zostałem przyciągnięty, a do celi wkopany. Po paru dniach wydłubałem ząb, który wisiał na dziąśle. Raz z rozpaczy dostałem obłędu i zacząłem krzyczeć: „Do jasnej cholery, czego oni ode mnie chcą?! Przecież ja nic złego nie robiłem!”. A z kąta celi odezwał się głos: „To dlaczegoś nie świętował 1 maja, tylko 3 maja?”. Spojrzałem na niego gniewnie, a on przyłożył palec do ust, dając znak, żebym nie krzyczał i wzrokiem wskazał na jednego, który leżał twarzą do ściany. Zamilkłem w momencie, bo rzeczywiście on nigdy nie był torturowany jak wracał z przesłuchań. Od tej pory milczałem. Chwilami płakałem jak dziecko, zwłaszcza jak wróciłem z tortur bez paznokcia środkowego palca w lewej ręce. Do dziś mam ten palec krótszy. Myślałem już o samobójstwie. Raz byłby już koniec, ale nie wiedziałem jak to zrobić. Dziś na samo wspomnienie, co tam się działo, wierzyć się nie chce, że człowiek człowiekowi może sprawiać takie tortury. To nie byli ludzie. To były potwory w ludzkim ciele.

Nawet przez słuchawkę telefonu czuć, że jeszcze dzisiaj Pan to bardzo przeżywa…

Raz, już dobrze po północy, wywołano mnie z celi. Żołnierz prowadził mnie w innym kierunku niż dotychczas. Wchodziłem do góry po schodach z wielkim trudem i żołnierz, o dziwo, nie pomógł mi jak to u nich było w zwyczaju grzecznościowym kopniakiem. Wszedłem do jasno oświetlonego pokoju, a za biurkiem siedział starszy wiekiem oficer z gęsto wiszącymi medalami. Wskazał mi krzesło i poczęstował papierosem. Podziękowałem i powiedziałem, że nie palę. Wreszcie patrząc mi prosto w oczy mówi: „Ta sprawa ciągnie się za długo. Podpisz, a będziesz wolny”. Odpowiedziałem, że nie mogę podpisać, bo to jest nieprawda, co jest napisane.

A co tam dokładnie było napisane na tej kartce?

Tam było napisane, ze jeździłem jako wojskowy za granicę jako szpieg. Powiedziałem, że to nieprawda. On wyjął z koperty to moje prawo jazdy i mówi, że to jest dowód: „Byłeś dwa razy za granicą. W jakim celu?”. Odpowiedziałem, że byłem tylko raz, a pieczątkę dali mi przy wyjeździe i wjeździe. Poza tym nie byłem w Czechosłowacji tylko na Zaolziu, które należało do Polski. Coś tam kreślił i ponownie spytał: „Kogo tam wiozłeś?”. Trzech oficerów – odpowiedziałem. „Jak się nazywali?” – spytał. Odpowiedziałem, że nie wiem, bo oficerowie w Polsce nie mówili szoferowi jak się nazywają.

Zdjęcie z okresu II wojny światowej. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Naprawdę Pan tego nie wiedział?

Ja dokładnie wiedziałem, kogo wiozłem. Wiozłem szefa sztabu Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, dowódcę 27. Pułku Ułanów i jednego podporucznika, późniejszego dowódcę XV Pułku Ułanów Kresowieckich. Czyli ja wiozłem naprawdę znane i wysokie w wojsku osoby, ale nie mogłem ich podać. Skłamałem więc dosłownie, ale jemu się to podobało, że taka dyscyplina. To był dobry wykręt, bo przeszło to gładko. Spytał, co tam robiłem, więc odpowiedziałem, że spałem w samochodzie, bo byłem zmęczony podróżą. Dalej coś tam pisał, skreślał, a w końcu dał znak żołnierzowi, żeby mnie wyprowadził. Tym razem do celi wróciłem nietknięty. Teraz podam pewne wyjaśnienie. Wszyscy w celi wiedzieliśmy, że jak podpiszesz, to potwierdzasz to, co tobie zarzucają. Czyli sam na siebie wydajesz wyrok. I tej samej nocy każdy został rozstrzelany. A jak nie podpiszesz, to choć nie wiesz, co dalej, ale żyjesz. Pamiętam, że byli tacy, którzy nie wytrzymywali tortur i podpisywali. Niektórzy naiwni uwierzyli, że będą wolni jak podpiszą. Tak jedni, jak i drudzy, zostali straceni. Jeśli chodzi o mnie, to zarzut szpiegostwa dawał im pełne prawo do najwyższej kary, czyli rozstrzelania. Od tego wyjątkowego przesłuchania minął miesiąc jak nie byłem wywoływany. Podgoił mi się trochę palec i czarne oko nabrało normalnego wyglądu. Z celi wywołany został ten, którego podejrzewaliśmy, że donosi. I nie wrócił więcej, dzięki Bogu. Wtedy rzeczywiście trochę odetchnęliśmy.

I co się stało później?

We wrześniu 1940 roku po wywołaniu mnie z celi poinformowano, że dobroduszny Stalin ułaskawił mnie. A jak się pytam, z czego i za co? I kara została zamieniona na 8 lat ciężkich robót. Tejże samej nocy w bydlęcym wagonie wraz z innymi, jak ja, wrogami Związku Sowieckiego, przejeżdżałem granicę Polski, do której już nigdy nie wróciłem…

Nietrudno zgadnąć, w którą stronę…

Wywieziono nas do Archanielska do ZSRR, gdzie przebywałem całą zimę, wożąc taczką żwir do budowy doków portowych, przy temperaturze do 30-40 stopni poniżej zera. Strasznie było. Na wiosnę w maju 1941 roku, kiedy śnieg trochę stopniał, wywieziono mnie wraz z innymi pod ochroną żołnierzy na wschód w głąb zalesionej tajgi. Podróż trwała miesiąc. Płynęliśmy kutrem rybackim w górę rzeki, której nazwy nie potrafię sobie przypomnieć. Po paru dniach ugrzęźliśmy na mieliźnie, bo po prostu rzeka się skończyła. Potem żeśmy szli piechotą do miejsca, gdzie załadowali nas na samochód ciężarkowy, którego motor jako paliwa używał drewna, co akurat wtedy po raz pierwszy widziałem. Wreszcie przyjechaliśmy do obozu ogrodzonego na wysokości mniej więcej 2 metrów drucianą siatką. Obóz ten nazywał się Juzhny Prastok. Jego polskiego określenia nie znam, ale chyba jakoś „wschodni przystanek”.

Jak duża była ta grupa, która tam trafiła?

