Strona głównaOpowiadania„Droga przez Kąty”

„Droga przez Kąty”

Gwoźnica, lipiec 2022 roku
Gdzie tamten gościniec, co strzegły go chaty w słomianych hełmach i drewnianych zbrojach, których okna – oczy niewyspane – wypatrywały wroga, podróżnych i nowin? Jest jeszcze w starych drzewach i niemej kapliczce ten sam, trochę tylko przyprószony czasem.

Od najdawniejszych lat biegła dokładnie tam gdzie i teraz. Może dlatego, że była i jest jednocześnie granicą pomiędzy Lutczą a obiema Gwoźnicami. A granicy, jeśli nie ma jakichś ważnych powodów, raczej się nie zmienia. Kiedyś z licznymi odnogami, prowadzącymi do gospodarstw nieco od niej oddalonych, do pól, lasów i zagajników. Dzisiaj w wielu przypadkach pozarastanymi już samozwańczymi krzakami i wysoką trawą. Są ledwie dostrzegalne i to dla tych tylko, którzy jeszcze pamiętają mniej więcej, gdzie ongiś były. Ten graniczny szlak, dawno temu, musiał być ważnym, a przez to i często używanym, jako że w najprostszej linii łączył Niebylec i jego okoliczne miejscowości z samym Traktem Węgierskim.

O niemałym znaczeniu tej drogi zaświadcza też karczma, nazywana potocznie „Pohulanką”, co obok niej stała w zachodniej części przysiółka. Opowiadali o niej ci którzy ją jeszcze pamiętali, że z drewna była zrobiona, kryta strzechą a długości miała ze dwadzieścia metrów. Właścicielem jej, a może tylko dzierżawcą był Żyd o imieniu Moszek. Kiedy jednak wielu tutejszych mieszkańców wyjechało „za chlebem” do Ameryki, interes Moszka słabł coraz bardziej, aż w końcu, jak to w takich przypadkach bywa, musiał zostać zamknięty. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej owemu miejscu. Było to dla mnie o tyle istotne ,że nabywcami tej nieruchomości, około sto lat temu, okazali się mój dziadek i jego brat. Tego akurat byłem świadomy, bo w domu, który zbudowano z jej elementów, spędziłem swoje najmłodsze lata. Nie wiedziałem tylko, gdzie dokładnie „Pohulanka” stała, gdy jeszcze spełniała rolę karczmy żydowskiej przy drodze przez Kąty. Tak to jest, że rozmowy z ludźmi, którzy albo byli świadkami czegoś co nas ciekawi, albo pamiętają świadectwa innych, zawsze rzucają dodatkowe światło na to, co działo się obok interesującego nas tematu. I w świetle takim można dostrzec niekiedy, zupełnie nieoczekiwanie, coś bardzo ważnego, o czym kiedyś się mówiło, ale potem zapomniane zostało już niemal zupełnie.

I właśnie w takich okolicznościach przypomniałem sobie o zdarzeniu, które opowiadane przez babcię i potwierdzane przez tatę, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, budziło i wciąż budzi we mnie lęk. Jest to rodzaj tajemnicy – zagadki do dziś nierozwiązanej nawet przez naukowców, mimo że podobne przypadki, choć bardzo rzadkie, miały miejsce w różnych rejonach świata. I kiedy tak gawędziliśmy z Mariuszem o czasie już dawno przeszłym, mój rozmówca wskazał na zajęty przez dziką roślinność teren przy drodze, mówiąc przy tym: – Był i tu kiedyś dom, i sad był, a w domu młoda rodzina. Dziś pozostała po nich tylko ta stara trześnia i pamięć u niektórych jeszcze ludzi. Historia ta miała mniej więcej taki ciąg.        Kończył się lipiec 1944 roku. Zynek kąciańską drogą wracał do domu od żniwa. O czym myślał? Pewnie jak większość o końcu wojny. I choć słyszał dudnienie dróg, którymi ciągnęły obce wojska na wielką bitwę w okolicach Dukli, on mógł być spokojny, bo front przechodził obok. I chociaż dziać się to miało na naszej ziemi, to jednak bić się mieli nie nasi a obcy. Dla niego najważniejszym w tej chwili mogło być to, że wreszcie skończą się kontyngenty, forszpany a wraz z nimi głód i niedola. Jasnym jest, że jakieś konsekwencje szykujących się do natarcia oddziałów dawały się odczuć także mieszkańcom Gwoźnicy, ale nie były na tyle poważne, by nazwać je dramatycznymi. Najbardziej obawiano się dezerterów i innych zabłąkanych żołnierzy armii sowieckiej. Często wygłodniałych, dzikich, o obcych rysach twarzy. Dla nich, jak niosły wieści, ludzkie życie nie miało żadnej wartości i stąd brały się wszelkie niepokoje. Przed takimi chowano po lasach konie i inne zwierzęta, ale też ukrywano młode dziewczęta ze względów jak najbardziej oczywistych.

Zynek, bo tak na niego wołano, kilkanaście dni wcześniej, był świadkiem zestrzelenia niemieckiego samolotu. Ten symboliczny fakt, do reszty przekonywał go o oczekiwanym końcu okupacji. Tak zapewne rozmyślając, szedł w kierunku domu, kiedy nad głową zadudniło złowieszczo. I nie były to odgłosy wojny. Powietrze stawało się coraz bardziej mgliste i ciężkie od wilgoci. Piętrowe chmury nie wiadomo skąd pojawiły się nagle i groźnymi pomrukami zwiastowały to co się za chwilę miało stać. Pojedyncze, duże krople deszczu, tak szybko zamieniły się w ulewę, że chłopak nie zdołał dotrzeć do zagrody Lenartów, z którymi był zaprzyjaźniony i gdzie zamierzał przeczekać burzę, lecz zmuszony był schronić się u ich sąsiadów. Przez okno obserwował skulony, smagany deszczem sad. Dziwne mu się to wszystko wydawało, bo zupełnie ucichł wiatr, a strugi wody prawie pionowo lały się z nieba. Nagle przez ułamek sekundy zrobiło się jasno i niemal jednocześnie zadrżała ziemia, a powietrze rozdarł przeraźliwy trzask. Musiał na moment zamknąć oczy. Gdy je na nowo otworzył, zauważył niebiesko świecącą kulę przesuwającą się nad kalenicą domu Lenartów. Trwało to może sekundę, może dwie. Kiedy to dziwne zjawisko znalazło się nad kominem, wpadło do niego i zniknęło. Pierwsi świadkowie, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, zastali jakąś głęboką, martwą ciszę i przejmującą grozą pustkę. Dom był nietknięty. Wszystkie sprzęty stały na swoim miejscu, także kołyska była tam, gdzie zawsze. Tylko życie, wszelkie życie, jakby stamtąd wyparowało. Ludzie snuli różne domysły co do okoliczności tej tragedii, ale nie umieli jej sobie nijak wytłumaczyć. A ponieważ bali się, że to coś może się jeszcze kiedyś powtórzyć, nikt już nie odważył się tam zamieszkać. Po pewnym czasie, kiedy rozbierano ten budynek, znaleziono na strychu jakieś nieznane bliżej mechanizmy i zwoje drutów. Ktoś domyślił się, że mogą to być części z rozbitego niemieckiego samolotu. I temu przypisano całą winę za to niepojęte do tej pory wydarzenie. Uznano, iż urządzenia te, które gospodarz całkiem nieświadomie zgromadził pod swoim dachem, ściągnęły na jego dom kulistego pioruna, tego swoistego anioła śmierci.

Nikt nie wie co się stało z odkrytymi elementami zestrzelonego Messerschmitta. Może ktoś je zakopał głęboko w ziemi, by już więcej nie były przyczyną podobnego przypadku?

Andrzej Obuch


Andrzej Obuch – marzył, by zostać marynarzem; i choć ukończył Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu, to jednak wszystko potoczyło się potem zupełnie innym torem. Swoje myśli, przeżycia i wspomnienia próbuje zawierać w wierszach i opowiadaniach. Do tej pory wydane zostały dwa tomiki poezji zatytułowane: ,,Skąd – Dokąd”, ,,Tak odlegle – Tak blisko”, a także opowiadania: ,,Com widzioł, com słyszoł”.

spot_img
Poprzedni artykuł

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane