Polsko-Amerykański Festiwal w Amerykańskiej Częstochowie to jedno z największych i najstarszych polonijnych wydarzeń w całych USA. Historia Polish American Festival & Country Fair sięga sześciu dekad wstecz, a doroczna impreza w niektórych lokalnych rodzinach stała się ponadpokoleniowa tradycja. Tak właśnie było w przypadku Teresy Wójcik, dla której kręcące się festiwalowe karuzele to część jej dziecięcych wspomnień. Dziś jest dyrektorem i głównym koordynatorem festiwalu, który co roku do Doylestown przyciąga kilkadziesiąt tysięcy osób. O zmianach i przygotowaniach do tegorocznej edycji opowiada w wywiadzie udzielonym „Białemu Orłowi”.

„Biały Orzeł”: Na początku warto wspomnieć, że urodziła się Pani w USA, a jednak jest Pani niesamowicie aktywna nie tylko przy organizacji samego festiwalu w Amerykańskiej Częstochowie, ale też przy innych polonijnych inicjatywach…
Teresa Wójcik: Urodziłam się w Filadelfii, mój tato, Walter, był Amerykaninem o polskich korzeniach, jego dziadkowie przyjechali z Polski. Natomiast mama, Teresa, wyemigrowała z Polski w 1966 roku ze swoją rodziną, pochodzi z okolic Grudziądza. Dorastałam w polsko-amerykańskiej rodzinie, z mamą i babcią rozmawiałam po polsku, obchodziliśmy wszystkie polskie święta, pielęgnowaliśmy polskie tradycje. Rodzice wpoili mi przywiązanie do wartości, które odzwierciedla hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Amerykańską Częstochowę kojarzę jeszcze z dzieciństwa, często odwiedzaliśmy tę duchową stolicę Polonii. Moje pierwsze wspomnienia z tego miejsca związane są właśnie z festiwalem, pamiętam przejażdżki karuzelą jako mała dziewczynka. To miejsce zawsze było bliskie mojemu sercu.
A dziś jest Pani dyrektorem całego festiwalu. Jak do tego doszło?
Rolę dyrektora festiwalu pełnię już od 10 lat, ale jestem zaangażowania w jego organizację o wiele dłużej. Początkowo zostałam poproszona o pomoc z marketingiem i PR-em, głównie dlatego, że prowadzę program radiowy i mam w tej dziedzinie doświadczenie. W taki sposób stałam się członkiem komitetu, a później powierzono mi rolę jego dyrektora.
Festiwal w Amerykańskiej Częstochowie jest dziś jednym z największych polonijnych wydarzeń na wschodnim wybrzeżu USA. Jak się zmieniał przez te ostatnie 10 lat, od kiedy została Pani jego koordynatorem?
Zmieniło się bardzo dużo, ale chciałabym podkreślić, że te zmiany czy sam rozwój festiwalu nie są tylko moją zasługą, pracuje nad tym cały nasz komitet. W jego skład wchodzi około 15 osób, od wielu lat związanych z festiwalem, a w przypadku niektórych nawet od pokoleń. Dużo zmian, które wprowadziliśmy w ostatnich latach, związanych jest z technologią, tak jak przykład płatności kartą kredytową bądź debetową na festiwalu. To dla naszch uczestników stanowi dużą wygodę, ale nam też pomaga obsłużyć festiwal. Korzystamy też w o wiele większym niż kiedyś zakresie z mediów społecznościowych, szczególnie żeby dotrzeć do osób spoza polskiego środowiska. Jesteśmy o wiele bardziej obecni na Facebooku, na Instagramie. Myślę, że zwiększyły się też ilość i rodzaj festiwalowych atrakcji. Od kilku lat przyjeżdża mały cyrk dla dzieci, jest pokaz owczarków podhalańskich organizowany przez Polish Tatra Sheepdog Club, organizujemy degustację wódek prowadzoną przez konesera. Od niedawna organizujemy również warsztaty tańca polki. Nowości można doszukać się też w ofercie kulinarnej – w tym roku na festiwalu po raz pierwszy pojawią się polskie zapiekanki i gofry!
Często w organizacjach społecznych ciężko wprowadza się zmiany. Ludzie są na ogół przyzwyczajeni do tego, jak coś jest robione niejako „od zawsze” i boją się zmian… Jak się Pani zatem udaje je wprowadzać?
Niemal cale życie jestem zaangażowana w polonijne środowisko, w różne organizacje i inicjatywy, i myślę, że to doświadczenie dużo mnie nauczyło odnośnie do dynamiki tego typu organizacji oraz tego, jak z ludźmi pracować. Jeżeli chodzi o festiwal, mam bardzo dużo szacunku do ludzi, którzy go zaczynali i budowali przez tyle lat. Ogólnie uważam siebie za osobę bardzo otwartą na nowe pomysły. Często sama o nie pytam, a później na spotkaniach komitetu je wspólnie omawiamy, patrzymy na plusy, na minusy, na ryzyka związane z ich wdrażaniem. Kluczowe jest to, że zawsze sobie zostawiamy otwartą furtkę do ich wspólnej ewaluacji, spojrzenia na to, co zdało egzamin, a co nie, co można jeszcze usprawnić, a z czego zrezygnować. Bardzo szanuje tych ludzi, którzy oddali temu festiwalowi tyle życia i serca, ale musimy też patrzeć w przyszłość i się zmieniać, iść z duchem czasu, aby utrzymać zarówno festiwal, jak sanktuarium, bo cały dochód z festiwalu przeznaczany jest na jego utrzymanie. Jestem przekonana, że ten festiwal i to, co tu robimy, jest dzięki błogosławieństwu Matki Boskiej Częstochowskiej.
Ile osób pracuje nad przygotowaniem festiwalu i z jakim wyprzedzeniem rozpoczynają się prace nad jego kolejną edycją?
Kiedyś spotkania komitetu odbywały się raz w miesiącu od stycznia, ale teraz spotkamy się przez cały rok. Nasz komitet festiwalowy liczy od 15 do 18 członków, ale nad festiwalem pracują też setki woluntariuszy, którzy już od początku sierpnia planują logistykę związaną z festiwalem, obsługują stoiska na festiwalu i po nim sprzątają. Za tym wszystkim stoją ludzie! W Amerykańskiej Częstochowie działa wiele organizacji i grup, nie tylko polskich, które też odgrywają tutaj bardzo ważną rolę, takie jak Mary, Joseph and Jesus Homeschool Community czy Czestochowa Young Adults Group. Chciałabym też wspomnieć o mojej mamie, która pomimo swoich 77 lat wciąż bardzo aktywnie pomaga w organizacji festiwalu, mogę liczyć na bardzo duże wsparcie z jej strony. Mama też ma na imię Teresa, więc w gronie festiwalowych wolontariuszy mówią na nas „matka Teresa” i „córka Teresa”.

W 1984 roku w festiwalu wziął udział ówczesny prezydent USA Ronald Reagan. Czy do dziś pojawiają się na nim tak znane postaci?
Bardzo często w festiwalu biorą udział przedstawiciele władz lokalnych. Pamiętam też, że spore zainteresowanie wzbudzili kiedyś polscy bokserzy Andrzej Gołota czy Tomasz Adamek. Często w festiwalu biorą udział goście z Polski, przedstawiciele władz czy kościoła.
Ronald Reagan podczas swojej wizyty na festiwalu zachwycał się polskimi plackami ziemniaczanymi. Na tyle, że dziś na terenie świątyni stoi pomnik upamiętniający ten moment. Przedstawia on byłego prezydenta przy stole z talerzem festiwalowych placków. Czy one do dziś cieszą się takim powodzeniem ze względu na tę historie czy to już trochę zostało zapomniane?
Do dziś serwujemy placki ziemniaczane na festiwalu, są wciąż bardzo smaczne i lubiane, jest nimi spore zainteresowanie.
Ale ludzie nie pytają o Placki Reagańskie bądź Reagana?
Nie, nie spotkałam się z takim nazewnictwem.
Wspomniała Pani, że w festiwalu biorą udział lokalni politycy. A czy pojawiają się również amerykańskie media?
Tak, festiwal wzbudza każdego roku spore zainteresowanie. Co roku przyjeżdża telewizja ABC, czyli kanał 6, czasami FOX – kanał 29, pojawia się lokalna prasa tak jak The Intelligencer, radio WRDV zawsze nadaje na żywo audycję z pierwszego dnia festiwalu. Media interesują się festiwalem, bo jest to ogromne wydarzenie i przyciąga wiele osób, również spoza Polonii. Wstęp na festiwal kosztuje tylko $15, a w cenę wliczone jest całe wesołe miasteczko i karuzele dla dzieci. To niesamowicie atrakcyjna propozycja dla rodzin. W zeszłym roku w ciągu 5 dni festiwalu wzięło w nim udział 37 tys. osób.
Czy to była rekordowa frekwencja?
Tak, w zeszłym roku pobiliśmy rekord!
Czy na festiwal przyjeżdżają też osoby z daleka, z innych części kraju?
Tak, często spotykam osoby, które pokonały sporą odległość, aby uczestniczyć w naszym festiwalu. Myślę, że promocja w mediach społecznościowych też odgrywa tu ważną rolę. Przyjeżdża wiele osób z sąsiednich stanów jak New Jersey czy z Nowego Jorku, ale też z Nowej Anglii – z Connecticut, z Massachusetts, z Maryland, z Virginii, Waszyngtonu. Każdego roku na cały festiwal przyjeżdża też rodzina woluntariuszy z Północnej Karoliny. Są też osoby, które kiedyś mieszkały w Pensylwanii, a teraz przeprowadziły się do innych części kraju, ale tak koordynują swoje wizyty w Pensylwanii, odwiedziny u bliskich, aby wziąć udział w festiwalu.
Jeżeli ktoś nigdy nie był na festiwalu, co by Pani powiedziała, aby zachęcić takie osoby do wybrania się w pierwsze dwa weekendy września do Doylestown?
Nasz festiwal daje uczestnikom tyle radości! Jest tu mnóstwo atrakcji dla każdego. Na dwóch scenach przez 8 godzin każdego dnia realizowany jest program rozrywkowy z muzyką na żywo, do tańca, do słuchania, od muzyki amerykańskiej po polskie disco polo. Jest cała strefa dla dzieci łącznie z wesołym miasteczkiem. Ogromnym zainteresowaniem zawsze cieszy się polskie jedzenie, w tym roku uruchamiamy drugą budkę z pierogami, ponieważ cieszą się one największym zainteresowaniem, są gołąbki, kiełbaski, placki ziemniaczane… słodycze, lody. Mamy co roku też sporo wystawców z rękodziełem, lokalne firmy, w tym roku będzie chyba aż 50 takich stoisk. Ważnym elementem są też żywe lekcje historii pokazywane w namiocie Polish Living History przez rekonstruktorów odtwarzających czasy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Chcemy, aby poza rozrywką, jedzeniem i kuflem piwa festiwal ten przybliżał ludziom polską historię, kulturę i wartości – te wartości, które tu, w tej naszej świątyni na wzgórzu Beacon Hill w Doylestown, kultywujemy i zaszczepiamy w następnych pokoleniach na co dzień.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Darek Barcikowski