Było nas 17 Polaków w młodym wieku. Wśród nas był też ksiądz, którego nazwiska w tamtej chwili nie pamiętałem, bo chociaż zwracaliśmy się do siebie po imieniu, to do księdza zwracaliśmy się polskim zwyczajem „proszę księdza” lub „szanowny księże”. Zapowiadał on ciągle, że ucieknie przy pierwszej nadającej się okazji. Pamiętam do dziś kilka nazwisk: Lwów, mój kolega szkolny, Honik, który ładnie śpiewał i nazywaliśmy go kapelmistrzem, Czarnecki, student politechniki, Polański nauczyciel i Władysław Rutkowski, spawacz w fabryce samolotów. Pamiętam też Staszka Wójcickiego, mojego najbliższego przyjaciela w tej podróży i w ogóle w obozie.

Czy byli tam już jacyś Polacy?

Nie, my byliśmy tam właśnie pierwszymi Polakami, ale późną jesienią w roku 1940 przywieziono jeszcze 2 transporty i ogólna liczba Polaków wynosiła około 60. Ustawiono nas w szeregu i komendant obozu powiedział, że czeka nas ciężka praca, a za niewykonanie normy każdy będzie ukarany łącznie z odjęciem do połowy racji chleba. Od razu przydzielono nas do brygad składających się z dwunastu ludzi każda. Mnie dołączyli do brygady z samych Uzbeków z okolic Taszkientu, którym – jak nam Polakom – zarzucano wrogi stosunek do Związku Sowieckiego.

Jak wyglądała praca w tym obozie?

Praca odbywała się od rana do nocy, polegała na wyrębie lasu dla jakiejś tam drogi lub dziobaliśmy kilofami niewysokie góry, a piasek ładowaliśmy do wagonów, które szły na przesianie, bo jakoby ten piasek był obfity w złoto. Według mnie ten piasek posiadał więcej krwi i potu jak złota. W zimie, wracając z pracy, trzymaliśmy się długiej tyczki, żeby nie odpaść z szeregu i nie ugrząźć w śniegu podczas tych zawiei śnieżnych. Bardzo często duży termometr nad budynkiem komendy obozu wskazywał minus 50 stopni, a raz na własne oczy widziałem minus 55 stopni.

Trudno sobie nawet wyobrazić pracę przy takiej temperaturze…

W takie dni nie wychodziliśmy do pracy. Taki dzień przeznaczony był na mordowanie natrętnych wszy i obrzydliwych pluskw, które nie dawały nam spać. Mrozy były tak silne, że w nocy słyszeliśmy głośne trzaski pękających drzew, bo mróz rozsadzał je od wewnątrz.

A jak radzili sobie z nią ludzie?

Często koledzy chuchali lub polewali mi ciepłą wodą włosy, które przymarzały do belek od strony baraku. Ja też robiłem to samo dla innych.

Były jakieś szczególne dni, które Pan zapamiętał z obozu?

Nigdy nie zapomnę wieczoru wigilijnego w 1941 roku. Po pracy leżeliśmy na pryczy, rzędem paru z naszej grupy. Zebraliśmy się w kupkę, bo to dzień wigilijny. A tu niespodziewanie przysuwa się ksiądz do nas i wyjmuje z kieszeni kawałeczek chleba. Podzielił go na drobne kawałeczki, przeżegnał i mówi: to jest opłatek i dzieli się z każdym z nas. Każdy miał łzy w oczach, które ciężko było powstrzymać. Naraz Honik, nasz kapelmistrz, zaczyna cichutko: „Bóg się rodzi, moc truchleje” i my wszyscy naraz zaczynamy śpiewać. Skończyliśmy jedną kolędę, zaczynaliśmy drugą, a na koniec Honik, wbrew wszelkiej ostrożności, zaczyna: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”. Ledwie skończyliśmy, wpada czterech żołnierzy do baraku i kolejno nas wywołują po nazwisku. Ktoś doniósł. Najpierw księdza, a później Wójcicki, Honik, Polański i Gonsławski, znaczy ja. Zaprowadzili nas pod barak, gdzie urzędował komendant i starszy z żołnierzy zdał raport, że śpiewaliśmy wrogie dla Związku Sowieckiego piosenki. Komendant wściekły, bo przypuszczalnie zerwał się z łóżka. Odliczył nas wskazującym palcem i wydał wyrok…

Jaką karę wymierzył Wam komendant?

Pięć dni lochu, czyli ciemnicy wykonanej w ziemi na głębokości 3-4 metrów. Była to najsroższa kara dla niepoprawnych więźniów. Weszliśmy do środka, pomagając sobie wzajemnie, bo była noc i nic nie było widać. Po paru godzinach przyzwyczailiśmy się do ciemności i rozpoznawaliśmy siebie. W kącie stało wiadro, do wiadomo jakich potrzeb. Ale bez przykrycia, o zgrozo. Proszę sobie to wyobrazić… Spaliśmy jeden na drugim, żeby było cieplej. Nawet dobrze, że było nas pięciu, bo odczuwaliśmy dzięki temu w mniejszym stopniu chłód. W pierwszą już noc mieliśmy wizytę szczura, wielkości małego kota, który wyłaził ze szczeliny za wiadrem. Na szczęście on więcej bał się nas, niż my jego.

A jak wyglądały posiłki podczas odbywania tej kary?

Raz dziennie dostarczano nam bochenek chleba i wodę w wiadrze. Z wodą trzeba było być bardzo ostrożnym, żeby nie rozlać, bo inaczej spalibyśmy na mokrej ziemi. Ale jak napić się z wiadra, żeby nie zamoczyć wąsów i nosa, a przy tym żeby nic nie rozlać? Raz w nocy budzi nas jakiś szelest i bulgotanie wody. Zrywamy się, a to ten sam szczur pływa w kółko w wiadrze i nie może się wydostać. Polański chwycił go za ogon i rzucił w kierunku skąd zawsze wyłaził. Do południa nikt tej wody nie pił, ale przyznaję, że ja piłem.

Co robiliście tam w lochu, żeby ta kara jak najszybciej minęła?

Nigdy w życiu nie modliłem się tyle, jak przez te 5 dni. Całe dnie ksiądz odmawiał różaniec, psalmy, nowenny, śpiewał pieśni pasyjne, adwentowe i hymny religijne. Było to dla nas zbawieniem. Pięć dni upłynęło, bo było pięciu wyrozumiałych ludzi, którzy w tym tragicznym położeniu wzajemnie sobie pomagali. A dzięki księdzu wyszliśmy z lochu podniesieni na duchu.

Czy były dla Was jakieś dalsze konsekwencje tej kary?

Wróciliśmy z tego lochu, ale nikt z nas już nie wrócił na swoje poprzednie miejsce. Zostaliśmy podzieleni, a najgorzej ukarano właśnie księdza. Został przydzielony do baraku samych złodziei, kryminalistów i zboczeńców rosyjskich, z którymi nawet komenda obozu nie bardzo sobie radziła.

