Strona głównaDziałySylwetki25-letni Polak Tomasz Sobania planuje w 2024 roku przebiec Amerykę wszerz

25-letni Polak Tomasz Sobania planuje w 2024 roku przebiec Amerykę wszerz

Panieńskie nazwisko mojej mamy jest takie samo jak księdza, który w połowie dziewiętnastego wieku założył w Teksasie polską osadę. Zamieszkali ją emigranci ze Śląska, z którego pochodzi moja rodzina – mówi Tomasz Sobania, biegacz, podróżnik, pisarz, student pedagogiki z resocjalizacją. 25-latek mimo młodego wieku ma na swoim koncie sporo sportowych sukcesów, a jeszcze więcej planów. Jednym z nich jest przebiegnięcie Stanów Zjednoczonych wszerz – od Atlantyku do Pacyfiku. W rozmowie z „Białym Orłem” zdradza szczegóły tego przedsięwzięcia.

Tomasz Sobania przebiegł już tysiące kilometrów i zwiedził blisko trzydzieści krajów. Fot. Tomasz Sobania/facebook

„Biały Orzeł”: Nie wiem, gdzie teraz jesteś, ale wiem, że byłeś w Nowym Jorku podczas maratonu nowojorskiego, który miał miejsce w listopadzie. Pobiegłeś?

Tomasz Sobania: Tym razem kibicowałem. Byłem też w konsulacie, gdzie gościli maratończycy. W styczniu odbędzie sią tam spotkanie ze mną.

O czym będziesz opowiadał?

O moich pasjach, o planach na nowy rok, przede wszystkim o biegu wszerz Stanów Zjednoczonych. Mam nadzieję, że rzecz będzie interesująca, a przy okazji uda się pozyskać sponsorów, bo przede mną największe wyzwanie w życiu.

Bardzo kosztowne?

Wychodzi, że budżet całego przedsięwzięcia wyniesie prawie 250 tysięcy dolarów.

Uff, trochę dużo.

Dużo, bo chodzi nie tylko o mnie. Będę potrzebował kilku osób. Konieczny będzie wynajem lub kupno kampera, więc bez kierowcy się nie obejdzie. Poza tym fizjoterapeuta, osoby do filmowania, robienia zdjęć. Jeśli dodamy paliwo i inne koszty, to wychodzi coś koło ćwierć miliona dolarów.

Ile wyniesie dystans biegu?

Sześć tysięcy trzysta kilometrów, czyli cztery tysiące mil. Chciałbym rzecz połączyć z akcją charytatywną, sztafetą na rzecz osób z autyzmem. A przy okazji promować Polskę, więc będzie biało-czerwona flaga, koszulka z orzełkiem. Jak to dobrze rozreklamuję, to liczę, że w wielu miastach ludzie będą się do mnie przyłączać i biec jak z Forrestem Gumpem.

W jakim czasie planujesz pokonać dystans?

Pół roku. Codziennie chciałbym zaliczać maratońskie 42 kilometry. Dodaję sobie do wszystkiego jeszcze dwadzieścia dni zapasu.

Fot. Tomasz Sobania/facebook

Daleko do zamknięcia budżetu biegu?

Na razie tak. Myślę o stronie w internecie, na której chętne osoby mogłyby sponsorować jedną milę biegu. Poza tym jeżdżę po Stanach, mam kolejne spotkania, szukam darczyńców, pomaga mi Polonia. W tej chwili jestem w El Paso, gdzie mieszkam u sympatycznej pani Bogumiły. Potem będzie Miami, Chicago, wspomniany Nowy Jork i tak dalej.

Czasy są ciężkie, niepewne, mamy inflację? Ludzie chcą pomagać?

Mam do nich szczęście. W Lizbonie nawiązałem kontakt ze SPATA – organizacją zrzeszającą polonijne biura podróży w USA. Od tej pory spotkało mnie wiele dobrych rzeczy. Jeszcze kilka miesięcy temu nie znałem w Stanach prawie nikogo, teraz mam tłum znajomych, ludzi serdecznych. To dodaje sił.

W internecie niby wszystko jest, ale na pewno nie ma nic o twoim pierwszym biegu w życiu.

Było to w moim rodzinnym Toszku na Śląsku, gdzie odbył się bieg o Złotą Kaczkę. Miałem 16 lat, dystans wynosił 8 kilometrów. Zrobiłem dobry czas i złapałem bakcyla. Najpierw trenowałem sam, potem trafiłem do sekcji Piasta Gliwice.

Kiedy postawiłeś na ultra długie dystanse?

W 2018 roku pojechałem do Hiszpanii, pobiegłem tam 300 kilometrów, z metą przy katedrze w Santiago de Compostela.

Później już poszło?

W osiemnaście dni przebiegłem Polskę, od Zakopanego do Gdyni, 756 kilometrów. We Włoszech w 36 dni pokonałem 1500 kilometrów. Z kolei w 63 dni pokonałem dystans z Czech przez Niemcy, Francję z metą w Barcelonie. Wszystko gładko, bez kontuzji, niemiłych przygód. Poważną kontuzję miałem jedną, ale po kilku tygodniach wszystko było okej i niech tak zostanie. A groźna przygoda się zdarzyła.

Gdzie?

W Hiszpanii, na parkingu. To była zorganizowana kradzież. Jeden człowiek podszedł do naszego kampera, wywabił kierowcę, a drugi wszedł do środka. Byłem tam z fizjoterapeutą, ale facet był szybki, zdążył ukraść kilka rzeczy. Próbowaliśmy to odzyskać, ale nadjechał samochód z resztą złodziei i trzeba było się wycofać.

Co wam ukradli?

Z cenniejszych rzeczy tylko mój zegarek. Mogło być gorzej. Jakoś to przebolałem.

Widziałem w sieci Twoje zdjęcie w koszulce z napisem Polska – Grecja – Polska.

To się działo wiosną. Przebiegłem 84 maratony. Wystartowałem na Stadionie Śląskim w Chorzowie i po 90 dniach byłem z powrotem. Pokonałem 3600 kilometrów. Na stadion w Atenach wbiegłem w wieńcu laurowym. Był plan, by stamtąd biec z zapalonym zniczem olimpijskim na rozpoczęcie Igrzysk Europejskich w Krakowie, ale na koniec nic z tego nie wyszło.

Podejmowałeś przy okazji akcje charytatywne?

Jak najbardziej. Zbierałem środki na urządzenia rehabilitacyjne dla ludzi, którzy nigdy nie biegali, nie chodzili. Udało się zebrać konkretną sumę i kupić sprzęt dla trzech osób. Pozwala to im zaoszczędzić od kilku do kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie na rehabilitację.

Zmiana tematu. Na Twojej stronie jest informacja, że uczęszczasz do szkoły wokalno-tanecznej w Gliwicach…

Muszę zaktualizować te informacje. To nieaktualne. Interesuje mnie teatr, scena muzyczna, stąd ta przygoda ze studium, do którego trafiłem w okresie pandemii.

Fot. Tomasz Sobania/facebook

Lepszy jesteś w tańcu czy w śpiewie?

To drugie. Tańczyć też potrafię, ale zawodowy taniec to zupełnie inna bajka i wymaga kolosalnej pracy.

Otarłeś się o film?

Zdarzyło się. Miałem dziesięć dni zdjęciowych na planie komedii „Teściowie”.

Widziałem w kinie. Bardzo dobra rzecz.

Wiele się nie nagrałem, występowałem jako kelner, ale widziałem z bliska w akcji tak znakomitych aktorów jak Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska, Izabela Kuna czy Adam Woronowicz. Bardzo fajna przygoda i cenne doświadczenie.

W internecie piszą też, że z Ciebie ambitny alpinista, który planuje zdobyć najwyższe szczyty na wszystkich kontynentach. Marzy Ci się Korona Ziemi?

(śmiech) Naprawdę muszę zaktualizować te dane. Chodziłem po Tatrach, wszedłem na Grossglockner, najwyższy szczyt Austrii (3798 m.n.p.m. – red.). Miałem dwie wyprawy na Mount Blanc, ale nieudane. Wspinaczka działa się przy okazji biegów, ale większe góry już odpuściłem.

Fot. Tomasz Sobania/facebook

A Polacy tak je lubią…

Przestałem widzieć sens w wędrówkach z ciężkim plecakiem, po których czekało mnie wyro w jakimś zimnym schronisku. Nie boję się wysiłku, ale wolę się jednak męczyć po ludzku. Po wszystkim wziąć prysznic, zjeść coś na ciepło.

Masz na koncie kilka książek. W tej dziedzinie też coś się pozmieniało?

O tyle, że na razie zrezygnowałem z beletrystyki. Napisałem dwie powieści dla młodzieży. Jedną w stylu „Opowieści z Narni”, drugą o przyszłości, o świecie postapokaliptycznym. Teraz stawiam na książki o bieganiu, o moich bezpośrednich doświadczeniach.

Zgaduję, że łatwiej i szybciej Ci się pisze.

To też, ale liczy się też to, że lepiej się sprzedają, łatwiej je wydać. Na wydanie pierwszej powieści czekałem sześć lat.

O czym piszesz w ostatnich książkach?

Na przykład o spotkaniach ze znanymi ludźmi. Gdy biegałem we Włoszech, udało mi się dotrzeć do papieża Franciszka.

Po miesiącu starań Tomasz Sobania uzyskał audiencję u papieża Franciszka. Fot. Tomasz Sobania/facebook

Trudna sprawa?

Miesiąc kombinowania. Miał mi to umożliwić polski ksiądz z Watykanu, ale potem poznałem księdza z Nuncjatury Apostolskiej w Rzymie. Poszło pismo do Kurii Rzymskiej i stało się – stanąłem się twarzą w twarz z papieżem. Organizowałem wtedy akcję charytatywną na rzecz Hani, chorej na nowotwór. Przekazałem od niej list do Franciszka.

Dotarłeś do jakiejś sportowej sławy?

Byłem w Barcelonie, więc musiałem spróbować porozmawiać z Robertem Lewandowskim.

Udało się?

Tak, ale to było o wiele trudniejsze wyzwanie niż w przypadku papieża. Gdy byłem w programie TVN-u, dostałem numer do menedżerki Roberta. Zadzwoniłem, miałem czekać, ale długo nie było odzewu. Nie poddałem się jednak.

Co z robiłeś?

Kiedy dobiegałem do Barcelony, rozkręciłem akcję w social mediach. Odzew był ogromny, miliony sygnałów na facebooku, instagramie. Efekt był taki, że menedżerka sama do mnie zadzwoniła. Porozmawiałem z Robertem w hotelu, a zastrzeżenie było tylko jedno – nie mogę upubliczniać zdjęć z tego spotkania.

Jak odebrałeś „Lewego”?

Przyszedł z obstawą, ale okazał się normalnym gościem, który z podziwem mówił o moim bieganiu. Co mogę dodać, wielkie przeżycie, bo jako młody chłopak marzyłem o piłkarskiej karierze. Właśnie gra w Barcelonie śniła mi się w dzieciństwie.

O żeglowaniu też marzyłeś?

Ze Śląska do morza niby daleko, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Nie było łatwo, ale wziąłem udział w konkursie i udało mi się znaleźć w załodze Daru Młodzieży, który popłynął w Europy do Ameryki w Rejsie Niepodległości.

Choroba morska Cię nie dopadła?

Najtrudniej było w czasie sztormu. Trzy dni nie dało się jeść, ze spaniem też nie było łatwo. Ale co tam, byłem na Bahamach, dwa tygodnie w Panamie. Dla chłopaka ze Śląska, z małej miejscowości, to było coś.

W ciągu 90 dni Tomasz Sobania zaliczył ponad 80 maratonów na trasie Polska – Grecja – Polska. Fot. Tomasz Sobania/facebook

Reszta Twojej rodziny to też niespokojne duchy?

Częściowo. Ojciec jest strażakiem. Lubi snuć marzenia, ale jest lepszy w opowiadaniu o nich niż realizacji (śmiech). Brat też jest strażakiem i kocha tę pracę. Starsza siostra prowadzi normalne życie w Warszawie, pracuje w korporacji. Młodsza siostra chce zostać reżyserem teatralnym, ale ma też inne pomysły na życie. Ja próbowałem studiować filozofię, teologię, a teraz jestem na pedagogice z resocjalizacją. Mam indywidualny tok studiów. Zaliczyłem już prelekcje w zakładach poprawczych, ośrodkach wychowawczych.

Nie mogę nie spytać o Pannę Marię, osadę w Teksasie, którą w połowie XIX wieku założyli emigranci ze Śląska. Wyczytałem, że byli tam Twoi przodkowie. Wiesz coś o tym?

To niezła historia, bo emigrantami kierował ksiądz Leopold Moczygemba, a nazwisko panieńskie mojej mamy brzmi identycznie. Nawiasem mówiąc, mama była w szoku, gdy się o tym dowiedziała.

Znalazłeś ślady po przodkach?

Szukałem, ale na razie bez skutku. Poznałem jednak pewną panią, zorientowaną w historii tego miejsca. Ustaliliśmy, że jeszcze się spotkamy i wrócimy do tematu.

Czytałem artykuł o tych emigrantach. Marnie wybrali, bo trafili na bardzo trudne warunki do życia…

Wiem o tym, na początku głodowali, ale po latach w okolicy odkryto ropę, na polach pojawiły się szyby wiertnicze i niektórzy ludzie się wzbogacili.

Masz przeciekawe życie, ale powiedz mi, skąd na to wszystko bierzesz? Z czego żyjesz?

Opowiadam ludziom o sobie. Wspominałem już o prelekcjach. Organizuję trasy, które trwają dwa, trzy tygodnie. Jeżdżę po domach kultury, szkołach spotykam się z ludźmi, którzy są ciekawi świata.

Biegacz ze Śląska prowadzi prelekcje nie tylko w Polsce. Nz. Spotkanie z dziećmi w USA. Fot. Tomasz Sobania/facebook

Da się z tego wyżyć?

Mnie się udaje. Zarabiam od 17. roku życia. Prelekcja składa się zwykle z trzech części; najpierw opowiadam o książkach, pierwszych marzeniach, potem przechodzę do biegania. Na koniec mówię o rejsie, a wszystko wzbogacam o zdjęcia, filmy.  

Jeśli przebiegniesz USA wszerz, to gdzie Cię dalej poniesie?

Chodzi mi po głowie jeszcze większa rzecz. Chciałbym w jednym roku przebiec maratoński dystans w każdym państwie na świecie.

Nieźle, tylko jak to logistycznie ogarnąć?

Państw jest ponad dwieście, więc gdy kupię samolot odrzutowy, poradzę sobie jakoś (śmiech). Wiem, to się raczej nie zdarzy, ale nie rezygnuję łatwo z marzeń. Wierzę, że tego dokonam.

Kiedy?

Jak dobrze pójdzie, to za dwa-trzy lata.

W tym wszystkim, co robisz, znajdujesz jeszcze miejsce na życie prywatne?

Miałem dziewczynę, ale nie udźwignęła tego, co robię. Trudno było tego oczekiwać. Najlepiej byłoby trafić na kogoś, kto podziela moje pasje. Niełatwa sprawa.

Zwiedziłeś kawał świata. Gdzie są najpiękniejsze dziewczyny?

W Polsce.

Rozmawiał Tomasz Ryzner

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

Donalds kontra Jolly

Misja Zeus już we wrześniu

15-latek uratował tonącego

Tradycja w internecie