Europą wstrząsnął wypadek autokaru na Węgrzech, w którym zginęło 12 Polaków, a wielu zostało poważnie rannych. Wszyscy wracali do kraju z pielgrzymki do Medziugorie w Bośni i Hercegowinie.

Do tragedii doszło w niedzielę, 16 sierpnia, w nocy (ok. godziny 1.20) na węgierskiej autostradzie M3. Autokar zmierzał w kierunku miasta Nyiregyhaza na wschodzie Węgier – w okolicy miejscowości Mezokeresztes wypadł z drogi i przewrócił się na bok. Na miejscu zginęło 12 osób, 10 pasażerów znalazło się w ciężkim stanie, a 37 pielgrzymów odniosło obrażenia. Wszyscy pochodzili głównie z województwa podkarpackiego.
Ranne osoby wróciły do Polski, najciężej poszkodowani trafili do rzeszowskich szpitali. Na ostatni tydzień sierpnia planowano sprowadzenie do kraju zwłok 12 ofiar. – Wszystkie osoby, które zginęły w wypadku na Węgrzech, zostały zidentyfikowane – przekazała wojewoda podkarpacka Teresa Kubas-Hul. Wśród ofiar nie ma osób nieletnich.
62-letni Robert M., kierowca autokaru, przebywa w węgierskim areszcie pod zarzutem nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego skutkującego śmiercią wielu osób. Adwokat zatrzymanego wydał oświadczenie w imieniu klienta. Głęboko poruszony kierowca autobusu złożył kondolencje osobom poszkodowanym oraz ich bliskim.
Pielgrzymi dobrze znali i lubili kierowcę autokaru. – Robert ma 40-letnie doświadczenie. Był na wcześniejszej emeryturze. Jest wdowcem, mieszka sam. Ten autokar był do niego przypisany. Dbał o niego jak o własny samochód. Nieraz przyjeżdżał do firmy i go pucował – mówił w rozmowie z „faktem” szef firmy „Michael”, do której należał pojazd.
opr. tom