Osobno już na pewno było Wam ciężej…

Tak. W styczniu 1942 roku zacząłem opadać z sił. Dostałem kurzej ślepoty, która uniemożliwiała mi poruszanie się po zachodzie słońca oraz podczas zachmurzonych dni. Nogi spuchły mi aż do samego tułowia, a rany, które odniosłem w kampanii wrześniowej, zaczęły krwawić i ropieć. Nawet wyjście, że tak powiem, do ubikacji sprawiało mi taki ból, że dostawałem zawrotów głowy i chwilowego braku pamięci. Z desperacji odmówiłem wyjścia do pracy. Powiedziałem, że jestem chory i potrzebuję, znowu się wyrażę, doktora. Zaprowadzono mnie na zewnątrz obozu budynku i tam doktor w obecności żołnierza dokładnie mnie obejrzał i dał mi jakiś proszek, który wypiłem na miejscu. Po chwili doktor mówi: „Szpitala u nas nie ma, a zwolnienie z pracy daje tylko komendant obozu”. Żołnierz od razu zaprowadził mnie do środka obozu, gdzie urzędował komendant. Ten spojrzał na mnie i wrzasnął: „A ty co teraz!?”. Ja bez słowa szybko zdjąłem spodnie i powiedziałem, że nie mogę chodzić. On spojrzał, machnął ręką i krzyknął „Odejdź!”, no bo strasznie wyglądałem. Ja trzymając spodnie w garści wyszedłem, a żołnierz został. Po chwili na placu dogonił mnie i powiedział: „Idź do baraku, a potem będziesz powiadomiony co dalej”.

Czy tak rzeczywiście się stało?

Wieczorem tego dnia, jak mój kolega Wójcicki wrócił z pracy, zwierzyłem się mu, że już dalej nie wytrwam. A on najspokojniej powiedział mi: „Słuchaj, trzymaj się, bo coś się dzieje”. Żołnierz w czasie pracy podszedł do niego, dał mu papierosa i powiedział: „Wy, Polacy, macie szczęście” i odszedł. Więc Wójcicki zwraca się do mnie, żebym się trzymał, bo coś się dzieje. Nie wiadomo tylko co…

A co się stało z księdzem?

Otóż w czasie pracy ksiądz skrył się w krzakach i na rozpaczliwe wołanie żołnierza nie odpowiedział. Żołnierz więc strzelił do góry, dając tym znać komendzie. Natychmiast wysłano trzech żołnierzy na koniach i dwa wściekłe, szczekające psy. „Mój Boże”, powiedziałem, taki mróz, śnieg, daleko nie dojdzie i rzeczywiście – następnego dnia przyprowadzono księdza w kajdanach z gołą głową na wartownię i więcej go nie widzieliśmy… A jednak początkiem lutego 1942 roku ten sam komendant, zwołując wszystkich Polaków na plac, woła do nas „Towarzysze!”, co w owym czasie oznaczało wielki respekt, oznajmia nam, że wielki Stalin i generał Sikorski podpisali pakt i wydana została amnestia dla wszystkich Polaków znajdujących się na terenie Związku Sowieckiego.

Co Pan poczuł, gdy Pan to usłyszał?

Przeżegnałem się, tak jak prawie wszyscy. Każdy z nas otrzymał pół bochenka chleba i suchego śledzia. Potem wręczono nam tzw. udostowierenie – to jest taki dowód na papierze, dokument, który zezwalał na swobodne poruszanie się na terenie Związku Sowieckiego. Potem, po wyjściu za bramę, dosłownie zawrzało. Jedni podnosili ręce do nieba, większość płakała z radości, niektórzy podskakiwali w miejscu, ciesząc się jak dzieci, które dostały prezent świąteczny. Ale wszyscy podobni byliśmy do ludzi z epoki kamiennej, przykrytych łachmanami. Ja byłem ponad 2 lata niegolony, niestrzyżony i niekąpany. Ustawiła się kolejka przed drzwiami doktora, bo jako jedyny miał nożyczki. Jeden z żołnierzy ofiarował się za fryzjera i obcinał wąsy, brodę, włosy, byle jak, byle krócej.

Wszystkich czekała teraz długa podróż…

Niektórzy wyruszyli już tego samego dnia piechotą 80 kilometrów do najbliższej stacji kolejowej, gdzie pociąg przystawał dwa razy w tygodniu. Ja nie mogłem przejść tych 80 kilometrów w stanie takim, w jakim byłem, więc poszedłem do doktora. On mi wytłumaczył, że jedyną szansą dla mnie jest dać prezent szoferowi, który przywozi prowiant do obozu 2 razy w tygodniu. Ja spojrzałem na niego i mówię, że nie mam absolutnie nic, że jestem w podartych łachach i to wszystko, co posiadam. Doktor wyjął z szafki paczkę tytoniu i mówi: „Masz, spróbuj, może się uda”.

I udało się?

Tak, udało się. Na drugi dzień szofer bez słowa mi pomógł. Otworzył burtę z tyłu i pomógł mi na ten samochód wejść. Tak zaczęła się moja podróż. Dojechałem do stacji, potem ze stacji jechałem z północy na południe. Trwało to mniej więcej dwa tygodnie, bo pociąg stawał, czasami nawet na dobę, a jechał 5-6 godzin, różnie to było.

Gdzie zakończyła się ta podróż?

Dostałem się do Wojska Polskiego w Yangelulu na południu, najprawdopodobniej gdzieś w Uzbekistanie. Po weryfikacji i wykąpaniu się włożyłem na siebie nowiutki mundur angielski i skierowano mnie do namiotu, który wskazał mi podoficer dyżurny. Wszedłem do środka, ciepło, piecyk żelazny na czerwono rozpalony i czterech żołnierzy polskich gra na łóżku w karty. Mówię więc: „Cześć, nazywam się…”, ale w tym momencie zakręciło mi się w głowie i zemdlałem. Taki tragiczny był mój pierwszy dzień tam, dokąd z takim zapałem dążyłem.

Ocknął się Pan czy potrzebna była wizyta w szpitalu?

