Ostatnio odmówiłam czegoś, na co zwyczajnie nie miałam ochoty. Nic wielkiego. Żadna życiowa decyzja, żadna scena rodem z filmu. Po prostu powiedziałam: „Nie, tym razem nie.” I już miałam dodać wyjaśnienie. Właściwie całą prezentację.
Dlaczego nie mogę. Co mam wcześniej. Co mam później. Dlaczego ten tydzień jest wyjątkowo trudny i jak bardzo mi przykro, że akurat tym razem się nie uda. Brakowało tylko załączników i dwóch referencji. I wtedy pomyślałam: chwileczkę. Przecież ja nie powiedziałam, że nie mogę. Powiedziałam, że nie chcę. To było zaskakująco odkrywcze. Mam wrażenie, że wiele z nas zostało świetnie wyszkolonych w uzasadnianiu własnych decyzji.
Nie chcemy kogoś urazić. Nie chcemy wyjść na niemiłe.Nie chcemy, żeby ktoś pomyślał, że jesteśmy egoistyczne, trudne albo, nie daj Boże, „zmieniłyśmy się”. Więc tłumaczymy. Dlaczego nie przyjdziemy. Dlaczego nie oddzwoniłyśmy. Dlaczego nie możemy czegoś zrobić. Dlaczego potrzebujemy wolnego weekendu.
Nawet kiedy zamawiamy deser, potrafimy powiedzieć: „Dzisiaj mogę, bo prawie nic nie jadłam na lunch”. Jakby sernik wymagał alibi.
Zastanawiam się czasem, kiedy nauczyłyśmy się, że każda rzecz, którą robimy tylko dla siebie, potrzebuje dobrego uzasadnienia. Chcesz zostać w domu? Musisz być zmęczona. Chcesz wyjechać sama? Pewnie potrzebujesz „resetu”. Nie odbierasz telefonu? Na pewno byłaś zajęta. A może nie. Może siedziałam na kanapie. Może piłam herbatę. Może oglądałam coś kompletnie bezwartościowego i byłam właśnie bardzo zajęta niewstawaniem z kanapy. To też jest odpowiedź.
Kiedy jesteśmy młodsze, bardzo zależy nam na tym, żeby być lubiane. Przynajmniej ja tak miałam. Chcemy być pomocne, dostępne, niezawodne. Chcemy, żeby można było na nas liczyć. I oczywiście nie ma w tym nic złego. Dobrze jest być człowiekiem, na którego inni mogą liczyć. Gorzej, kiedy wszyscy mogą liczyć na Ciebie, tylko Ty sama nie bardzo. Bo wtedy zaczyna się ten dziwny kalendarzowy fenomen. Patrzysz na swój tydzień i wszystko się zgadza. Tylko Ciebie w nim nie ma. Jest praca. Są spotkania. Jest ktoś, komu obiecałaś pomóc. Jest kolacja, na którą średnio masz ochotę, ale przecież powiedziałaś, że przyjdziesz.
Jest jeszcze „szybka przysługa”, która, jak wszyscy wiemy, ma mniej więcej tyle wspólnego z szybkością co „wpadnę tylko na chwilę” z pięciogodzinną wizytą.
I tak jakoś robi się niedziela wieczorem. Nie chodzi mi o to, żeby teraz wszystkim mówić „nie”. To byłoby równie męczące. Chodzi raczej o to, żeby czasem sprawdzić, skąd właściwie bierze się nasze „tak”. Czy naprawdę chcę? Czy po prostu nie chcę nikogo rozczarować? Czy mam na to przestrzeń? Czy automatycznie zgodziłam się, zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć? To są zupełnie inne pytania niż te, które zadawałyśmy sobie we wrześniu. Tam chodziło o ciekawość. Tutaj chodzi chyba bardziej o uczciwość. Taką zwyczajną. Bez wielkich deklaracji.
Bo jest coś bardzo przyjemnego w momencie, kiedy przestajesz wymyślać powody i zaczynasz ufać własnym decyzjom. Nie chcę. Nie pasuje mi. Tym razem odpuszczę. Dziękuję, ale nie. I świat, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nadal się kręci.
Ludzie nadal chodzą do pracy. Kawa nadal smakuje tak samo. Nikt nie ogłasza alarmu. A osoba, której odmówiłaś, bardzo często odpowiada po prostu: „OK.”
Całe nasze piętnastominutowe przygotowanie psychiczne, siedem potencjalnych scenariuszy rozmowy i przemówienie obronne okazują się kompletnie niepotrzebne.
Oczywiście nie zawsze. Są ludzie, którym nasze „nie” się nie spodoba. I chyba właśnie wtedy dowiadujemy się czegoś ważnego. Nie tylko o sobie. Również o nich.Im jestem starsza, tym bardziej lubię ludzi, przy których nie muszę się tłumaczyć ze wszystkiego. Takich, którym mogę powiedzieć: „Nie dam rady.” Albo nawet: „Nie mam ochoty.” I nadal jesteśmy OK.
Może właśnie na tym polega pewien rodzaj dorosłości, o którym nikt nam wcześniej nie powiedział. Nie na tym, że w końcu mamy wszystkie odpowiedzi. Tylko na tym, że coraz rzadziej potrzebujemy zgody innych na własne. Dlatego tej jesieni próbuję jednej małej rzeczy. Zanim powiem „tak”, daję sobie kilka sekund. Tylko tyle.
Bez analizowania. Bez robienia tabelki w Excelu. Bez konsultacji z komisją do spraw tego, czy jestem wystarczająco miłym człowiekiem. Kilka sekund. Żeby sprawdzić, czy moje „tak” naprawdę jest moje. Bo czasem najważniejsze słowo nie brzmi „nie”. Brzmi: „chcę”. I chyba coraz bardziej zależy mi na tym, żeby było go w moim życiu więcej.
Marta Zawadzka
Marta@succesinskirt.com
Certyfikowany life coach i mówca motywacyjny. Założycielka grupy Success in Skirt oraz Polish American Network, a także była prezenterka audycji „Bez Limitu”


