niedziela, 21 lipca, 2024
Strona głównaDziałyKulturaDobry dla kina rok 1974

Dobry dla kina rok 1974

Lat temu pięćdziesiąt weszło na ekrany dużo znakomitych filmów. Było to dobry rok dla kinematografii zarówno polskiej, jak i światowej. Nasi Czytelnicy zapewne znają większość z nich, ale krótkie (a subiektywne) recenzje mogą – oby! – dorzucić choćby jeden (z dziesięciu polskich i dziesięciu światowych) tytuł do naszego zestawu.

Naszego – znaczy – rodzinnego! Bo głównym zamiarem autora tego artykułu jest sugestia, byście Państwo obejrzeli któreś z tych filmów w gronie rodzinnym, międzypokoleniowym. Dramatem naszych czasów jest dziura międzypokoleniowa. Książki, filmy, w ogóle różne sprawy, którymi żyli dziadkowie, są niezrozumiałe lub zupełnie nieznane wnukom. Z przerażeniem notujemy, jak błyskawicznie maleje zestaw pól tematycznych, na których mogliby się spotkać dziadkowie, rodzice i wnukowie. Ze wspólnego oglądania filmów wynika możliwość wymiany poglądów i tego, co nazywamy wspólnym zdaniem. Z dyskusji mogą wyniknąć podziały, które można zacierać w sposób naturalny.

Jeżeli relacje rodzinne nie mają się ograniczać do technicznych komunikatów w sprawach opłat za media, sprzątania w domu, zakupu nowych ubrań czy kieszonkowego, jeżeli słowo „rodzina” nie ma oznaczać tylko dziedziczenia kiedyś majątku, jeżeli rodzina ma być wspólnotą miłości i solidarnego stawiania czoła wszelkim przeciwnościom, musimy zadbać o jak najczęstsze wspólne przebywanie i zbliżanie się mentalne. Tego potrzebują starsi i młodsi, z tego czerpią radość życia, na tym budują szczęście. Wyniki badań naukowych wskazują jednoznacznie, jak w dzisiejszych czasach rodzina jest rozrywana przez np. indywidualne spędzanie czasu w internecie, przez przygodne kontakty z zupełnie obcymi ludźmi czy przez instytucje państwowe, które traktują nas tylko jako obywateli lub stowarzyszenia, które kładą nacisk na wybrane cele społeczne z pominięciem więzi rodzinnych.

Więzi rodzinne umacniamy na różne sposoby, ale metody nie mogą ograniczać się do samego wzbudzania uczuć. Tu niezbędne jest wspólne działanie. I tak jak kolosalne znaczenie może mieć wspólna przygoda wakacyjna, tak jak łączy nas wspólne przygotowanie posiłku, tak film jest może najprostszą okazją do zbliżenia międzypokoleniowego. Uświadomiwszy sobie, że nasze dzieci w ogóle nie znają filmów, które były dla starszych pokoleń wręcz kultowe niech sprowokuje nas do spędzenia tego czy owego dnia ok. stu minut przed jednym ekranem i – koniecznie! – wymiany poglądów.

„Ojciec chrzestny II”

Najczęściej bywa tak, że po sukcesie filmu, tworzy się kontynuacje, by zarobić na fali oglądalności. Tu – bardziej niż w innych przypadkach – czekaliśmy na więcej wiadomości o bohaterach włoskiej epopei rodzinnej w amerykańskich realiach. Rodzinnej, bo „Ojciec chrzestny” to nie – jak wielu recenzentów charakteryzuje – film gangsterski, ale dzieje rodziny, opowieść o wzajemnych stosunkach małżonków, wychowaniu dzieci, kłótniach, zdradach i powrotach. W drugiej części dowiadujemy się o tym, jak Vito Corleone doszedł do potęgi, którą widzimy od pierwszych kadrów części pierwszej, ale też mamy okazję zauważyć, że wątłe jest małżeństwo Michaela w porównaniu z tym, jak umieli dogadywać się jego rodzice. Czy to tylko inne czasy?

Seria filmowa „Ojciec chrzestny” oparta na losach gangstera Vita Corleone należy dziś do klasyki kina. Fot. Filmweb

„Chinatown”

Roman Polański to mistrz tworzenia klimatów. Czy to środowiska pirackiego, czy wampirów, czy – jak w tym przypadku – detektywistycznego w okresie międzywojennym. Fani Jacka Nicholsona mają go tu w pełnej krasie talentu aktorskiego. Tropiciele afer korupcyjnych, gdzie tysiące rolników wydają się bezsilne w konfrontacji z czynnikiem rządzącym, znajdą w filmie smaczki, które w chwili powstania filmu miały być zjawiskiem „zgniłego Zachodu”. Ale od jakiegoś czasu i Polska jest Zachodem…

„Morderstwo w Orient Expressie”

Filmowa adaptacja książki mistrzyni kryminałów Agathy Christie to kolejna przygoda komisarza Poirot. I mimo iż wiemy, że rozwikła on zagadkę, film oglądamy z przyjemnością, bo sami szukamy wśród pasażerów mordercy i na koniec oglądania może się okazać, kto obstawił właściwego konia…

„Płonący wieżowiec”

Klasyka filmu katastroficznego z fascynującą akcją ratowania trzystu gości imprezy na 135 piętrze. Jeżeli nawet nowsze filmy zawierają większą dawkę katastrofizmu, to zaletą filmu sprzed 50 lat jest bogatsze ukazanie postaci dramatu, a robią to Paul Newman, Steve McQueen i Faye Dunaway.

„Życzenie śmierci”

Gorący spór o prawo do posiadania i używania broni przez osoby prywatne znalazło duże odzwierciedlenie w twórczości filmowej, a siła oddziaływania „dziesiątej muzy” była i jest silniejsza niż nam się to wydaje. Pierwszy z pięciu filmów z Charlesem Bronsonem w roli inżyniera przejmującego kompetencje policji to głos za możliwością skutecznej samoobrony, bo bohater filmu rozprawia się z bandytyzmem lepiej niż fachowcy. Film ma jednoznaczny przekaz, ale warto skonfrontować z nim różne poglądy. Choćby dla ich umocnienia…

„Czterej muszkieterowie”

Długa jest lista ekranizacji powieści Aleksandra Dumasa. I choć wyżej stawiam wersję francusko-włoską z 1953 roku (z genialnym Bourvilem), to nie dziwię się, że Michael York, Raquel Welch, Richard Chamberlain, Olivier Reed, Mark Finlay i córka Charlesa Chaplina – Geraldin – przyciągnęli rekordowe miliony kinomanów. Zawsze atrakcyjny gatunek płaszcza i szpady łączy pokolenia.

Adaptacja powieści Dumasa to klasyka gatunku spod znaku płaszcza i szpady. Fot. Filmweb

„Wielki Gatsby”

Według scenariusza Coppoli (tego samego od „Ojca Chrzestnego”) to kolejna próba zrozumienia bohatera książki Scotta Fitzgeralda pod tym samym tytułem. Za życia pisarza sprzedano tylko 25 tys. jej egzemplarzy, a dziś omawia się ją w szkołach średnich jako dobrze zapisany obraz społeczeństwa amerykańskiego u progu XX-lecia międzywojennego. Jedenaście lat temu zmierzył się z rolą tytułowej postaci Leonardo di Caprio. Czy zrobił to lepiej niż Robert Redford.

„Syndykat zbrodni”

Dziennikarz wchodzi w zbrodnicze środowisko, by wyjaśnić morderstwo, którego był świadkiem jak wielu innych, ale tamci rozumieli, że nie warto zajmować się tą sprawą. Film pełen napięcia i zaskakujących dociekań.

„Samotny detektyw MCQ”

Znów detektyw i znów John Wayne, ale nie jako kowboj, ale właśnie jako detektyw. I znów korupcja funkcjonariuszy prawa. I tylko pytanie, czy znów dobro – jak w westernach – zwycięży…

„Płonące siodła”

I znów western, ale sparodiowany. Czarnoskóry szeryf walczy ze złem. Najlepszą rekomendacją powinno być stwierdzenie Johna Steysanda, że Melowi Brooksowi (w tym filmie reżyserowi) wolno więcej niż innym i widzowie powinni z tego korzystać pełnymi garściami.

„Bilans kwartalny”

Lata siedemdziesiąte w Polsce – przy całym materializmie i gierkowszczyźnie (która jednak pozwalała emigrować i kręcić dobre filmy) – zasłynęły w średnio skrępowanej twórczości tzw. „kinem moralnego niepokoju”, a jednym z najwybitniejszych dzieł tego nurtu jest arcydzieło Krzysztofa Zanussiego z jego ulubioną aktorką – Mają Komorowską – w roli głównej. Refleksje nad nadużyciami w liczeniu budżetu zakładu produkcyjnego przeplatają się z pomysłem dokonania rozliczeń życia rodzinnego. Film może wzbudzić refleksje aż do depresji. Jeżeli kogoś pocieszają cudze problemy, to można go polecać bez skrupułów. Jak zawsze znakomita muzyka Wojciecha Kilara.

„Chleba naszego powszedniego”

Film fabularny w reżyserii Janusza Zaorskiego można dziś oglądać prawie jak dokument, bo przez zachowania i tradycje, jakimi żyje rodzina, która przeniosła się do stolicy, by poprawić status majątkowy, chce ocalić swą tożsamość. Wszystkie badania naukowe wskazują, że migracja zmienia ludzi, że oderwanie od starego środowiska wpływa na styl życia i zazwyczaj jest wyzwaniem, by nie utracić swej tożsamości. Ceremonie rodzinne z filmu „Chleba naszego powszedniego” chyba warto sobie przypomnieć, gdy po półwieczu od wejścia filmu na ekrany w wielu domach zostały zupełnie zapomniane.

„Gniazdo”

W reżyserii Jana Rybkowskiego z Wojciechem Pszoniakiem jako Mieszkiem I w roli głównej. Akcja toczy się zimą 972 roku, czyli głównym wydarzeniem filmu jest zwycięstwo Piasta nad margrabią Hodonem w bitwie pod Cedynią. Sceny retrospektywne pokazują młodego władcę Polan, który uczy się rządzenia od swego ojca, żeni się z księżniczką czeską i przyjmuje chrzest osobiście oraz z całym swym władztwem.

„Janosik”

Dla wielu kinomanów i telewidzów to kultowy film i to nie tylko ze względu na legendę polskiego Robin Hooda, który odbierał bogatym, a dawał biednym (z Markiem Perepeczką w roli tytułowej), ale także Pyzdrą (Witold Pyrkosz) i Kwiczołem (Bogusz Bilewski), którzy stworzyli doskonały duet komediowy. Niezawodny Mieczysław Czechowicz jako hrabia i jego niezdarny a chytry sługa Marian Kociniak to druga strona lokalnego konfliktu. Ewa Lemańska jako Maryna, ukochana Janosika, to naturalna wiejska piękność, o której marzyło wielu mężczyzn w Polsce, a która w kilka lat po premierze w pełni popularności wyemigrowała na Florydę. Przebojowa muzyka Jerzego Matuszkiewicza do dziś brzmi w tysiącach telefonów!

Marek Perepeczko zapisał się w pamięci całego pokolenia Polaków jako kultowy Janosik. Fot. TVP

„Nie ma mocnych”

To druga część filmowej trylogii o dziejach dwóch zabużańskich rodzin, które trafiły na tzw. ziemie odzyskane i toczą ze sobą komediową wojnę. Właśnie niedawno (2024 r.) w reżyserii Artura Żmijewskiego zrealizowana została czwarta część tej epopei. Tak epopei, bo książka i filmy spełniają wszystkie literackie warunki tego gatunku (jak np. akcja w okresie przełomowym naszych dziejów). Kargule i Pawlaki z pięknym zaśpiewem kresowym to ikony polskości, a ich kultowe teksty są coraz częściej wklejane w montaże vlogerskie. Tetralogia znana wszystkim powyżej pięćdziesiątki, ale znikomej ilości dwudziestolatkom. Więc jeżeli mają rozumieć, gdy mówimy „Kargul, podejdź no do płota” lub „A taki był ładny, amerykański”, to koniecznie obejrzyjmy ten film razem z nimi, bo tu nasze komentarze potrzebne będą jak mało kiedy, ale i zabawa przednia.

„Nie ma róży bez ognia”

Niewątpliwie jedna z najbardziej inteligentnych polskich komedii. I nie dziwota, bo to fuzja talentów Stanisława Barei i Jacka Fedorowicza z najlepszych jego lat i z tym ostatnim w roli głównej. A partneruje mu nieskazitelnej urody Halina Kowalska. To też trafna krytyka ustawodawstwa mieszkaniowego PRL. Blokowisko bez chodników, radzenie sobie z fałszywymi meldunkami, zbieranie haków na współlokatorów i wreszcie, jak to określił niezrównany Stefan Kisielewski: „bohaterskie pokonywanie przez władze socjalistyczne problemów, które nie istnieją w innych ustrojach”.

„Potop”

Jerzy Hoffman zaczął ekranizację trylogii Henryka Sienkiewicza od części ostatniej – „Pana Wołodyjowskiego”, następnie nakręcił „Potop”, a wreszcie „Ogniem i mieczem”. Najlepiej udał mu się właśnie „Potop”, nakręcony z rozmachem i najbardziej kontrastujący z coraz uboższą codziennością Polaków połowy dekady gierkowskiej (jak ten Olbrychski obżerał się szynką w Wodoktach!) Doskonały casting umożliwił kręcenie takich niezrównanych scen jak impreza „Kmicicowej kompanii” (można rozkoszować się jej rytmicznością muzyczną) lub niezrównanymi kreacjami (genialni Kiemlicze, Radziwiłłowie, Soroka, Kordecki, Kuklinowski…). Sienkiewiczowski humor znalazł tu odzwierciedlenie, a mrożące krew w żyłach momenty zaryły się w serca tak dalece, że dzieci na podwórkach odtwarzały w scenach przy trzepakach karmienie kolubryny, a nawet przypiekanie Kmicica. Brak dziś takiego kina w Polsce!

Do Daniela Olbrychskiego w roli Kmicica wzdychało 50 lat temu tysiące Polek. Fot. TVP

„Uszczelka”

To jedna z niezależnych części cyklu pt. „Najważniejszy dzień życia”. Jedna z lepszych, choć przyznam, że moja ulubiona to „Gra”. Każdy z filmów tej serii zaczyna się od sondy ulicznej, a reporter zadaje tytułowe pytanie. Odpowiedzi bywają banalne lub wymijające, aż wreszcie ktoś mówi tak ciekawie, że opowieść przechodzi w akcję filmową. Dyrektor Sochacki to człowiek znany z powiedzenia „Ja to załatwię” i gdy bierze na siebie za dużo zobowiązań, dopada go zawał serca. To wymierający gatunek ludzi, których pasją była praca, a nie pisanie wniosków o dofinansowanie. Jestem pewien, że w konkluzji wnuczek powie, że to film o jego własnym dziadku… W filmie „Gra” kapitalna Ryszarda Hanin kreuje babcię, która dyskredytowana przez przemądrzałego zięcia bierze się za lekturę naukowych opracowań mitologii greckiej, by wystartować (po kryjomu) w teleturnieju „Wielka gra”.

„Wiosna panie sierżancie”

To benefis aktorski Józefa Nowaka. Małe miasteczko, w którym sierżant zajmuje się rozwiązywaniem dosłownie wszystkich problemów. Do tego dokształca się eksternistycznie. Jednym zdaniem: nienachalne oswajanie obrazu władzy ludowej.

„Zapamiętaj imię swoje”

Dramat okupacyjny, produkcji polsko-radzieckiej, w którym matka zaklina swego synka, by mimo losu obozu w Auschwitz zapamiętał swe imię dla ocalenia tożsamości. Właściwie ukazane piekło obozowe wielu narodów, cierpiących pod panowaniem hitlerowskim.

„Ziemia obiecana”

Najlepszy film Andrzeja Wajdy z doborową obsadą, czyli Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem i Andrzejem Sewerynem na czele, ale też genialnymi: Wojciechem Siemionem, Andrzejem Szalawskim, Bożeną Dykiel, Janiną Grzegorczyk, Krzysztofem Majchrzakiem, Włodzimierzem Boruńskim, Franciszkiem Pieczką i… aż dziw, że w niektórych (niestety zbyt rzadkich) filmach dosłownie wszyscy grają jak z nut (jak np. w „Ojcu chrzestnym”, „Chłopcach z ferajny”, „Vincim”), a ci sami aktorzy w innych filmach już są „nie tacy doskonali”…

„Ziemia obiecana” zachwyca kolejne pokolenia. Fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi

Ekranizacja prozy Władysława Reymonta wypadła więc celująco, a to między innymi dzięki znakomitym łódzkim plenerom, o które pytali reżysera krytycy „Ile to musiało kosztować”, a on rozbrajająco odpowiedział w 1974 roku, że dosłownie nic, bo w Łodzi są całe takie kwartały miejskie. Ale też chyba w żadnym innym filmie nie pokazano tak doskonale życia w wiejskim dworku u kresu pielęgnowania etosu szlacheckiego, którego renesans przeżywamy w Polsce obecnie. Dworki powstają na wsiach jak grzyby po deszczu, a jeszcze nigdy nie było w Polsce tak wielu posiadaczy kontuszy jak dziś. Czyżby to pożegnanie bez żalu z epoką industrialną, czy wzrost nastrojów patriotycznych?  

Piotr Boroń

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -