poniedziałek, 27 maja, 2024
Strona głównaDziałySylwetkiMateusz Gmura: o Polonii, muzyce i Nowym Jorku

Mateusz Gmura: o Polonii, muzyce i Nowym Jorku

„Biały Orzeł” rozmawia z wicekonsulem Mateuszem Gmurą, który po 6 latach, w maju 2023 roku, zakończył swoją dyplomatyczną misję w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku, przenosząc się na Zachodnie Wybrzeże, gdzie w Los Angeles kontynuuje pracę w dyplomacji.

Wicekonsul Mateusz Gmura z żoną Martą. Fot. Marcin Żurawicz

„Biały Orzeł”: W jakich okolicznościach trafił Pan do dyplomacji?  

Mateusz Gmura: W 2015 roku pojawiły się nowe przepisy prawa konsularnego, które stworzyły niejako możliwość, aby o stanowiska w służbie dyplomatycznej ubiegały się osoby spoza MSZ. Skorzystałem z tej szansy i w połowie 2016 roku złożyłem aplikację. Sam proces weryfikacji trwał bez mała pół roku. W grudniu otrzymałem informację, że zostałem zakwalifikowany i na początku 2017 roku rozpocząłem szkolenia w Warszawie przygotowujące mnie do pracy na placówce. Szczególnie miesiące marzec, kwiecień i maj były bardzo intensywne w Akademii Dyplomatycznej i wspominam to jako dość szalony okres. Całość zakończyła się zdaniem egzaminu konsularnego w 2017 roku, a niedługo później wyjechałem wraz z rodziną na swoją pierwszą placówkę dyplomatyczną w Nowym Jorku.

Z zawodu jest Pan nauczycielem języka angielskiego?

Tak, wcześniej przez 10 lat byłem nauczycielem języka angielskiego w liceum w moim rodzinnym Lesznie. Byłem tam również opiekunem szkolnego zespołu muzycznego, ale nie zajmowałem się wyłącznie działalnością pedagogiczną. Prowadziłem jednoosobową działalność gospodarczą, a także byłem dwukrotnie członkiem komitetu organizacyjnego Drużynowego Pucharu Świata na Żużlu. Nie ukrywam, że czarny sport jest moją miłością od dziecka. Pracowałem w firmie związanej z organizacją Grand Prix i dużo się przy tym nauczyłem, zwłaszcza jeśli chodzi o umiejętności organizacyjne.

Od żużla w Lesznie do dyplomacji w Nowym Jorku? To raczej dość nietypowa droga rozwoju zawodowego…

I właśnie w kategoriach rozwoju zawodowego to traktuję. Myślę, że w życiu prawie każdego człowieka przychodzi taki moment, że zadaje sobie pytanie, czy chce jakiejś zmiany. Często nie wiadomo jeszcze, czy wyjdzie nam ona na dobre, czy na złe, ale chwytamy się sposobności, która się pojawia przed nami zgodnie z horacjańską filozofią życia carpe diem. W moim przypadku wszystko wyszło dość naturalnie. Pojawiła się możliwość, to z niej skorzystałem. Pomyślałem, dlaczegoż by nie przejść do służby cywilnej i służyć ojczyźnie. Oczywiście wszystko skonsultowałem wcześniej z najbliższymi. Po kilku latach mogę stwierdzić, że była to dobra decyzja, a Nowy Jork okazał się absolutnie wyjątkowym miejscem. Chociaż oczywiście nie jest to żadna sielanka, tylko spore wyzwanie, zwłaszcza dla kogoś, kto przyjeżdża do Nowego Jorku z całą rodziną.

Z jakimi oczekiwaniami wyjeżdżał Pan z Polski?