Zawieziono mnie do szpitala wojskowego, gdzie leżeli ranni żołnierze sowieccy przywiezieni z frontu. Po zbadaniu mnie doktor stwierdził, że mam tyfus i zapalenie płuc. Wyjaśnię, że w tym czasie w Rosji tyfus był zjawiskiem normalnym, powtarzającym się rokrocznie na wiosnę. Gorączkę miałem 40 stopni i nie ustępowała mnie przez kilka dni. Ja naprawdę nie pamiętam, jak tam było i jak długo to trwało. Pamiętam tylko, że jak się ocknąłem, to stał nade mną ksiądz i odmawiał jakąś modlitwę. Ale zaznaczam, że to tak przez mgłę pamiętam. Po chwili pochylił się i pyta, czy chcę się spowiadać. Ale widząc moją zdziwioną twarz, szybko dodał: „Czy coś może przekazać rodzinie?”. Poruszyłem głową negatywnie, nie wiedząc dokładnie, co się dzieje. Ksiądz jeszcze z książeczki coś czytał, potem zrobił mi krzyżyk na czole, przeżegnał mnie i skierował się ku wyjściu. Wtedy ja całą siłą, na jaką mogłem się zdobyć, krzyknąłem: „Ja chcę żyć!”… i straciłem ponownie przytomność. A zatem byłem już przygotowany do drogi, że tak powiem, ku świętej pamięci. Ale stało się coś wbrew wszelkim przewidywaniom lekarzy. Po paru dniach gorączka spadła, odzyskałem pamięć. I potem o własnych siłach siedziałem już na łóżku i starałem się sam chodzić do łazienki. Po jakimś czasie widzę oficera idącego w moim kierunku. Do dziś pamiętam – podporucznik Kafel. Siadam na łóżku i podniesionym głosem mówię: „Kapral Gonsławski, panie poruczniku”, a on uśmiechając się: „No, wygrzebał się Pan. Cieszymy się, ale przyszedłem Pana poinformować, że…” – i tu podał mi szarą kopertę z dokumentami, mówiąc: „Tu jest dowód rejestracyjny i przydział do oddziału, do którego ma się Pan zgłosić po 5 tygodniach rekonwalescencji”. To był moment, kiedy dowiedziałem się, że Wojsko Polskie zostaje ewakuowane z Rosji do Persji.

I kiedy tam Pan dotarł?

Proszę sobie wyobrazić, że było to 1 kwietnia 1942 roku. Dosłownie uległem wrażeniu, że to Prima Aprilis, to, co zobaczyłem oczami. Witali nas Anglicy w szorcikach, w hełmie korkowym, zupełnie jak harcerzyki wyglądali. Na ziemi perskiej ponownie się wykąpaliśmy, a ubranie poszło prosto do spalenia. Ponieważ ja byłem na liście, że tak powiem słabosilnych, chorych, bo wyszedłem ze szpitala, przydzielono mnie do ekspresowego transportu z Persji do Palestyny. Bo tam właściwie było dowództwo, które formowało Drugi Korpus Polski. Jechałem przez Irak, Transjordanię, aż do Palestyny.

Czy wtedy doszedł Pan już do zdrowia?

W Palestynie też trochę leżałem w szpitalu, bo moje nogi nie nadawały się do chodzenia, ale pomału, pomału doszedłem do zdrowia. I otrzymałem przydział, ponieważ byłem kierowcą w sztabie u gen. Andersa, do plutonu technicznego jako instruktor nauki jazdy. Miałem więc naprawdę dużo pracy. Wszyscy musieli nauczyć się do prawa jazdy. A jak wiadomo, przed wojną wojsko było inne, kawaleria, a na Zachodzie byliśmy całkowicie, w stu procentach zmechanizowani. Przez tamten okres byłem dwukrotnie w Betlejem, na pasterce, co jest dla mnie ważne. Wreszcie cały Drugi Korpus przetransportowano okrętami do Włoch. W styczniu 1944 roku z portu egipskiego Aleksandria odpłynąłem w konwoju 18 okrętów, wśród których był polski statek Batory. No i tak znalazłem się we Włoszech…

Do jakiego konkretnie miasta udawał się ten konwój?

Wyładowaliśmy się w Taranto w południowych Włoszech. „I tutaj historia się powtarza” – tak pięknie powiedział generał Anders na powitaniu wojsk. „Wszak stąd wyruszył general Dąbrowski na czele Legionów Polskich w marszu do Polski przed ponad 200 laty”. To tutaj powstała pieśń żołnierska „Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski”, ten nasz dumny hymn narodowy. W owym czasie odczuliśmy silną zmianę klimatu z gorącej Afryki na biały śnieg w górach i poboczach dróg. Tego samego dnia, po wyładowaniu, wyruszyliśmy do naszego miejsca postoju w Vinchiaturo, gdzie już pierwszej nocy mieliśmy nalot samolotów niemieckich. I tu po raz pierwszy usłyszeliśmy nazwę miejscowości Cassino, które jest najtrudniejszą przeszkodą w marszu wojsk sprzymierzonych. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że ta nazwa będzie związana z nami przez całe życie. Pierwsze potyczki Drugiego Korpusu nad rzeką Sangrą w terenie górskim i zaśnieżonym było zaprawą do tego, co nas wkrótce czeka. Bo już tu mieliśmy szereg zabitych i rannych. Na każdy mój wyjazd w teren musiałem być uzbrojony, więc trzymałem ręczny karabinek maszynowy Tomson w zasięgu ręki.

W końcu przyszła pora na tę słynną, wielką bitwę pod Monte Cassino…

Wojska amerykańskie, angielskie, francuskie, włoskie i polskie podjęły wielką ofensywę na całej szerokości frontu włoskiego. Najsilniejszym punktem obrony niemieckiej było wzgórze Monte Cassino, które zamykało drogę do Rzymu. Sprzymierzeni już dwukrotnie przeprowadzali ofensywy celem przełamania linii obronnych Niemiec, ale obydwie skończyły się niepowodzeniem i przyniosły wielkie straty w ludziach i sprzęcie, które trzeba było zepchnąć na pobocza, bo tarasowały drogi. W początkach kwietnia dowódcy jednostek Drugiego Korpusu rozpoczęli rozpoznawanie terenu, przygotowania do walki właśnie o Monte Cassino.

Jakie powierzono tam Panu zadania?

Jak wspomniałem poprzednio, oprócz moich zadań jako instruktor nauki jazdy byłem kierowcą dowódcy 11 Batalionu Łączności, którego zadaniem była łączność sztabu armii z dywizjami i batalionami z innymi jednostkami.

Jakie powierzono tam Panu zadania?

Jak wspomniałem poprzednio, oprócz wypełniania zadań instruktora nauki jazdy byłem kierowcą dowódcy 11. Batalionu Łączności, którego zadaniem była łączność sztabu armii z dywizjami i batalionami, innymi jednostkami. Na polu i przedpolu frontowym rozmieszczone były radiówki i plutony łączności. Dowódca batalionu osobiście sprawdzał wymienione punkty rozmieszczenia, więc widziałem pola i przedpola frontowe z możliwych punktów do obserwacji. Z końcem kwietnia rozpoczęło się podciągnięcie wojsk i sprzętu bojowego. Natrafiono na ogromne trudności, gdyż musiało się to odbywać w nocy albo przy sztucznym zadymianiu, bo drogi były pod stałym ostrzałem wyborowych strzelców wojsk niemieckich, panujących z góry nad całym terenem. 11 maja 1944 roku dostałem rozkaz przygotowania się do wyjazdu z większą porcją suchego prowiantu i wody. Wyjechaliśmy około 20 wieczorem w kierunku wąwozu zwanego Interno, gdzie pułkownik wyznaczył swój punkt obserwacji. Gęsta zasłona dymna drażniła silnie w nosie, przed wąwozem, między dwoma wzniesieniami, zatrzymał nas żandarm i powiedział, że samochód trzeba postawić przy zboczu góry i pokryć siatką ochronną. Pułkownik i adiutant oddalili się wąskim przejściem do swojego wyznaczonego miejsca obserwacji. W wąwozie stała radiostacji i samochód sanitarny. Powoli nadeszła bezksiężycowa noc.

Pamięta Pan, co Pan wtedy czuł?

Poczułem dreszcze. Pomimo że przeszedłem już chrzest bojowy w kampanii wrześniowej w 1939 roku, to poczułem dreszcze. O godzinie 23 nagle zabłysło niebo. Tysiąc sto armat po naszej stronie i po drugiej tyleż niemieckich rozpoczęło swe śmiertelne dzieło. Niektóre działa stały za nami od 100 do 200 metrów. Zatrzęsła się ziemia, a niebo przybrało czerwony kolor, z ciągłymi białymi błyskami. Powstał jeden ciągły grzmot, którego nie sposób było wytrzymać bez zasłonięcia uszu rękami. W powietrze wzniósł się gęsty kurz, który zasłonił całe pole widzenia. Wyglądało to na prawdziwe piekło. Na szczęście lekki powiew wiatru odsunął to nie do wytrzymania żrące powietrze. Piekło jest określeniem najwłaściwszym, żeby to opisać. Przywarłem do skały i leżałem bez ruchu i nie wstydzę się porównania, że jak mysz pod miotłą, bo za każdą nieostrożność płaciło się życiem.

Jak długo trwała ta wymiana ognia?

Ta rzeź artyleryjska trwała 40 minut. Nic nie widziałem, tylko czerwone niebo i zewsząd latające świetlne pociski. O godzinie 1 po północy dywizje polskie ruszyły do natarcia. W momencie nastąpił huraganowy ogień nieprzyjacielskich moździerzy. W ciemności nocy i dymu żołnierz każdym krokiem wchodził na pułapkę z min. Ochrona niemiecka siedziała w zasadzkach, przygotowana najstaranniej do tej bitwy. Od samego początku zaczęli padać zabici lub ranni, a dowództwo obejmowali kolejno zastępcy lub nawet zastępcy zastępców. Na żołnierzy waliła się lawina pocisków różnych kalibrów ze wszystkich kierunków. W takiej sytuacji wprowadzenie nowych sił było niemożliwe ze względu na ciasne drogi i ścieżki. Urwała się też wszelka łączność, zarówno radiowa, jak i telefoniczna. Zauważyłem to niepowodzenie po wyrazie twarzy pułkownika, gdy wracaliśmy rano do swego miejsca postoju. Skutkiem tego dywizje zostały odwołane na pozycje wyjściowe w nocy 12 maja i 13 w dzień. Natychmiast nastąpiło uzupełnienie zabitych i rannych. Do walki zostały skierowane oddziały nieliniowe, złożone z kierowców, warsztatowców, urzędników i tak dalej.

Pan też się wśród nich znalazł?

Nie wiem, czym kierował się mój dowódca, ale z 7 kierowców-instruktorów powołał 3, a 4 zostało przy swoich obecnych zajęciach. Wśród nich pozostałem ja. Nie wiem, czy to było szczęściem, ale chyba tak. Po dziś dzień, gdy mówię te słowa, wydaje mi się, że nie zasługuję na miano żadnego bohatera w bitwie pod Monte Cassino. Nie wystrzeliłem ani jednego naboju. Niemniej jednak przeżyłem i widziałem przebieg bitwy pod Monte Cassino, może i lepiej niż niejeden biorący w niej czynny udział. Widziałem te działania w szerszym prospekcie, a nie pojedyncze epizody. Ale wracam teraz do bitwy. Minęło kilka ciężkich dni i pełnych napięcia, wypełnionych walką pozycyjną tylko obustronnymi wypadami. Termin drugiego natarcia wyznaczono na 7 rano 17 maja. Wyjechałem z dowódcą wieczorem 16 maja, tym razem do innego miejsca, gdzie odbyła się odprawa wyższych dowódców. W ciemności nocnej jazda bez świateł po ścieżkach wśród skał jest prawdziwą akrobacją – w każdym momencie groziło spadnięcie paręset metrów w dół. Toteż żandarm wsiadał na maskę samochodu i prowadził kierując rękami: w lewo, w prawo i tak dalej. Zaparkowałem w zaroślach przy skale i nakryłem samochód siatką osłonową. Całą noc słyszałem trajkotanie karabinów maszynowych, tak z lewej, jak i z prawej strony. Nie zmrużyłem oka. Nastał dzień. Dokładnie o godzinie 7 rano nastąpiło dokładnie to, co w pierwszym natarciu: obustronny ogień artylerii, a potem ruszyły świeże baony obu dywizji. Ten dzień musiał rozstrzygnąć – być albo nie być. Tysiące dział siało pożogę na pozycjach nieprzyjaciela. Drżało jak podczas trzęsienia ziemi. Mury klasztoru zasłaniał dym z kurzem, a czołgi staczały się w dół w śmiertelną przepaść. Wszystko, co rosło, zostało ścięte pociskami na wysokość metra. Toczyły się głazy z gór. Piekło. Piekło i koniec świata. Ten straszny widok trwał cały dzień, a jeszcze gorzej było w nocy. 18 maja o świcie nastąpiła zmiana ostrzału naszej artylerii na dalsze pozycje nieprzyjaciela. W naszym kierunku zauważyłem tylko sporadyczne wybuchy. Akcja przeniosła się na pozycje niemieckie. Gońcy motocyklowi donosili trudne do uwierzenia dobre wiadomości. Pułkownik z adiutantem przyszli do samochodu o godzinie 8 uśmiechnięci i jechaliśmy do miejsca postoju w wesołym nastroju. W bitwie pod Monte Cassino zwyciężył żołnierz polski Drugiego Polskiego Korpusu. O godzinie 10:20 patrol 12. Pułku Ułanów zatknął biało-czerwony sztandar na gruzach klasztoru Monte Cassino. Po godzinie został zatknięty brytyjski – obok polskiego.

W ostatnich tygodniach pojawiła się w internecie informacja, że na gruzach klasztoru najpierw pojawiła się flaga polska, a później Brytyjczycy zamienili ją na swoją. Polacy się ponoć obrazili i kazali Brytyjczykom z powrotem wetknąć flagę polską. Jak to było naprawdę?

Nie, nie, to jakaś kaczka. Nie wiem, komu to przyszło do głowy. Byłem uczestnikiem bitwy pod Monte Cassino i dla mnie to jest po prostu śmieszne. Wszystko było zgodnie. Komuś, kto takie rzeczy opowiada, chyba zależało na obniżeniu rangi tego triumfu. Stykam się bardzo często z ludźmi, którzy mówią, że ta bitwa była niepotrzebna, że po co tyle trupów i tak dalej. Różni są ludzie i wśród pisarzy tak samo. Tak nie było. Prawda jest taka, że dwie flagi wetknięto w odległości około metra od siebie. Ale ja już w życiu spotkałem się z wieloma ludźmi, którzy ironicznie podchodzili do mojego opowiadania i którzy chcieli obniżyć znaczenie tej historycznej bitwy.

Spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą w Monte Cassino. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Jak Pan myśli, dlaczego?

Proszę Pana, w PRL-u byli ludzie i tacy i tacy. Dobrzy mieli dobre pióra, a inni widzieli tylko to, co złe, a nie to, co dobre.

Wróćmy do okresu II wojny światowej. Bitwa pod Monte Cassino została wygrana…

Parę dni później trzymałem w ręku gazetę z Londynu, gdzie na pierwszej stronie na całą szerokość gazety było zdjęcie Monte Cassino z wyraźnie widocznym sztandarem biało-czerwonym. Długo woziłem ze sobą tę gazetę, ale z biegiem czasu gdzieś się zapodziała. Droga do Rzymu została otwarta, a 4 czerwca oddziały sprzymierzonych wojsk wkraczały do najstarszej stolicy w Europie. Na tym kończę mój udział w bitwie pod Monte Cassino.

Co działo się w kolejnych miesiącach Pana życia?    

Jak już powiedziałem, w bitwie pod Monte Cassino zwyciężył polski żołnierz. W czerwcu 1944 roku, miesiąc po tej bitwie, Drugi Polski Korpus objął nową pozycję nad Adriatykiem. Na drodze w pościgu za cofającym się wojskiem niemieckim stanęła Ankona – miasto portowe o wielkim znaczeniu strategicznym. Po okrążeniu miasta i po ciężkiej walce, z dużymi stratami, Ankona została zdobyta, 3 tysiące Niemców trafiło do niewoli. Po tym zwycięstwie generał Anders otrzymał zewsząd gratulacje, jako wybitny dowódca, którym według mnie naprawdę był. Już miesiąc później – w lipcu 1944 r. – odbyła się uroczystość błogosławienia Wojska Polskiego przez papieża Piusa XII przed Bazyliką św. Piotra w Watykanie. Stałem w szeregu w formie półkola i z mojego miejsca widziałem niewiele. Wśród wielkiej ilości kardynałów i biskupów wyłaniała się postać w białej szacie. Przywitał się z licznymi generałami, zrobił krzyż w naszym kierunku i zniknął w gronie kardynałów. Tyle widziałem papieża. W drodze powrotnej do Ankony przejeżdżaliśmy przez Piazza Wenezza, w miejscu, w którym 4 lata wcześniej Mussolini ogłosił przymierze z Hitlerem, mówiąc przy tym „Polonia e liquidata”, ale my w tym czasie już wiedzieliśmy, że Mussolini jest uwięziony. Po zdobyciu Ankony w Loretto, w pobliżu Adriatyku, zakwaterowaliśmy się w dużej hali garażu samochodowego. W nocy był nalot samolotów niemieckich. Ja od wybuchu bomby rzucony zostałem razem z łóżkiem na ścianę garażu, a kolega, który spał obok, został ranny w nogę. Niestety nie udało się jej wyleczyć i po miesiącu mu ją amputowano. Ja na szczęście wyszedłem z kilkoma siniakami i z krwawym łokciem.

Ale wojna wciąż trwała…

Tak. Walki we Włoszech nie były jedynymi w tym okresie, w których uczestniczył żołnierz polski. Walczyła Warszawa, a 7 sierpnia 1944 r. Pierwsza Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Maczka weszła do akcji w Normandii, no i toczyła swe zwycięskie walki we Francji. W międzyczasie Korpus przygotowywał się do przełamania silnie bronionej Linii Gotów. Stoczył silne walki, a naprzeciw Drugiego Korpusu znajdował się ponownie przeciwnik z Bitwy o Monte Cassino – wzmocniona nowymi siłami wyborowa Pierwsza Dywizja Spadochronowa, zwana półbogami. Po parodniowych walkach Linia Gotów zostaje przełamana, a do niewoli, prócz żołnierzy, wzięto kilku generałów niemieckich. We wrześniu Drugi Polski Korpus odchodzi z frontu na zasłużony odpoczynek, w rejonie Ankony. I tam jak grom z jasnego nieba dostajemy wiadomość, że granica Polski zostaje ustalona przez trzech wielkich tego świata i pół Polski zostaje wcielone do Rosji sowieckiej.

Jak ta wiadomość została odebrana?

Oficjalne ogłoszenie tego porozumienia zrobiło na Polakach na obczyźnie wrażenie wstrząsające. Definitywnie o losie Polski zadecydowała Rosja. Nasza przyszłość zaczęła się objawiać bardzo problematycznie i często zadawaliśmy sobie pytanie: co dalej będzie? Korpus dalej ciężko walczył, schodziliśmy z górskich terenów w Dolinę Lombardii, a ja z końcem 1944 roku zacząłem ponowne szkolenie nowych kierowców. Korpus powiększył się liczebnie, byli to Polacy przymusowo wcieleni do wojska niemieckiego. Ślązacy, znajdując się w obozach jeńców wojennych, okazali szczery zapał wstąpienia w szeregi Drugiego Korpusu. Natomiast na wiosnę, na całym froncie włoskim, ponownie zawrzało, ale to już była widoczna klęska Niemiec. To był już widoczny pościg. 22 kwietnia 1945 roku Żołnierze Drugiego Korpusu, wraz z amerykańskimi i brytyjskimi, maszerowali przed ratuszem na historycznym rynku w Bolonii.

Pan też w tym uczestniczył?

Ja obserwowałem tę defiladę z dachu jednej z restauracji, dlatego że nie było parkingu. Samochód zaparkowałem jakiś kilometr od tego placu. Jeszcze kilka dni pościgu i 28 kwietnia Niemcy podpisali kapitulację wojsk niemieckich we Włoszech. Z kolei na froncie wschodnim, pod naciskiem wojsk sowieckich i polskich na Berlin, 8 maja 1945 roku Niemcy podpisali bezwzględną kapitulację.

Pana radość musiała być ogromna…

Był to wielki dzień w historii świata, ale my Polacy niestety nie mogliśmy brać udziału w powszechnym entuzjazmie w tamtej chwili. Zwycięstwo, do którego przyczyniliśmy się tak wielką ilością przelanej krwi, wielcy tego świata ustanowili swoją racją. Ja i my wszyscy po zaprzestaniu działań wojennych ciągle żyliśmy nadzieją powrotu do kraju, lecz niestety z Warszawy dochodziły komunikaty wypowiedziane przez prominentów spod firmy moskiewskiej, że oni do kraju powrotu nie mają – tak wykrzykiwał w radiu Gomułka. A my w wojsku ciągle żylismy pod pręgierzem niepewności. Ja jednak miałem więcej pracy niż dotychczas. Żołnierze Armii Krajowej, zwolnieni z niewoli niemieckiej, nie wrócili do kraju tylko tłumnie wstąpili do Drugiego Korpusu. Byli to żołnierze, którzy naprawdę potrzebowali przeszkolenia z nowym sprzętem, ale bardzo patriotyczni i wrodzy wobec nowego ustroju w Polsce.

Ślub Państwa Gonsławskich odbył się 30 września 1945 roku przy Ołtarzu Polskim w Kaplicy Bazyliki Loretańskiej we Włoszech. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

A czy po zakończeniu działań wojennych odnalazł Pan jakichś przyjaciół z frontu?

Raz, będąc w niedzielę na mszy świętej, twarz księdza kapelana bardzo mi kogoś przypominała. Po jej zakończeniu wszedłem do zachrystii i spytałem księdza kapelana, czy był w Yangelulu, czyli w Rosji? Tak – odpowiedział. – A prowadzi ksiądz spis wizyt u chorych?Tak, zapisuję to w książce moich zajęć – mówi ksiądz. I tak pytanie za pytaniem… Okazało się to, co mnie dręczyło. Właśnie on w Yangelulu przygotował mnie na wieczne odpoczywanie. Jak się okazało, to doktor powiedział mu, że mam tylko parę godzin życia i byłem zupełnie nieprzytomny. I tu ksiądz kapelan, wskazując palcem do nieba, powiedział: „Muszę być bardzo wdzięczny Panu Bogu”. Po porozumieniu się z narzeczoną poprosiliśmy go, żeby udzielił nam ślubu. Bardzo był z tego zadowolony.

Ten ślub, jak się domyślam, doszedł do skutku…

Tak. 30 września 1945 roku, przy Ołtarzu Polskim w Kaplicy Bazyliki Loretańskiej odbył się nasz ślub, którego udzielił nam właśnie ksiądz kapelan Stanisław Paraszewski. Otrzymałem miesiąc urlopu i poprosiłem o zaliczkę żołdu na pół roku, bo byłem goły jak święty turecki. Wyjechaliśmy do Rzymu, gdzie miałem rezerwację w hotelu Pensione Villa Florida Roma. W pierwszym dniu zgłosiliśmy się w polskim sekretariacie przy ambasadzie w Watykanie. Przywitał nas przemiły ksiądz i zapisał na listę, a po paru dniach mieliśmy już datę, godzinę i numer na audiencję z papieżem. Za tydzień zgłosiliśmy się w Watykanie. Było około 100 małżeństw – większość stanowili Włosi, ale byli też i kolorowi. Ustawiono nas w szeregu w formie półkola. Przy odświętnych strojach włoskich par wyglądaliśmy jak dwie rodzynki w bułce. Ubrani byliśmy po wojskowemu, bo innego ubrania nie mieliśmy. Po ceremonii w orszaku księży biskupów i kardynałów wnieśli w lektyce papieża Piusa XII, wśród oklasków i podniecenia. Papież zsiadł z lektyki i kolejno, robiąc znak krzyża, błogosławił. Przed nami zatrzymał się na chwilę, uśmiechnął się i położył lewą rękę na głowie żony, a prawą na mojej. Powiedział coś po łacinie i ze znakiem krzyża skierował się do następnych. Po ceremonii ksiądz, który nas reprezentował, powiedział, że zwróciliśmy szczególną uwagę papieża, bo byliśmy inaczej ubrani niż wszyscy. Ten dzień pozostał w pamięci na zawsze…

Dokąd udał się Pan z żoną po miesiącu miodowym w Rzymie?

Po miesiącu pobytu w Rzymie i okolicy wróciliśmy do naszego miejsca postoju, do Ancony. Nowy rok 1946 zaczęliśmy przygnębieni beznadziejnością naszego położenia. Z komunikatów dowiedzieliśmy się, że rząd brytyjski zamierza zwolnić ze służby wojskowej tych żołnierzy, którzy nie będą chcieli powrócić do Polski. Co więcej, rząd brytyjski nie dawał żadnych gwarancji, iż wszyscy będą mogli się osiedlić w Anglii. A z Polski nadchodziły alarmujące wiadomości – aresztowania, aresztowania i aresztowania.

„Sybirak od kolebki” i senator Anna Maria Anders – córka gen. Władysława Andersa. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

I jaką Pan w tych trudnych okolicznościach podjął decyzję?

Wbrew wszelkim przeciwnościom, latem 1946 roku, pojechaliśmy do Anglii. Ja drogą morską z Neapolu, a żona drogą kolejową przez Niemcy i Francję. Zamieszkaliśmy w Oldtown Park koło Liverpoolu w baraku pozostawionym po wojsku amerykańskim. Wstąpiliśmy do tzw. PKPR, czyli Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, gdzie w ciągu dwóch lat trzeba znaleźć pracę, a jeśli nie, to emigrować. Ale dokąd? Kanada i Ameryka przyjmują wyłącznie samotnych. Wpada mi do ręki ulotka, że Argentyna potrzebuje rolników, rzemieślników i inżynierów. Zachowałem tę ulotkę. W roku 1947 roku Pan Bóg obdarzył nas najmilszym prezentem. Urodziła się nam córeczka. Odtąd życie nasze przybrało innej treści. Zmieniło się dosłownie wszystko.

Do pełni szczęścia brakowało Panu zatem tylko dobrej pracy…

No właśnie, kończył się dwuletni termin w PKPR, a ja dalej nie miałem pracy. Do fabryk przyjmowali w pierwszym rzędzie zdemobilizowanych Anglików. Zastanawiałem się więc nad ofertą ambasady argentyńskiej. W roku 1949, przy wielkiej rozpaczy w rodzinie, na okręcie Alcantaraz z portu Southampton odpłynęliśmy do Argentyny. Przypłynęliśmy do Buenos Aires i zamieszkaliśmy czasowo u znajomych, którzy przyjechali wcześniej. I tam przyszła realna świadomość – nie ma darmowego zakwaterowania, nie ma darmowego ubrania, wyżywienia i opieki lekarskiej. Tam jesteś sam odpowiedzialny za swój los. Obcy kraj, obcy język, obce ludzie. Jestem ja, żona i nasz największy skarb – jednoroczne dziecko. Liczyć możemy tylko na łaskę Bożą. Toteż dziwię się Polakom, że opuszczają kraj, nie będąc do tego zmuszeni. A my ruszyliśmy na podbój Argentyny, mając tylko 100 dolarów. Początki były bardzo trudne.

Czy poza znajomymi, u których Pan czasowo zamieszkał, miał Pan kontakt z innymi Polakami?

Polonia w Argentynie była dość dobrze zorganizowana. Był Związek Polaków w Argentynie, był piękny Klub Polski w centrum Buenos Aires oraz szereg organizacji na prowincjach miasta. Silną i przewodnią organizacją było Stowarzyszenie Kombatantów, którego członkiem jestem po dzień dzisiejszy. Niestety po paru latach doszliśmy do wniosku, że żyjemy w nieustabilizowanym kraju. Niekończąca się rewolucja w celu obalenia dyktatora Perona zmusza nas do ponownej emigracji. Argentyna, Argentyna – kraj wielki i niezaludniony, niestety jesteś zawsze gringo, trzeba być tam urodzonym.

I kiedy Pan opuścił ten kraj?

26 grudnia w drugi Dzień Bożego Narodzenia 1962 roku po 13 latach w Argentynie powiedzieliśmy „adios Argentyna”. 27 grudnia wylądowaliśmy w Miami na Florydzie w USA i tutaj mieszkam po dzień dzisiejszy.

Z córką Ewą na tle klasztoru na Monte Cassino. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Jak wyglądała tutaj Pana aktywność w życiu polonijnym?

Jako weterani, żona i ja wstąpiliśmy do polonijnych organizacji, na czele z Kongresem Polsko-Amerykańskim. Od 1. roku w USA należałem do Komitetu Imprez Świąt Narodowych Polskich, co uważałem za swój obowiązek. W roku 1965 byłem założycielem Koła Młodzieży i Tańców Narodowych, które zabawiało Polonię na Florydzie przez 5 lat. A pierwszą prezeską tego koła była właśnie moja córka. Uczestniczyłem i należałem do zarządu Koła Kombatantów Polskich, które powołane zostało w międzyczasie w Miami. Pracowałem też w Radiu Polskim w Miami przez 5 lat. W Stowarzyszeniu Weteranów Armii Polskiej byłem długoletnim komendantem, przez ponad 20 lat, a członkiem jestem po dzień dzisiejszy. Współpracuję ze Związkiem Sybiraków ze szczególnych względów – urodziłem się na Syberii i powtórnie zostałem tam wywieziony w 1940 roku. Z tej racji na jednym z zebrań nadano mi przydomek „Sybirak od kolebki”. Byłem też fundatorem sztandarów polskiego i amerykańskiego oraz furażerek wojskowych dla Koła Armii Krajowej w Miami. 17 maja 1984 roku, w 40. rocznicę Bitwy o Monte Cassino, brałem udział w specjalnej audiencji dla weteranów w Watykanie prowadzonej przez Jana Pawła II. W 1995 roku w 51. rocznicę tej bitwy w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zostałem odznaczony Krzyżem Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz medalem za udział w wojnie obronnej Polski w 1939 roku przez Prezydenta RP Lecha Wałęsę. W 1997 roku w imieniu Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej sponsorowałem uroczystości wyświęcenia sztandaru: polskiej, amerykańskiej i papieskiej w Kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Pompano Beach na Florydzie. Był to mój ostatni akt społeczny.

100. urodziny Edmund Gonsławski obchodził w towarzystwie rodziny i przyjaciół. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Dlaczego ostatni?

Pomału musiałem zająć się domem, ponieważ u żony lekarze stwierdzili objawy złośliwej choroby. Rok 2000 był dla mnie bolesny i tragiczny – po 55 szczęśliwych latach zmarła moja najdroższa osoba w życiu, anioł w ludzkim ciele, czyli moja żona. Był to rok, w którym zamknąłem się na ludzi i świat. Trzeba było ten okres przeboleć, a czas okazał się być najlepszym doktorem. Po roku doszedłem do wniosku, że samotność pogłębia i przedłuża smutny okres, który może trwać wiecznie. W wyjściu z tego transu pomogła mi rodzina, przyjaciele oraz przypadkowo poznana osoba – Polka z nowej generacji. Nie był to jednak koniec mojej udręki, bo ciągle zadawałem sobie pytanie, kto teraz zaopiekuje się mną w razie mojej niedołężności. Miałem 84 lata. Odważyłem się więc na bardzo kontrowersyjny krok i uzgodniłem swoje położenie z osobą, która zwróciła moją szczególną uwagę. Lecz zbliżały się ku sobie dwa różne światy, całkowicie odmienna przeszłość, dlatego nadmieniłem, że kontrowersyjny rok. I tylko dobrze przemyślany rozsądek skłonił nas do zawarcia związku małżeńskiego, który bez żadnych zapowiedzi i innych związanych z tym tradycji odbył się 3 listopada 2001 roku w ścisłym gronie rodzinnym. I w tym związku, który uważam za krok właściwy, przeżywam moją złotą starość. Nadszedł czas na kompletny odpoczynek.

Czy miało to też przełożenie na działalność w organizacjach?

W pracy społecznej nie mogłem udzielać się ze względu na mój podeszły wiek. Złożyłem rezygnację wobec moich przełożonych, wobec kolegów i wobec swego własnego sumienia, wierząc, że zrobiłem wszystko, co było w zasięgu moich możliwości. W duchu nigdy nie przestałem być żołnierzem, choć po zwycięskiej wojnie los nie pozwolił mi wrócić do wolnego kraju i skazał mnie na wieczną tułaczkę, po obcych krajach obcych zwyczajów i obcych ludzi. Jednak nigdy nie straciłem wiary w niepodległość swojej ojczyzny. Minęło bez mała 75 lat, a moi koledzy jeden po drugim odchodzą. Odchodzi z nimi cała generacja tych dzielnych ludzi, którym przyszło żyć w tak dziwnych, zawikłanych czasach. Tak wielu nas było, a tak mało już zostało. Odchodzi generacja, pokolenie, które jak żadne inne w całej tysiącletniej historii Polski zostało najokrutniej wychłostane przez los, poniosło najstraszliwsze straty i ofiary. Było to pokolenie nad podziw patriotyczne, zdolne do najwyższych poświęceń, łącznie z krwią i życiem. A legenda o żołnierzach spod Monte Cassino nabiera niestety smutnej treści: ze świadków przechodzi na papier przez dziennikarzy, którzy różnie myślą. Lecz dopóki my żyjemy, nie żądamy zachwytów i widoków sztucznych emocji. Nie po to oni tam pod Monte Cassino zginęli, by być pretekstem czyjegoś łatwego wzruszenia. Z nimi i z nami leży zamknięta prawda, prawda, która rozsadzała nie tylko beton obronny Monte Cassino, lecz prawda, którą rozsadzać będzie duma przez wieki w historii narodu polskiego. Dziękuję za wysłuchanie.

Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i niezwykle ciekawą rozmowę.

Rozmawiał Arkadiusz Rogowski

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -