Czarne chmury zbierają się nad skokami narciarskimi i kombinacją norweską. Istnieje zagrożenie, że obie konkurencje zostaną usunięte z programu igrzysk olimpijskich.

Kombinację norweską rozegrano już na pierwszych zimowych IO – w 1924 roku w Chamonix. Wiele wskazuje na to, że w nadchodzących IO w Mediolanie pojawi się ona po raz ostatni w tej imprezie. Notowania skoków też nie stoją za dobrze.
MKOl rozważa usunięcie obu konkurencji z IO, ponieważ ich rozwojem zainteresowanych jest niewiele krajów. W kombinacji od dekady sukcesy są udziałem niemal wyłącznie zawodników z Niemiec, Japonii, Austrii i Norwegii. W męskich skokach narciarskich do tego grona dołącza Polska i Słowenia.
Problemem jest i to, że budowa obiektów kosztuje kilkadziesiąt milionów euro, a po zawodach nie przynoszą one zysków. – Kombinacji norweskiej na igrzyskach w 2030 roku może się już nie być. Słychać też, że nie wiadomo, co ze skokami, bo to droga impreza – mówi Adam Małysz, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.
Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) podejmuje próby zwiększenia popularności skoków także poza „wielką szóstką”. MKOl ograniczył liczbę skoczków, która będzie mogła występować na igrzyskach. Będzie ich tylko 50, co oznacza brak kwalifikacji.
Spowodowało to, że zamiast konkursu drużynowego, w którym skacze po czterech zawodników z każdego kraju, będzie rozgrywany format superduetów. – Bardzo żałuję, bo lubiłem drużynowe konkursy w dotychczasowej formie. Szkoda, że nikt o tym nie dyskutował z zawodnikami – mówi Kamil Stoch, trzykrotny mistrz olimpijski.
Tomasz Ryzner



