Jego teksty często są odbierane nie tylko jako piosenki, ale także jako komentarz do otaczającej rzeczywistości. Tomasz Organek mówi o tym, dlaczego w swojej twórczości unika publicystyki, jak wygląda współczesna polska scena rockowa i dlaczego coraz trudniej dotrzeć do odbiorcy poszukującego w muzyce czegoś więcej niż rozrywki. Artysta opowiada także o pracy nad drugą książką oraz o przygotowaniach do pierwszego koncertu w Stanach Zjednoczonych, podczas którego spotka się z polonijną publicznością w Chicago.

„Biały Orzeł”: Pana teksty często odbierane są nie tylko jako piosenki, ale też jako trafny komentarz do rzeczywistości. Pisząc, bardziej obserwuje Pan to, co dzieje się na świecie, czy samego siebie?
Tomasz Organek: Zarówno samego siebie, jak i to, co się dzieje w Polsce i na świecie oczywiście, bo wszystko to ma wpływ na mnie i na moje życie. Natomiast staram się nie pisać tekstów publicystycznych, czyli takich, które dotyczą konkretnych tematów, tylko bardziej wyłapywać trendy, idee i opisywać ogólny zarys rzeczywistości. Oczywiście czasami zdarza mi się coś wytknąć, ale to nigdy nie jest napisane wprost. Chodzi mi o to, żeby mój tekst był zapisem pewnego rodzaju komentarza do bliższej i dalszej rzeczywistości, która mnie otacza.
Jest pan muzykiem, autorem tekstów, ale też pisarzem. Która z tych ról daje Panu obecnie największą wolność twórczą? W czym najbardziej się Pan spełnia?
W pisaniu prozy. Właśnie jestem w trakcie pisania drugiej książki. Ale to się też łączy z muzyką. Właściwie zawsze mnie zajmowało pisanie. Muzyka i zespół rockowy były od początku takim nośnikiem treści. Jak Pani zauważyła, teksty mam o czymś. Zespół rockowy zawsze był mi potrzebny, oczywiście do grania rock’n’rolla, do zabawy i tak dalej, ale na pierwszym miejscu mojej twórczości jest opisywanie rzeczywistości i przekazywanie publiczności moich obserwacji.
Czyli zawsze najważniejsze było pisanie…
Tak. Pomysł na zespół wziął się od tego, żeby śpiewać po prostu polskie piosenki. Kiedyś graliśmy w innym zespole, gdzie śpiewaliśmy po angielsku. Była wówczas taka moda podpatrzona z Ameryki, na granie R&B i tym podobnych gatunków. Nie mówię przy tym, że nasz zespół jest wolny od wpływów amerykańskich, bo oczywiście nie jest. Wszelka muzyka współczesna jest wzięta z krajów anglosaskich, bo tam się narodziła. Tak samo rock’n’roll.
Jakaś inspiracja Ameryką zawsze jest i to jest fajne, bo pozwala na zabawę formą i schematami, które międzynarodowo funkcjonują w kulturze. Szczególnie dzisiaj, w XXI wieku i erze postmodernizmu, dużo korzystamy z tego, co już było. Ale zawsze na pierwszym miejscu jest jednak u mnie tekst.
Czy współczesna publiczność nadal szuka w muzyce rockowej czegoś więcej niż rozrywki?
Jest grupa odbiorców, która tego szuka, ale jest ona niestety coraz mniejsza, bo dzisiaj muzyka stała się wyłącznie rozrywką. Wpłynęło na to wiele czynników: masowość, duże firmy nagraniowe, streamingi, które faworyzują piosenki łatwe i przyjemne, aby jak najbardziej zwiększyć sprzedaż. Spotify i podobne serwisy spychają alternatywne utwory na dalszy plan. Duże wytwórnie największy cel mają w tym, żeby promować artystów w streamingach, bo często są w jakiś sposób powiązani.
Uważam, że ludzie obecnie są źle przygotowani na odbiór bardziej wymagających tekstów, odczytywanie metafor i odniesień do kultury. Ludzie przestali czytać książki i to jest jeden z głównych problemów. Jak powiedziała Olga Tokarczuk, cierpimy na literalizm, czyli odbieranie wszystkiego dosłownie. Nie potrafimy się komunikować na bardziej abstrakcyjnym poziomie. Więc ta grupa odbiorców, która potrzebuje innych treści i ich szuka, jest coraz mniejsza, bo ludzie się zatopili w komórkach, które degradują wyobraźnię, kreatywność i krytyczne myślenie.
Dzisiaj media społecznościowe przejęły rolę mediów tradycyjnych. Ludzie uczą się albo wyrażają swoje zdanie na wiele tematów, też polityki czy spraw społecznych, na podstawie rolek w internecie, podcastów i filmów nagrywanych przez youtuberów. Dlatego potrzeba obcowania z czymś więcej niż tylko z rozrywką jest w muzyce coraz mniejsza.
Jak w takim razie trafić do odbiorcy, który nadal poszukuje w utworach większego sensu?
Nie poddawać się i robić swoje. To nie jest tak, że ja zupełnie zwątpiłem w odbiorcę i wydaje mi się, że już nikt tego nie potrzebuje i nikt tego nie chce, bo tak nie jest. Tylko coraz bardziej widzę, jak się te światy rozchodzą – świat komercyjny zajmuje coraz większą przestrzeń i bardzo rozwarstwia się z tym światem, który można uznać za kulturę, czyli poszukiwanie czegoś więcej, próbę opisu świata, zanurzenie się w ciekawych, bardziej zajmujących czy poważniejszych treściach wymagających refleksji. Świat kultury jest coraz mniejszy, jakby przeznaczony tylko dla ludzi przygotowanych.
Oczywiście zawsze tak było, tylko, że kiedyś w telewizjach, szczególnie publicznych w Polsce, proponowano ludziom te treści. Dzisiaj telewizje i media głównego nurtu szukają konkurencyjności z prywatnymi stacjami, nie realizują misji. To dobrze, że do Jedynki wrócił chociaż Teatr Telewizji, bo przez jakiś czas w ogóle go nie było. Ktoś w pewnym momencie uznał, że to jest niepotrzebne, bo teatr w tych czasach nie interesuje już odbiorców.
Jak w tym kontekście ocenia Pan dziś kondycję polskiego rocka?
Bardzo mizernie. Jeżdżąc na koncerty i festiwale spotykam tylko właściwie starszych kolegów, z takiego pokolenia sześćdziesięcio- albo nawet już siedemdziesięciolatków. Jest kilka młodych, nowszych zespołów, ale ich twórczość nie jest wywrotowa. Większość z nich śpiewa, bo szukają popularności w dużych radiach. Nie ma w tej scenie nic takiego, co przykułoby moją uwagę i przywróciło wiarę w muzykę rockową, która ma do spełnienia jakąś misję. Uważam, że muzyka rockowa zawsze była platformą do opisu rzeczywistości i społeczeństwa. Czasami wchodziła też w politykę.
Czy uważa Pan, że komentarz artystów w sprawach politycznych i społecznych jest potrzebny?
W Polsce podnoszą się wielkie pretensje, jak artysta się wypowie na tematy polityczne czy społeczne. Ludzie mówią do mnie czasami: „Organek, ty graj, a nie o polityce się wypowiadaj”. Uważam, że mam takie samo prawo do wypowiedzi jak krawcowa czy lekarz.
Sztuka jest nierozerwalnie związana z rzeczywistością. A czasem mam wrażenie, że ludzie by chcieli, żeby te dwie kwestie były zupełnie osobne. Tutaj sztuka, a społeczeństwo i polityka po drugiej stronie. Do Bruce’a Springsteena czy U2 nikt nie ma pretensji o to, że grają na wiecach wyborczych i konwencjach partii politycznych. W Stanach to wygląda zupełnie inaczej.
Czy Pana zdaniem to jest takie polskie podejście, że te dwie kwestie nie powinny się łączyć?
Aktualnie tak, tylko proszę zauważyć, że w latach osiemdziesiątych, jak zespoły kontestowały komunę, to wszystko pasowało. Wtedy było fajnie, jak się ktoś wypowiadał o polityce na scenie. A dzisiaj to jest źle widziane. To jak, chcemy tego, czy nie chcemy?
Czy uważa Pan, że odzyskana wolność zmieniła publiczność i społeczeństwo?
W Polsce żyje się coraz lepiej. Naprawdę jest nam tutaj dobrze. Ale doszły do nas te same zjawiska, które były już wcześniej obecne w krajach Zachodu. Czyli rozkład społeczny, nuda, konformizm, pieniądze i skrajna komercjalizacja. Wszystko można sprzedać, każdą reklamę, każdego artystę można kupić. Takie zjawiska już dawno zachodziły za granicą. Z opóźnieniem, ale zawsze docierają one też do Polski. To są jednak naturalne rzeczy, które przychodzą wraz z pieniędzmi.
Wspomniał Pan o festiwalach. Zespół Ørganek bardzo często występuje na letnich scenach. Dlaczego właśnie taka forma spotkania z publicznością jest dla Was ważna?
Bo festiwale to jest fajna rzecz. Można spotkać przede wszystkim innych artystów, bo nie widzimy się zbyt często. Festiwale służą też temu, żeby się co jakiś czas spotkać.
Poza tym te wydarzenia najczęściej odbywają się latem. To są duże sceny, a koncerty są świetnie wyprodukowane. W Polsce festiwale są na bardzo wysokim poziomie, europejskim, solidnym. Są duże sceny, są wielkie produkcje, więc można tam zrealizować zupełnie inne rzeczy, które artystom chodzą po głowie.
Publiczność festiwalowa i klubowa mocno się od siebie różnią?
Troszkę się różnią, bo w klubie mamy bliższy kontakt ze słuchaczem. Tam się widzi i czasami słyszy ludzi, jak rozmawiają między sobą czy śpiewają. Ten kontakt jest bardziej intymny. Natomiast na dużej scenie tych ludzi się prawie nie widzi, bo sceny są wielkie, wysokie, ludzie stoją dalej. Wtedy się zupełnie inaczej pracuje ze słuchaczem. Festiwale dają nam też więcej „wiatru w żagle”. Jak mamy przed sobą kilkadziesiąt tysięcy osób, które nam wiwatują, to artysta się zupełnie inaczej dostraja. Doznajemy innych emocji. I takie wsparcie jest bardzo przyjemne.
Jakie są kolejne muzyczne plany Waszego zespołu?
Nie wydaliśmy nowej płyty od pięciu lat. Oczywiście był krążek „MTV Unplugged”, ale to było bardziej podsumowanie dziesięciolecia. W formule unplugged odbyliśmy też dwuletnią trasę koncertową. Planów na nową płytę na razie nie ma. Obecnie znajduję się w momencie swoistego zatrzymania i podsumowania działalności zespołu, bo to już dwanaście, a zaraz trzynaście lat, jak jesteśmy na scenie. I sporo nam się udało przez te lata zrobić.
Teraz celowo wyhamowałem i nie gramy ani trasy letniej, ani jesiennej w Polsce, bo potrzebuję chwili zastanowienia przed kolejną płytą. Chcę, żeby to był kolejny, bardzo świadomy krok. To będzie na pewno trochę inna muzyka.
Wasze albumy za każdym razem się od siebie różnią. Skąd potrzeba ciągłego szukania czegoś nowego?
Ja nie potrafię nagrywać takich samych płyt i cały czas stać w miejscu. Dla mnie to jest po prostu nudne i nieproduktywne. Cały czas szukam czegoś nowego. To wiąże się też z moim rozwojem osobistym. To, co mi się kiedyś podobało, dzisiaj już mi się może nie podobać. Obecnie zupełnie czym innym żyję, czego innego słucham, co innego chcę powiedzieć i zagrać. Dlatego nie widzę sensu, żeby wracać na przykład do płyty „Głupi”, którą uwielbiam, bo to był nasz debiut, najczęściej chyba wspominany, ale dzisiaj mam zupełnie inny pomysł na moją muzykę. Jesienią wracamy do pracy.
Przejdźmy do koncertu w Chicago. Był Pan już wcześniej w Stanach Zjednoczonych?
Byłem turystycznie, między innymi w Nowym Jorku, Filadelfii i Waszyngtonie.
Koncert dla Polonii będzie Waszym pierwszym za oceanem…
W Chicago jeszcze nie byłem. Jestem bardzo, bardzo ciekawy i szczęśliwy, bo od początku działalności nie byliśmy jeszcze w Stanach. Występowaliśmy w różnych krajach, natomiast za oceanem jeszcze nie graliśmy. Festiwal w Chicago to nasza pierwsza okazja.

Czego spodziewa się Pan po tym spotkaniu z Polonią?
Szczerze mówiąc nie wiem, czego się spodziewać. Czasem mi się wydaje, że Ameryka jest tak daleko, to pewnie ludzie w ogóle nas nie znają. Ale to jest nieprawda, bo ludzie za granicą, szczególnie w dobie internetu, wszystko wiedzą i wszystko znają. To się tylko tak wydaje z perspektywy Polski wydaje, że ludzie za oceanem o nas nie wiedzą.
Mam nadzieję, że trafimy na publiczność, która rzeczywiście nas tam chce, wyczekuje i kojarzy nasze piosenki. Reszta należy do nas, żeby ten koncert był energetyczny, żebyśmy wszyscy się dobrze bawili i trafili z naszym przekazem do ludzi.
Nadchodzący koncert będzie starannie zaplanowanym show, czy zostawicie sobie przestrzeń, żeby dać się ponieść energii publiczności?
Bardzo liczymy na publiczność. W przygotowaniu show jesteśmy troszkę ograniczeni w tym sensie, że nie jedziemy swoim busem. Cały sprzęt będziemy mieć wypożyczony, ponieważ nie jesteśmy w stanie go przewieźć z Polski. Szukamy więc sposobów, jak ten koncert wykonać jak najlepiej brzmieniowo i wizualnie, żeby było tak jak u nas, ale na innym sprzęcie. Liczę, że będzie to koncert bardziej klubowy, z możliwością bliskiego kontaktu z publicznością. Znamy i pamiętamy takie koncerty, gdzie pot się lał z sufitu. To jest zapomniane przeżycie, więc na coś takiego liczę.
Gdyby miał Pan jednym zdaniem zaprosić Polonię na koncert w Chicago, co by Pan powiedział?
Jesteśmy zespołem bardzo polskim, mimo że gramy anglosaską muzykę. Cała muzyka rozrywkowa właściwie jest anglosaska. Ale jesteśmy bardzo polscy w wydaniu tekstowym, bo wszystkie te moje teksty, tak jak rozmawialiśmy wcześniej, dotyczą Polski, spraw około Polski i Polaków. Sądzę, że jesteśmy zespołem, który może przybliżyć dzisiejszą Polskę ludziom za granicą. Ale nie tylko na poważnie, bo my lubimy rock’n’rolla i sama muzyka, rozrywka i zabawa też jest dla nas bardzo ważna.
Czy publiczność ma wpływ na to, co Pan tworzy? Zdarza się, że podczas spotkań z fanami słyszy Pan historię, która później inspiruje nowy utwór?
Nie. Publiczność zwykle mówi mi o swoich odczuciach na temat piosenek, które już usłyszała. Ja piszę o rzeczach, które czuję i które przeżyłem. I to jest chyba najważniejsze. Dzięki temu mogę pisać naprawdę, czyli tak, jak rozumiem, czuję, widzę świat. Wtedy wiem, że nie oszukuję słuchacza.
Czy może Pan już coś zdradzić na temat nowej powieści?
Właśnie dostałem bardzo dobre recenzje z wydawnictwa. Napisałem około jedną czwartą tej książki i mnie to bardzo mocno dopinguje do dalszego pisania. To będzie opowieść o Polsce, o Polakach, o polskiej prowincji, bo ja stamtąd pochodzę i to najlepiej znam. Fabuła będzie toczyć się wokół historii z lat dziewięćdziesiątych. Na razie tyle mogę powiedzieć.
Czy jest coś jeszcze, co chciałby Pan przekazać publiczności w Chicago?
Zapraszam na nasz koncert wszystkich rodaków, ale też ich znajomych i rodzinę. Mam nadzieję, że wśród publiczności będą również Amerykanie i rodziny mieszane. Chciałbym, aby nasz występ był okazją do świetnego spędzenia czasu w międzynarodowym gronie. Pokażmy, że mimo różnic jesteśmy podobni. Mamy w repertuarze także kilka utworów po angielsku. Skończyłem anglistykę, więc czasami pisuję teksty też w tym języku.
Czy w Chicago zabrzmią również te utwory po angielsku?
Tak, będzie kilka piosenek. Specjalnie je zagramy, żeby Amerykanie mieli możliwość zrozumienia naszego przekazu. Mam nadzieję, że uda nam się trafić nie tylko do polonijnej, ale i międzynarodowej publiczności.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Mamy nadzieję, że Wasz pierwszy amerykański koncert okaże się sukcesem.
Dziękuję i do zobaczenia w Chicago.
Rozmawiała Alicja Dębek






