W przededniu 100-lecia powstania Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku „Biały Orzeł” rozmawia z Markiem Skulimowskim, prezesem i dyrektorem wykonawczym tej instytucji.

„Biały Orzeł”: Od czasu naszej ostatniej rozmowy minął równo rok. Za chwilę święta Bożego Narodzenia, tak więc można pokusić się już o podsumowanie 2024 roku. Jaki to był czas dla Fundacji?
Prezes Fundacji Kościuszkowskiej Marek Skulimowski: Z pewnością był to bardzo pomyślny rok dla naszej organizacji. Rok fiskalny zakończył się w czerwcu, dlatego też podsumowując finanse, to zgodnie z przewidywaniami wydaliśmy przez cały rok na działalność programową, w tym głównie na stypendia, rekordową sumę, gdyż blisko 2 miliony dolarów. Jak jeszcze parę lat temu podawaliśmy, że wydajemy milion dolarów na nasze koszty programowe, to obecnie kwota ta uległa podwojeniu. Wszystko to oczywiście dzięki naszym członkom i darczyńcom, którzy zapewniają regularne wpływy na cele statutowe Fundacji. To jest zresztą główny kierunek naszego rozwoju, aby oferować jak największą liczbę stypendiów zwłaszcza dla studentów w Stanach Zjednoczonych oraz aby tworzyć i rozwijać jak największą liczbę programów polskich na amerykańskich uniwersytetach i college’ach.
Fundacja wspiera wiele takich programów?
W tej chwili istnieją już takie programy chociażby na Brown University, University of Carolina, Daemen University, Hunter College czy też Canisius College. Niestety uczelnie nie mają funduszy na taką działalności i nasza pomoc w tym zakresie jest niezbędna, jeśli chcemy, aby nauka języka polskiego była dostępna dla zainteresowanych studentów. Chcielibyśmy oczywiście zwiększyć nasz zakres działania pod względem geograficznym, dlatego też prowadzimy obecnie rozmowy z uczelniami również w innych stanach. To pokazuje, że cały czas zwiększamy naszą ofertę programową i nieustannie się rozwijamy.
Programy edukacyjne to od zawsze główny obszar działalności Fundacji Kościuszkowskiej…
To prawda i na nie również dostajemy największe środki od naszych darczyńców. Jeden z najstarszych i najbardziej znanych programów to Exchange to the US, czyli program dla polskich naukowców przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych. Mamy też fundusze dla amerykańskich studentów i naukowców, którzy chcieliby spędzić semestr lub rok akademicki na polskich uczelniach. Największy lokalny program to Tuition Scholarships, czyli program wspierania polonijnych studentów, który pomaga im w opłaceniu czesnego na amerykańskich uczelniach, gdyż kwoty te są zazwyczaj bardzo duże. Co roku wspieramy tutaj od 120 do 150 studentów w większości będących już na studiach magisterskich. Każdy z młodych Amerykanów polskiego pochodzenia otrzymuje od nas od 3 do 12 tysięcy dolarów. Dla wielu z nich jest to naprawdę duże wsparcie.
Dynamicznie rozwijającym się programem realizowanym przez Fundację Kościuszkowską w Polsce jest Teaching English in Poland.
Tak. W tym roku mieliśmy rekordową liczbę 9 obozów w kraju, w których wzięło udział 700 studentów, w tym blisko 200 z Ukrainy. To jeden z naszych sztandarowych programów w Polsce, koordynowany głównie przez nasze biuro w Warszawie i Fundację Kościuszkowską Polska. Myślę, że miarą naszego rozwoju jest również to, że kiedy przyszedłem do Fundacji 8 lat temu, w grudniu 2016 roku, to mieliśmy w Warszawie jedną osobę zatrudnioną na pół etatu, a obecnie są to 4 pełne etaty i myślę, że to jeszcze nie koniec. To pokazuje jak bardzo w ciągu ostatnich kilku lat zwiększyliśmy naszą obecność w Polsce. W kraju realizujemy też mniejsze programy, na przykład Summer Studies, program skierowany do mieszkających w Stanach studentów m.in. z polskich rodzin, którzy chcieliby poprawić swoją znajomość języka polskiego. Oferujemy im możliwość wyjazdu na kilka tygodni do Polski i uczestniczenie w zajęciach na Uniwersytecie Jagiellońskim lub Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, co wiąże się również ze zwiedzaniem kraju ich przodków i poznawaniem jego kultury, gdyż w programie zawarty jest spory komponent turystyczny. Powyżej wymieniłem nasze najważniejsze programy, ale tych pomniejszych również jest spora ilość i praktycznie co chwilę dostajemy jakieś propozycje współpracy i realizujemy różne inne inicjatywy, w tym wiele kulturalnych, co chyba należy potraktować jako odrębny rodzaj działalności Fundacji.

Z pewnością. Trudno wręcz oprzeć się wrażeniu, że w kończącym się właśnie roku liczba wydarzeń zorganizowanych przez Fundację była wyjątkowo imponująca…
Zawsze tych wydarzeń jest bardzo wiele, ale ten rok rzeczywiście był wyjątkowy. Na pewno związane było to ze świadomą strategią Fundacji, aby zaangażować w jej działalność jak największą grupę przedstawicieli różnych środowisk polonijnych. Stąd organizacja nie tylko różnorodnych koncertów, ale na przykład również spotkań dla przyszłych liderów Polonii. Nie wykluczamy w najbliższej przyszłości organizacji konferencji ekonomicznych czy też innych większych lub mniejszych wydarzeń o charakterze biznesowym. Będziemy starali się intensywniej współpracować z różnymi klubami polskimi działającymi na amerykańskich uniwersytetach. Moim celem jest, aby oferta Fundacji była adresowana do wszystkich, czyli aby każdy – nie tylko miłośnik opery czy też muzyki poważnej – mógł w gościnnych progach naszej organizacji znaleźć coś interesującego dla siebie.
Fundacja pierwotne środki na swoją działalność pozyskuje z jednorazowych donacji i regularnych opłat członkowskich, czyli z tak zwanego membership?
Dokładnie. Przy czym wszystkie fundusze, czy to z członkostwa, czy przekazywane jednorazowo traktujemy jako donacje. Chciałbym podkreślić, że osoby płacące co roku składki są dla nas bardzo ważne, bo to są tak zwani loyalist, czyli nasi najbardziej lojalni członkowie, którym jesteśmy wdzięczni za to, że są z Fundacją od wielu lat, niekiedy nawet od kilkudziesięciu. Osoby te często korzystają z naszych programów, a jeśli nie mogą być na miejscu, to uczestniczą w webinarach. Na ogół interesują się również na bieżąco działalnością Fundacji i dość często na pewnym etapie życia podejmują decyzję, aby nas wesprzeć większą sumą. Siłę organizacji mierzy się liczbą osób stale ją wspierających, a siłę grupy etnicznej siłą identyfikujących się z nią organizacji, które prężnie działają promując nasze dziedzictwo, ale także zabierając głos w ważnych sprawach społecznych.
Ostatnio Fundacja wprowadziła zmiany w opłatach za membership?
Tak. Zaledwie przed miesiącem wprowadziliśmy tak zwane członkostwo rodzinne (Family Membership) polegające na tym, że obecnie można wykupić jednorazowy pakiet od razu na całą rodzinę zamiast na poszczególnych jej członków. Wprowadziliśmy też kilka pakietów członkowskich dla firm (Business Membership), gdyż istniało zapotrzebowanie, aby biznesy mogły zostać członkami naszej organizacji, a nie tylko jak do tej pory wyłącznie osoby fizyczne. Wprowadziliśmy także Lifetime Membership.
Wracając jednak do kwestii związanych z kulturą, to nie sposób nie odnotować doniosłego wydarzenia, jakim było zorganizowanie w maju 2024 roku pierwszej edycji KF Washington DC Polish Film Festiwal, czyli Festiwalu Filmów Polskich w Waszyngtonie. Impreza ta okazała się olbrzymim sukcesem…
To był pomysł Centrum Kulturalnego Fundacji w Waszyngtonie, którym kieruje dyrektor Barbara Bernhardt. To był absolutny strzał w dziesiątkę. Okazało się, że polski film jest bardzo ceniony i na festiwalu zjawił się tłum gości. Chociaż nie ukrywam, że na początku mieliśmy spore obawy, czy taka inicjatywa akurat w Waszyngtonie, dość technokratycznym środowisku, odniesie sukces. Udało się i wszystko przebiegło powyżej naszych oczekiwań, więc obecnie planujemy drugą edycję Festiwalu, który odbędzie się troszkę wcześniej, bo w marcu 2025 roku. Pracujemy obecnie nad listą gości ze świata filmu. Nie wykluczam, że w przyszłości zorganizujemy podobne wydarzenia również i w innych miejscach w bardziej kameralnych klimatach, na przykład w formie różnych pokazów filmowych czy też spotkań z twórcami. Zresztą to już się właściwie dzieje. W listopadzie odbył się przegląd filmowy w Denver organizowany przez nasz tamtejszy chapter, czyli regionalny oddział Fundacji.
Jeśli jesteśmy już przy tzw. chapters Fundacji, to w tym roku powstały dwa takie oddziały na Florydzie i w Michigan. Jak sobie radzą?
Bez przesady mogę stwierdzić, że fenomenalnie. Bardzo doceniam tę świeżą energię u ludzi, którzy tam działają. Widziałem się z nimi niedawno. Są pełni entuzjazmu i mają wiele planów na najbliższe miesiące i lata. Ich pomysłowość i energia są wręcz niespożyte. Jestem pełen podziwu. Na początku pomysł utworzenia lokalnych grup wolontariuszy działających w ramach misji Fundacji, a zwanych przez nas chapters, mógł się wydawać nieco przestarzały, ale rzeczywistość pokazała, że jest inaczej. Takie grupy okazały się dla nas dużym wsparciem, ciągle się rozwijają i organizują wiele wydarzeń. Staram się uczestniczyć przynajmniej w tych najważniejszych, bo oczywiście czasowo nie jestem w stanie być na wszystkich.
W tym roku na jesieni Fundacja Kościuszkowska zorganizowała również kolejną edycję konkursu wokalnego im. Marcelli Sembrich, gdzie swoje nieprzeciętne umiejętności zaprezentowali soliści operowi…
Tak i to było drugie najważniejsze w tym roku wydarzenie, zaraz po Festiwalu Filmowym. Konkurs ten organizujemy co 3 lata, z małym przesunięciem ze względu na pandemię. W tym roku odnotowaliśmy bardzo duży wzrost zainteresowania zarówno ze strony publiczności, jak i samych uczestników, których zgłosiła się rekordowa ilość, otrzymaliśmy bowiem blisko 120 zgłoszeń. Sam poziom konkursu był bardzo wysoki, co podkreślali wszyscy obecni, zarówno spośród publiczność, jak i osoby zasiadające w jury. To pozwala nam na planowanie kolejnych edycji tej imprezy, gdyż również i w tym przypadku zastanawialiśmy się, czy ta formuła sprawdzi się w przyszłości. Teraz nie mamy już żadnych wątpliwości, gdyż wszystko zagrało znakomicie. Udało się ściągnąć wspaniałych jurorów, bardzo zdolnych artystów i cudowną, obeznaną ze sztuką operową, publiczność.
Można się spodziewać, że tych wszystkich wydarzeń w przyszłym roku będzie jeszcze więcej. Już za kilka tygodni bowiem początek 2025 roku, a, co za tym idzie, Fundacja Kościuszkowska rozpoczyna setny rok swojego istnienia…
Dokładnie. Niebawem wchodzimy w jubileuszowy, setny rok funkcjonowania Fundacji, która powstała w 1925 roku. Obchody rocznicowe oczywiście nie będą polegać na tym, że przez cały rok będziemy tylko bawić się i imprezować, gdyż nie taka jest nasza misja i oczekiwania członków, ale z pewnością doroczny bal Fundacji będzie jednym z ważniejszych przyszłorocznych wydarzeń podkreślających tę podniosłą rocznicę. Bal, który nazwaliśmy Balem Stulecia, planowany jest na sobotę, 26 kwietnia, a odbędzie się podobnie jak i w latach poprzednich w eleganckim Plaza Hotel na Manhattanie. W tej chwili pracujemy nad szczegółowym programem tego wydarzenia. Dodatkowo w październiku, aby docenić naszych stypendystów i partnerów w Polsce, planujemy również organizację gali w Warszawie. To największe wydarzenia, ale będzie również wiele innych pomniejszych. W związku z jubileuszem planujemy między innymi wydanie publikacji honorujących stuletnią działalność Fundacji, a także zorganizowanie szeregu spotkań i konferencji prezentujących Fundację, jej działalność i dokonania. Chcielibyśmy przedstawić, być może w formie wywiadów, sylwetki powszechnie znanych i podziwianych stypendystów Fundacji. A na przestrzeni 100 lat takich osób było bardzo wiele. Planujemy także wydanie albumu o naszej bogatej kolekcji dzieł sztuki, która znacznie się powiększyła od czasu wydania ostatniego albumu blisko 30 lat temu. Przy tym wszystkim nie zapominamy o naszym najważniejszym celu związanym z jubileuszem, czyli zbieraniu funduszy na nasze programy stypendialne. Mamy bardzo ambitny plan, aby w ciągu najbliższych kilku lat, w ramach kampanii 100-lecia Fundacji, zebrać 20 milionów dolarów. Jestem optymistą i wierzę, że ten cel uda się zrealizować.
Jak w tej chwili wygląda działalność Fundacji w związku z trwającą już blisko 3 lata wojną w Ukrainie?
Działalność Fundacji związana w jakikolwiek sposób z wojną w Ukrainie jest wprost proporcjonalna do środków, jakie są przekazywane na ten cel. Obecnie tych funduszy jest niewiele. W przeciągu ostatnich miesięcy otrzymaliśmy zaledwie kilka tysięcy dolarów. Wcześniej, co wspominałem w poprzedniej naszej rozmowie, zebraliśmy blisko 2 mln dolarów, które wydawaliśmy sukcesywnie i już tak naprawdę niewiele z tej kwoty zostało. Ciągle wspieramy takie inicjatywy jak organizacja letnich obozów dla dzieci z Ukrainy. W tym roku na 5 takich obozów zaprosiliśmy blisko 200 ukraińskich uczniów, zarówno tych mieszkających w Polsce, jak i z samej Ukrainy. Dzięki temu dzieci te mogły spędzić bezpiecznie dwa tygodnie z dala od wojny, integrując się ze swymi rówieśnikami z Polski i ucząc się jednocześnie języka angielskiego, a przy okazji polskiego. Ponadto wspólnie z dwoma fundacjami z Polski (Fundacja Folkowisko oraz SOS Wioski Dziecięce) zorganizowaliśmy 7 obozów terapeutycznych dla ukraińskich sierot i półsierot, czyli dla dzieci, których rodzice polegli, zaginęli lub znaleźli się w rosyjskiej niewoli. W obozach tych wzięło udział około 440 osób, licząc zarówno dzieci, jak ich opiekunów – głównie matki. Zarówno dzieciom, jak i samotnym matkom, zapewniliśmy również opiekę psychologiczną, gdyż często były to osoby po bardzo traumatycznych przeżyciach i takie wsparcie było dla nich niezbędne. Chciałbym podkreślić, że my jako Fundacja jesteśmy zawsze otwarci i gotowi, jeśli ktokolwiek chce pomóc Ukrainie. Znamy teren, mamy kontakty i sprawdzonych partnerów zarówno w Polsce, jak i po drugiej stronie granicy.
Zgodnie z Pana wcześniejszymi przewidywaniami wojna ta ciągle trwa i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy się zakończy. Jako osoba dobrze zaznajomiona z sytuacją na miejscu i często bywająca w Ukrainie jak ocenia Pan obecną sytuację na froncie?
Myślę, że jesteśmy w dość przełomowym momencie. Z wielu powodów. Na pewno obrona ukraińska nie jest w rozsypce, chociaż rzeczywiście nie radzi sobie tak dobrze jak jeszcze kilka miesięcy temu. Ponosząc ogromne straty Rosjanie powoli posuwają się do przodu. Na obecną chwilę nie zajęli jednak nawet Donbasu, czyli w ich założeniu celu minimum. Pamiętajmy, że głównym celem na początku wojny, czyli w lutym 2022 roku, było zajęcie całej Ukrainy. Często się o tym pierwotnym celu nie pamięta, patrząc na obecne postępy Rosjan. Ja staram się spojrzeć na to z drugiej strony. Fakt, że Ukraina po równo 1000 dniach wojny ciągle istnieje, toczy walkę z drugą co do wielkości armią świata i tylko 20% jej terytorium zostało zajęte, można uznać za jej wygraną. Niestety koszt ludzki, jaki ponosi Ukraina, jest olbrzymi i po jej stronie widać już trudności w zabezpieczeniu wystarczającej liczby żołnierzy. Coraz trudniej uszczelnić Ukraińcom linię frontu, który liczy przecież ponad tysiąc kilometrów. Reasumując, w mojej ocenie, na pewno na obecnym etapie wojny jesteśmy bliżej negocjacji niż jeszcze rok temu. Być może nastąpią one w 2025 roku. Obecnie nie wiemy jeszcze też, jaki będzie tak naprawdę stosunek nowej administracji amerykańskiej do wojny, bo to, co działo się podczas kampanii wyborczej i słowa, które tam padały, trudno uznać za miarodajne. Najważniejsze będą konkretne decyzje, które zapadną już po zaprzysiężeniu na prezydenta Donalda Trumpa. Trudno raczej się spodziewać, że przez kolejne niecałe dwa miesiące prezydent Joe Biden, jako tak zwany „lame duck”, będzie w stanie wpłynąć tutaj znacząco na sytuację. Jego ostatnia decyzja o użyciu rakiet do 300 km tak naprawdę niewiele zmienia, być może poprawi jedynie nieznacznie sytuację na wybranych odcinkach frontu. To, jak szybko Rosjanie będą skłonni usiąść do negocjacji, zależy od kilku najbliższych tygodni czy miesięcy. Jeśli w tym czasie będą oni odnosić coraz większe sukcesy i nie pojawi się żaden mocny argument, który ich zatrzyma, to raczej nie będą zainteresowani negocjacjami. Dlatego musimy poczekać na pierwsze ruchy nowej administracji Donalda Trumpa.

Miał Pan okazję być w Ukrainie wiele razy podczas tej wojny, ostatni raz we wrześniu tego roku. Jaki był cel tej wizyty i jakie wrażenia jej towarzyszyły?
Wraz z zaprzyjaźnionymi osobami z Fundacji Folkowisko udałem się do Winnicy i dotarliśmy do tego miasta w tym samym dniu, kiedy rosyjskie rakiety spadły na Lwów. Winnica znajduje się 700 km od polskiej granicy i była miejscem najdalej wysuniętym na wschód, w którym kiedykolwiek byłem na Ukrainie. Zostaliśmy tam zaproszeni przez gubernatora regionu winnickiego, a sama wizyta miała na celu rozpoznanie miejscowych potrzeb. Już wcześniej Fundacja Folkowisko, z którą od lat współpracujemy, dostarczała tam wiele artykułów pierwszej pomocy. Winnica jest blisko 400-tysięcznym miastem dość dobrze chronionym, ponieważ są tam szpitale dla weteranów, dlatego też nie odczuwaliśmy na miejscu jakiegoś większego zagrożenia. Mieliśmy okazję również odwiedzić polską szkołę w miejscowości Bar, kilkunastotysięcznym mieście, które znane jest z zawiązania Konfederacji Barskiej. Placówka działa bardzo prężnie, a w okolicach Baru mieszka kilkaset polskich rodzin. To, co najbardziej poruszające, to ogromna liczba osób chętnych do nauki języka polskiego w całym regionie. Jednym z postulatów przedstawicieli lokalnych władz oświatowych, z którymi mieliśmy okazję się spotkać, było to, aby zwiększyć liczbę nauczycieli języka polskiego. Staramy się zainteresować tym tematem władze w Polsce, bo leży to przede wszystkim w ich gestii. Tym bardziej, że sprawa ta dotyczy praktycznie całej Ukrainy, gdyż wielu nauczycieli języka polskiego po wybuchu wojny wyjechało do Polski. Sytuacja jest taka, że polski staje się drugim po angielskim językiem obcym, którego Ukraińcy chcą się uczyć. To może tylko cieszyć. Niektórzy mogą pomyśleć, że dzieje się tak dlatego, że Ukraińcy chcą wyjechać do Polski. Moim zdaniem niekoniecznie. My też uczyliśmy się języka angielskiego w Polsce w latach 90. nie tylko po to, aby wyjechać z kraju. Dlatego mamy teraz dobrze wykształcone kadry, a prawie każdy młody człowiek mówi po angielsku. Moim zdaniem istnieje w tej chwili ogromna szansa na stworzenie na Ukrainie pewnego systemu nauczania języka polskiego. W tym celu należałoby wyszkolić ukraińskich nauczycieli, którzy mogliby języka polskiego nauczać najpierw w szkołach podstawowych, a później w średnich. A wraz z językiem przekazuje się przecież pewne wartości demokratyczne i kulturowe, które ważne są dla danego kraju. Warto byłoby nie zaprzepaścić tej dziejowej szansy, tym bardziej że Ukraińcy sami zgłaszają takie zapotrzebowanie.
3 grudnia w Bibliotece Narodowej w Warszawie została wręczona Nagroda „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia. To wyjątkowe wyróżnienie honorujące osoby, które cechuje troska o sprawy publiczne, umacnianie pozycji Polski w Europie oraz pogłębianie dialogu między narodami Europy środkowo-wschodniej. Znalazł się Pan w gronie 10 osób nominowanych do tej nagrody. Jak potraktował Pan to wyróżnienie?
O tej nominacji dowiedziałem się od kolegi pracującego w jednym z wydawnictw i już sam fakt nominacji jest dla mnie dużym zaskoczeniem, gdyż wcześniej niewiele wiedziałem o tej nagrodzie. Przede wszystkim traktuję to jako dowód wsparcia i uznania dla całego naszego zespołu i Rady Powierników Fundacji Kościuszkowskiej. Nie odbieram więc tego wyłącznie indywidualnie, ale patrząc na nazwiska dotychczasowych nagrodzonych i obecnych nominatów, czuję się absolutnie zaszczycony, że znalazłem się w tym zacnym gronie i że ktoś docenił działalność Fundacji. To również dobra okazja, aby w tym miejscu podziękować tym wszystkim, którzy kiedykolwiek wsparli nas zwłaszcza w kwestii pomocy Ukrainie. To wyróżnienie jest również i dla nich.
Gratuluję nominacji i dziękuję za rozmowę. A ponieważ już za chwilę święta Bożego Narodzenia i nowy rok, to w imieniu redakcji „Białego Orła” życzę władzom i członkom Fundacji Kościuszkowskiej spokojnych świąt, wspaniałego jubileuszowego 2025 roku i wielu kolejnych udanych projektów i wydarzeń.
Dziękuję za życzenia. Ja ze swojej strony i w imieniu Rady Fundacji życzę Polonii, w tym członkom Fundacji Kościuszkowskiej, przede wszystkim zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego nowego roku, a redakcji „Białego Orła” wielu oddanych czytelników.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Marcin Żurawicz



