Strona głównaOpowiadania„Obudzone sny”

„Obudzone sny”

Ktoś mógłby wtedy powiedzieć: to chyba sen. POJECHAĆ DO AMERYKI! – to brzmiało jeszcze niebywale. Lecz naokoło działo się wtedy wiele rzeczy, do niedawna jeszcze niebywałych i ponoć niemożliwych. Nawet najbardziej zahukaną lub skorodowaną od przezornego nieużywania wyobraźnię – mogło ruszyć.

Był rok 1990. Otwarto drzwi. Wiał wiatr historii – jak to mówią. Zawiało nas wszystkich od tego przeciągu. Wszyscy byli zawiani. Wielka Amnestia dla Marzeń i Śmiałości. Namnożyło się Pragnień, Pomysłów, Odwagi-bez-Pamięci – że aż! W Polsce od z górą roku każdy, kto tylko chciał, mógł wreszcie mieć swój paszport u siebie w domu. I mówiono o Polsce, że „jesteśmy w końcu w swoim własnym domu”. Przedziwny był to dom. Dom, który wobec swoich mieszkańców otwiera w końcu wewnętrzne zamki i można wyjść na zewnątrz. Areszt domowy podczas święta wielkiego odpustu kar niezawinionych. A za bramą – świat, dotąd najpiękniejszy, bo nieosiągalny, idealny. Tam, dokąd wybiegałeś może czasem w marzeniach, tam teraz – mogłeś spróbować pójść naprawdę. Zrobiliśmy to bez zastanowienia, bo byliśmy przecież młodzi – i poniosło nas.

* * *

Wyjeżdżaliśmy dobrze po zmierzchu. Dwóch studentów filozofii na urlopie. Wśród nocnej ciszy i jakby chyłkiem wymykaliśmy z miasta naszej młodości. Plecy uginały się pod ciężarem plecaków. Ale chyba jeszcze bardziej ciążyło to milczenie.

Na peron wtoczył się pociąg. I ruszyła machina losu.

Zaparłem się w chwili, jakby tylko ona trwała odwiecznie i bez końca. Koła pociągu turkotały w ciemnej nocy. „Czas jest miarą ruchu względem tego co przedtem i potem” – zachichotała mi prosto w duszę definicja Filozofa. Niby nic się nie działo a jednak: czas niepostrzeżenie przemykał przez pozornie nieruchomą, gęstą ciemność nocy. – „Wrócę przecież – powtarzałem w sobie i do siebie. – Na pewno wrócę”.

 „Ameryka” – to słowo zachwiało się we mnie i upadło w pustkę. I jakby uszło z niego całe dotychczasowe, bardziej wymyślone niż realne życie, kropla po kropli, z każdą chwilą coraz mniej było w nim tego znaczenia, jakie dotychczas w nim widziałem, a nowe, uaktualnione, miało się tam dopiero pojawić. Lecz jeszcze nie teraz. Słowo jakby opustoszało i było tylko pustym dźwiękiem – w oczekiwaniu na sens.

To nie był zwykły pociąg. To był pociąg ostatni. Był 2 października 1990: według poczynionych wcześniej i znanych już powszechnie planów, Niemieckiej Republice Demokratycznej zostało wtedy zaledwie kilkanaście godzin życia, a uroczystości pośmiertne miały być świętem radosnym i ustalono je na godzinę dwunastą w nocy. Od następnego dnia Niemcy miały znowu, po latach zimnej wojny a potem oziębłego pokoju, stać się na powrót jednością: ein Volk, ein Land... Oto nadchodził dla nich dzień, który tak długo był niemożliwy. To, co wyglądało jak sen – działo się naprawdę. Jedni cieszyli się, inni – mniej. A my w tym ich śnie znaleźliśmy się jakby przez zupełny przypadek tylko – bo po drodze jedynie. I trochę jak pasażerowie na gapę.

* * *

Aż wreszcie, gdy najpierw Berlin a potem Londyn już minął w nas, wylądowaliśmy. Zanim jednak definitywnie wkroczyliśmy do Ameryki, musieliśmy jeszcze odpowiedzieć na kilka pytań urzędników z Immigration Office. „To zwykła formalność, nie macie się czego bać” – zapewniali nas w liście ci dwaj, którzy mieli to już za sobą – „Jak spytają w jakim celu – turystycznie. Co macie w plecakach – tylko rzeczy osobiste i drobne upominki (warte nie więcej niż 10 $), dla znajomych. A gdzie zamierzacie się zatrzymać w Nowym Jorku – tu przesyłamy wam adres, który macie wtedy podać. O nic więcej pytać nie powinni”. Faktycznie, mieli rację: zwykła formalność, bez wyrazu i dramaturgii. Kiedy egzotycznie czarna (na nasze oko – wtedy) i jeszcze bardziej egzotycznie tutejsza urzędniczka zapytała świeżo przybyłych na Marsa, gdzie dokładnie zamierzają się tu zatrzymać – znaliśmy odzew.

I przeszliśmy przez drzwi.

Na progu Ameryki powitali nas i przejęli znajomi znajomych. Pod ich przewodnictwem ruszyliśmy na spotkanie konkretu – z pustym słowem „Ameryka” w głowie, gotowi na wypełnienie. Autobus, Coca Cola, autostrada, miasto, potem tunel. Wysiadka. Kolorowi ludzie i kolorowe sklepy, potem znowu tunel…

– Macie, to są tokeny. No, żetony. Na sabłej. No, metro…

Po kamiennych schodach w dół, krok za krokiem. Potem tokena do dziurki, automatyczny cerber łyka przysmak i popuszcza zacisk swoich metalowych łap: „Wchodzący tutaj…” Usłyszałem na plecach ciche kłapnięcie: token zjedzony, cerber znowu głodny i sztywny. Za mną ktoś wrzuca mu kolejny magiczny krążek i machina znowu mięknie. I tak przechodzimy, jeden za drugim. Wtem obok nas, karmiących maszynę bardzo przepisowo, przeskakuje ponad nią czereda młodzieniaszków nieuroczych w czapkach na odwrót – stali bywalcy piekieł – którzy natychmiast nikną nam z oczu w wagoniku kolejki. Maszyna nie protestuje. Człowiek siedzący w kuloodpornej budce i sprzedający tokeny praworządnym pasażerom też jakby nie zwrócił na to uwagi.

– To portorykosi. Skipują sabłej. A facet w tokeniarni nie wyjdzie przecież; tam, gdzie siedzi, jest bezpieczny, zaryglowany od środka, za kuloodporną szybą. Robi swoje i ani myśli nadstawiać dupy, bo i po co. To już nie jego biznes. Za to płacą policji.

– O, to nasz. Wsiadamy.

Jedziemy kilka stacji. I wysiadamy. Po kamiennych schodach w górę, krok za krokiem, na powierzchnię.

– To jest Brooklyn. Tu na razie mieszkacie. Wasi wrócili już chyba z pracy. Czekają na was na górze.

Ulica zalana słońcem. I obłożona śmieciami, na ogół zapakowanymi w czarne foliowe worki rzucane pod ściany budynków na wielką kupę tego, czego Nowy Jork już nie potrzebuje. Tu i ówdzie walają się też śmieci w detalu. Nie widać stąd ani Statuy Wolności ani drapaczy chmur. Za naszymi przewodnikami dochodzimy do sześciopiętrowej kamienicy z burej cegły: „tu na razie się zatrzymacie”. Brama wejściowa do klatki schodowej cofnięta nieco pomiędzy dwoma kolumnami zwieńczonymi trójkątnym tympanonem i z drzwiami przeszklonymi, zapewne piękna – może pięćdziesiąt lat temu. Na bramie sprayem nabazgrany numer: 156, podstawy kolumn ukryte pod stertą czarnych foliowych worków. Znaczy, że jest tu życie, bo jest przemiana materii. Osiągamy szczyty – szóste piętro, ostatnie, na piechotę, bo nie ma tu windy, krok za krokiem, pomiędzy śniadymi i umorusanymi berbeciami paplającymi po hiszpańsku.

Chłopaki faktycznie już po pracy. Jesteśmy w komplecie: kwartet – który jeszcze nie wie, co tu będzie grane. Witają nas od progu i prowadzą na pokoje. Cały ten nowojorski apartment to pasaż sypialno-mieszkaniowy: pokoik, przechodni przedpokój, potem przechodnia kuchnia, potem następny przechodni pokój, a za nim jeszcze jeden – z wyjściem na schody przeciwpożarowe, czyli na nowojorski „balkon i drabinę w jednym”: fajerstepsy. Łazienka nieprzechodnia. Całość urządzona w stylu eklektyczno-zbierackim. „Tu wszystko można znaleźć na ulicy, używane, ale jeszcze można poużywać: materac, radio, szafkę, telewizor” (o pieniądzach – ani słowa). Siadamy na materacu, używanym.

– Macie. Piwo. Heineken, taki jak w Holandii…

– O, a tam, za oknem, widzicie? To Empire State Building… – (Dość daleko, ale… w zasięgu wzroku jednak – widać…).

– Sorry, że nie mogliśmy po was wyjechać na lotnisko, ale byliśmy w robocie. Harówa, ale trzy i pół stówy na tydzień jest…

– Jak podróż? – (Słaby znak zapytania).

– Widzieliśmy, jak jednoczyli się Niemcy… – (Niepewnie).

Dopiero teraz czuję, jaki jestem zmęczony. Czyżby to miało znaczyć, że w końcu jestem w domu? Zmęczenie nasila się, oczy same zamykają się nad zielonym szkłem powitalnego Heinekena. A za oknem – słoneczny dzień; jak w środku sierpnia, choć przecież oni tutaj też mają teraz październik. Jesień – ale już nie ta polska.

– Którą macie godzinę? – pytam.

– Po czwartej.

Spoglądam na nadgarstek.

– A u mnie dziesiąta. – (Rano czy wieczorem?).

– O, masz jeszcze, bracie, stary czas.

 (Oto zaczyna się dla mnie czas zupełnie nowy).

– ŁEL-KOM-TU-NJU-JORK.

Potrzebuję snu. Dużo snu.

marcin pieczyrak


marcin pieczyrak – po studiach filozoficznych nie pracuje zarobkowo jako filozof, podobnie jak po studiach dziennikarskich jako dziennikarz – też nie. Jako autor pisze we własnym imieniu i na własny rachunek. Ma – jak dzisiaj już chyba każdy – swój profil na fb, naturalnie. Opowiadanie „Obudzone sny” stanowi modyfikację początkowego fragmentu książki „N.Y.C. W innym Mieście” – napisanej z pamięci po rocznym pobycie tam i życiu między Brooklynem a Manhattanem (1990/1991). Mieszkał w Gliwicach, mieszka w Rzeszowie.

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane