Lubię wrzesień. Nie dlatego, że kończy się lato. Z tym akurat nigdy nie mogłam się pogodzić. Lubię go dlatego, że ma w sobie coś z nowego początku. Nie takiego spektakularnego jak styczeń, kiedy wszyscy obiecujemy sobie nowe życie, kupujemy piękne kalendarze i wierzymy, że od poniedziałku będziemy pić dwa litry wody dziennie.

Wrzesień jest spokojniejszy. Jakby mówił: „Dobrze, odpoczęłaś? To zobaczmy, co dalej”. I chyba właśnie dlatego co roku łapię się na tym, że zaczynam robić mały przegląd swojego życia. Nie rachunek sumienia. Raczej rachunek… przyzwyczajeń. Bo mam wrażenie, że po czterdziestce dzieje się z nami coś bardzo ciekawego. Powoli przestajemy być ciekawe. Nie świata. Siebie.
Zauważyłam to całkiem niedawno. Poszłam do restauracji i nawet nie spojrzałam do menu. Po co? Przecież wiem, co lubię. W kawiarni zamawiam to samo. Na zakupy jadę do tych samych sklepów. Na spacer najczęściej wybieram tę samą trasę. I nagle pomyślałam… Ile jeszcze rzeczy w moim życiu robię dlatego, że naprawdę je lubię, a ile tylko dlatego, że zawsze tak było? To wcale nie jest łatwe pytanie.
Bo przyzwyczajenia są bardzo sprytne. Nie wchodzą do naszego życia z hukiem. Rozgaszczają się po cichu. Najpierw wybierasz tę samą drogę, bo jest najszybsza. Potem tę samą restaurację, bo wiesz, że nie będzie rozczarowania. Aż któregoś dnia orientujesz się, że od dawna nic Cię już nie zaskoczyło. Nie dlatego, że świat przestał być ciekawy. Po prostu przestałaś go sprawdzać. Nie zrozum mnie źle. Lubię swoje rytuały. Lubię wiedzieć, gdzie robią dobrą kawę i gdzie zawsze dostanę chrupiące frytki. Nie namawiam nikogo do wywracania życia do góry nogami.
Mam tylko wrażenie, że czasem wygoda bardzo sprytnie przebiera się za szczęście. A to nie zawsze jest to samo. Kilka tygodni temu pojechałam drogą, którą zwykle omijam. Nie dlatego, że musiałam. Po prostu skręciłam w inną ulicę. I wiesz co? Odkryłam małą kawiarnię, której wcześniej nigdy nie zauważyłam. Pomyślałam wtedy, że to chyba całkiem dobra metafora życia. Ile takich miejsc, ludzi albo możliwości mijamy tylko dlatego, że od lat skręcamy w tę samą stronę?
Może właśnie dlatego lubię wrzesień. Bo nie zmusza do wielkich zmian. On tylko delikatnie przypomina, że zawsze można spróbować czegoś trochę inaczej.
Nie trzeba od razu zmieniać pracy. Przeprowadzać się. Zapisywać na pięć nowych kursów. Czasem wystarczy zamówić inne danie. Usiąść obok kogoś, z kim zwykle nie rozmawiasz. Przeczytać książkę, po którą normalnie byś nie sięgnęła. Albo powiedzieć „tak”, zanim odezwie się ta część głowy, która od razu odpowiada: „to chyba nie dla mnie”.
Bo mam przeczucie, że największą pułapką po czterdziestce nie jest wcale wiek. Jest przekonanie, że już wszystko o sobie wiemy. Że już wiemy, co lubimy. Czego nie lubimy. Na co nas stać. Kim jesteśmy. A przecież ludzie się zmieniają. My też. Może bardziej, niż nam się wydaje. Dlatego tej jesieni chcę zostawić sobie trochę miejsca na zaskoczenie. Na nowe smaki. Nowe rozmowy. Nowe miejsca. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że ciągle jestem odważna. Po prostu po to, żeby nie przestać być ciekawa.
Bo wydaje mi się, że ciekawość jest jednym z najpiękniejszych sposobów na pozostanie młodą. Nie w metryce. W głowie. A może nawet bardziej… w sercu.
Marta Zawadzka
Marta@succesinskirt.com
Certyfikowany life coach i mówca motywacyjny. Założycielka grupy Success in Skirt oraz Polish American Network, a także była prezenterka audycji „Bez Limitu”
Ten tekst nie stanowi porady i nie odzwierciedla poglądów redakcji.