Wyjeżdżałem z nastawieniem bardzo pozytywnym i będąc gotowym na nowe wyzwania. Wcześniej poznałem wiele opinii o placówce w Nowym Jorku i wiedziałem, że pracy tutaj nie zabraknie, a nowojorska Polonia jest bardzo liczna i aktywna. Jednym słowem – nudzić się tutaj nie można. To wszystko znalazło potwierdzenie podczas mojego pobytu w Nowym Jorku.  

Trudno było się zaaklimatyzować w metropolii?  

Wiele rzeczy było zupełnie dla mnie nowych. Musiałem poznać Stany pod kątem ustaw, konwencji, praw i różnorodnych deklaracji. Jednak Stany Zjednoczone były bliskie mojemu sercu z powodu wykonywanego zawodu nauczyciela języka angielskiego i z racji tego, że wcześniej ukończyłem filologię angielską na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie specjalizowałem się tam właśnie w amerykanistyce. Nowy Jork był też moją odwieczną fascynacją, jeśli chodzi o muzykę, która jest moją ogromną pasją. Można więc powiedzieć, że na pewnych obszarach aklimatyzacja nie była nawet potrzebna.

Mateusz Gmura przez 6 lat pełnił funkcję wicekonsula w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Od maja br. przeniósł się do Los Angeles, gdzie kontynuuje pracę dyplomatyczną. Fot. Marcin Żurawicz

Przybywając do metropolii chyba nie spodziewał się Pan takiej burzliwej misji w Nowym Jorku? Mam tu na myśli zarówno wspomnianą pandemię, jak i późniejszy wybuch wojny na Ukrainie.

Nikt raczej nie mógł przewidzieć wtedy tego, co wydarzy się w ciągu kilku najbliższych lat. Okresu pandemii nie wspominam oczywiście dobrze. Z całym zespołem pracowaliśmy skutecznie, ale musieliśmy dostosowywać się do trudnych i cały czas zmieniających się warunków funkcjonowania naszej placówki. Wiele aktywności przeniosło się ze świata realnego do wirtualnego, ale kiedy tylko była możliwość, to cały czas staraliśmy się organizować wydarzenia w konsulacie. Oczywiście wszystko odbywało się z zachowaniem dystansu i w mniejszych grupach, ale działalność konsulatu na niwie dyplomacji publicznej i kulturalnej trwała praktycznie nieprzerwanie. Również jako placówka konsularna byliśmy cały czas otwarci, chociaż musieliśmy ograniczyć liczbę interesantów i przyjmowanych wniosków paszportowych czy też wizowych. Aby sobie poradzić z nadzwyczajną sytuacją, potrzebni byli odpowiedni ludzie. I muszę w tym miejscu podkreślić, że znakomity zespół pracowników konsulatu świetnie sobie z tą nadzwyczajną sytuacją poradził. Cieszę się, że po pandemii szybko wróciliśmy na właściwe tory, bo istotą mojej pracy jest kontakt z ludźmi, spotykanie się z nimi i to jest właśnie w tej pracy najbardziej ciekawe. Całe szczęście w tej chwili wszystko wygląda już podobnie jak przed pandemią, Polonia wróciła do pełnej aktywności, a ja spokojnie mogę udać się na kolejną swoją misję. Polonia podczas pandemii pokazała swoją siłę i olbrzymi potencjał chociażby dzięki akcji „Polonia4Neighbours”. Podobnie zresztą stanęła na wysokości zadania udzielając realnego wsparcia Ukrainie w trakcie obecnej wojny. Czasy są absolutnie trudne i wyjątkowe, jednak Polonia i Polska stojąc murem za Ukrainą jeszcze bardziej wiążą się ze Stanami Zjednoczonymi. Ponieważ dla obu krajów, Polski i Stanów Zjednoczonych, idee wolnościowe, były zawsze najważniejsze. 

Zarówno konsula generalnego Adriana Kubickiego, jak i Pana, bardzo często można było spotkać na wielu wydarzeniach polonijnych. Przez 6 lat Pana obecności w Nowym Jorku nie dało się nie zauważyć, że był Pan zawsze bardzo blisko Polonii?

Moje obowiązki jako wicekonsula wynikały z pracy w konkretnym wydziale, w tym wypadku w wydziale Polonii, Ekonomii, Komunikacji i Dyplomacji Publicznej. W pewnym sensie pracownikom tego wydziału, biorąc pod uwagę zakres obowiązków, jest najbliżej do działań, które na co dzień wykonuje reprezentujący Polskę konsul generalny. Stąd też moja obecność, niejako w zastępstwie konsula generalnego, na wielu polonijnych wydarzeniach. Pracowników naszego wydziału nazywa się często konsulami polonijnymi, gdyż mimo wypełniania różnego rodzaju zadań konsularnych w placówce zajmujemy się przede wszystkim kontaktami na różnych płaszczyznach z Polonią, w tym relacjami z polonijnymi mediami. Nieprzypadkowo znalazłem się jednak w tym wydziale. Ja po prostu lubię ludzi, tak więc starałem się być wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. Nie ukrywam, że zbudowanie obopólnych relacji i zaufania z Polonią było dla mnie kluczowe od chwili objęcia funkcji wicekonsula. Oczywiście nie dałem rady być wszędzie, ale w trakcie pełnienia swojej misji dotarłem do miejsc usytuowanych niejako „na kresach” naszego okręgu konsularnego. Ostatniej jesieni udało mi się na przykład spotkać z Polonią w Portland w stanie Maine. Byłem też między innymi w Cleveland w Ohio, w Buffalo na północy stanu Nowy Jork czy też w Pittsburghu w Pensylwanii. Najczęściej z racji odległości, ale też z uwagi na znaczną liczebność Polonii na tych obszarach, brałem udział w wydarzeniach w mieście Nowy Jork, w dzielnicach Brooklyn i Queens, czy też w wielu miastach w stanie New Jersey. Odwiedzałem również serce duchowe Polonii, czyli sanktuarium w Doylestown.

Zaskoczyło coś Pana, jeśli chodzi o Polonię?

Tak, wiele rzeczy, ale jedynie na plus. Zaskoczyła mnie na przykład Polonia na Long Island. Jest tam tak wielu młodych Polaków, którzy mają swoje plany względem Polski i bardzo mocno stawiają na edukację swoich dzieci. Podobnie zresztą było na Staten Island, gdzie w ostatnich latach przeprowadziło się wielu rodaków. Jeżdżąc po Wschodnim Wybrzeżu spotkałem wiele osób, które mają Polskę w sercu, chociaż często po polsku już nie mówią. Ale to też są przecież osoby, które są dla nas bardzo ważne. Podczas swojej pracy przekonałem się o tym, że chcąc pobudzać Polskę w sercach Polaków drugiego czy trzeciego pokolenia trzeba często zwracać się do tych ludzi w języku angielskim. Później zdarza się, że ludzie ci potrafią zaprowadzić swoje dzieci do polskiej szkoły, gdzie między innymi uczą się one języka polskiego, a edukacja jest przecież jedną z podstawowych dróg, jeśli chodzi o podtrzymywanie polskości poza granicami kraju.

Polonia mieszkająca na poszczególnych obszarach różni się od siebie?

Tak i to niekiedy dość znacznie. I to również było dla mnie sporym zaskoczeniem. Myślę, że nawet wielu Polaków mieszkających na co dzień w Nowym Jorku, gdzie Polonia jest tak liczna, może nie zdawać sobie sprawy jak cenne są pojedyncze przejawy polskości na obszarach, gdzie Polaków mieszka niewielu. I jak ważne jest dla tamtejszej Polonii kultywowanie rodzimej tradycji. Czym bardziej w naszym okręgu konsularnym oddalamy się od Nowego Jorku, tym polskich szkół czy parafii jest coraz mniej, a to są przecież główne miejsca podtrzymywania polskości. Na Wschodnim Wybrzeżu działa 70 polonijnych szkół dokształcających, do których uczęszcza ponad 10 tysięcy dzieci. Większość z tych placówek funkcjonuje w symbiozie z polskimi parafiami. I w tym miejscu należy się duży ukłon i podziękowania dla pedagogów, rodziców, jak i całego duchowieństwa polonijnego za to, że tę polskość od lat pielęgnują. Nawet jeśli mówimy obecnie o zmieniającym się Greenpoincie czy rozpierzchającej się Polonii i Polakach przeprowadzających się do innych dzielnic na Queensie i Brooklynie, takich jak chociażby Maspeth, Ridgewood i Glandale, to ciągle nie jest to na tyle duże rozproszenie, aby ta polskość nie została zachowana. Dlatego, że istnieją tam polonijne szkoły i parafie, a my również łatwo możemy do tych miejsc dotrzeć. Oczywiście jeśli Polonia rozpierzchnie się w przyszłości na dobre i ludzie przestaną się spotykać podczas mszy, festynów czy różnego rodzaju imprez, gdzie poznają polską historię i mówią po polsku, to ta sytuacja może się zmienić. Wtedy zachowanie polskiej kultury i tradycji może okazać się niemożliwe.

Co było dla Pana najciekawsze w relacjach z Polonią?

Z pewnością wiele rzeczy było dla mnie zupełnie nowych. O niektórych sprawach nie miałem pojęcia, gdyż za komuny w latach 80. nie uczono o nich w szkołach. Powiadają, że często trzeba wyjechać z Polski, aby ojczyznę jeszcze bardziej pokochać. I dla mnie osobiście ogromnym przeżyciem były spotkania z ludźmi, którzy przez ówczesne władze komunistyczne zmuszeni byli do wyjazdu z Polski, a którzy ojczyznę nosili w sercu przez całe swoje życie. Mam tutaj na myśli również weteranów, których miałem sposobność i zaszczyt poznać, tacy jak Antoni Chrościelewski, Wincenty Knapczyk, Mieczysław Madejski, czy też osoby szczególnie zasłużone dla Polonii jak chociażby mistrz Andrzej Pityński. Niestety wszystkich wymienionych pochowaliśmy w ciągu ostatnich kilku lat. Jednak przez dekady ludzie ci, jak i wielu innych, byli żywymi przykładami ukazującymi jak mocno można kochać Polskę, nie mieszkając w ojczyźnie, i jak można być jej wiernym synem czy córką. Te spotkania dały mi bardzo wiele nie tylko jako dyplomacie, ale przede wszystkim jako człowiekowi. Przecież jakbym tu nie przyjechał, w życiu nie poznałbym tych wszystkich ludzi i nie zrozumiał wielu rzeczy. Będę sobie cenił te doświadczenia do końca życia. Ogrom pozytywnych doświadczeń stanowiły również spotkania z tymi ludźmi z Polonii, z którymi współpracowałem na co dzień przy okazji organizacji rozmaitych wydarzeń. Z liderami Polonii, ale też ze wszystkimi osobami, dla których patriotyzm i możliwość spotkania się w gronie rodaków znaczą tak wiele. Wiele się w trakcie tych wszystkich wydarzeń nauczyłem. Muszę zdradzić, że nabrałem nawet dystansu do muzyki disco polo, której nigdy nie byłem fanem, ale uczestnicząc chociażby w Paradzie Pułaskiego miałem sposobność, aby zrozumieć jak ważny jest to gatunek muzyczny dla wielu osób z amerykańskiej Polonii.

Polacy w USA niestety nie należą obecnie do nacji mocno angażujących się w wybory w Stanach Zjednoczonych. Mam tu na myśli zarówno czynne, jak i bierne prawo wyborcze. Jaki jest Pana zdaniem tego powód i co można uczynić, aby to zmienić?

Jest to na pewno ciekawy temat. W dużej części może wynikać to z faktu, że Polonia była przez długie dekady mocno homogeniczna. Żyła i funkcjonowała w swoich zamkniętych grupach środowiskowych czego dobrym przykładem jest dzielnica Greenpoint. Dla wielu Polaków było to łatwiejsze i pomagało im szybciej zaaklimatyzować się w nowej rzeczywistości po przyjeździe do USA. Z drugiej strony jednak ograniczało ich zainteresowanie nowym krajem. Na pewno chcielibyśmy, aby Polonia miała większy wpływ na politykę amerykańską i aby jej reprezentanci byli we władzach stanowych czy federalnych. Pozostaje mi tylko zachęcić młodych Polaków w Stanach Zjednoczonych, aby kształcili się i cały czas nosili Polskę w swoich sercach. Kiedyś jeden z marszałków podczas ceremonii szarfowania w konsulacie powiedział, że Polska jest jego matką, a Ameryka żoną. Bardzo mi się spodobało to stwierdzenie. Żyjemy w kraju, który honoruje fakt, że można mieć podwójne obywatelstwo, co nie jest znowu takie oczywiste na całym świecie. Dlaczegóż więc nie robić czegoś dla Polski w kraju, a jednocześnie umacniać jej pozycję w Stanach Zjednoczonych, będąc przedstawicielem Polonii, która jest przecież silną grupą etniczną. Ja zawsze powtarzałem na spotkaniach z Polonią, że my nie jesteśmy tutaj od wczoraj. Polacy zakładali ten wspaniały kraj, który podobnie jak Polska zawsze bił się o wolność. Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko są przecież bohaterami obojga narodów. Polacy, którzy byli pierwszymi rzemieślnikami w kolonii Jamestown w 1611 roku, kiedy odmówiono im prawa do głosowania w wyborach do rady miejskiej kolonii, to zorganizowali pierwszy w historii USA strajk w obronie demokracji. I władze kolonii musiały przyznać im to prawo. Nie jesteśmy w Stanach gośćmi i nie mamy się czego wstydzić. Zawsze byliśmy i po dziś dzień jesteśmy cenionymi pracownikami, rzemieślnikami, naukowcami i innowatorami. Zdolnych Polaków mamy tutaj w każdej dziedzinie i na pewno życzylibyśmy sobie, aby Polonia mogła w większym stopniu decydować, jak będzie ten kraj wyglądał w przyszłości. Pozostaje mi zachęcić liderów Polonii i organizacje polonijne, aby wspierali młodych i zdolnych Polaków w Ameryce, a ci z kolei w przyszłości pamiętając o swoich korzeniach i udzielonym wsparciu będą działać na rzecz relacji polsko-amerykańskich, ku chwale ojczyzny. A właściwie ku chwale ich obu ojczyzn.

Jako wicekonsul Mateusz Gmura był częstym gościem na różnych wydarzeniach polonijnych w Nowej Anglii. Na zdj. podczas spotkania z Polonią w Maine, październik 2022 r. Fot. Michał Sławiec

Czy 6 lat to wystarczająco długi czas, aby poczuć się nowojorczykiem?

Myślę, że na swój sposób tak, chociaż nie wiem, co by powiedzieli na to nowojorczycy, którzy się tutaj urodzili. Moi synowie Mieszko i Dobromir mają obecnie 8 i 19 lat. Młodszy syn miał 2 lata, jak tutaj przyjechaliśmy, tak więc 3/4 życia spędził już w Nowym Jorku. Przesiąknąłem nowojorskimi realiami również jako rodzic, stając się między innymi fanem New York Yankees poprzez fakt, że młodszy syn gra aktywnie w baseball i jego idolami są Aaron Judge i Anthony Rizzo. Sam musiałem się tych wszystkich imion graczy nauczyć, a to też jest przecież część tożsamości nowojorskiej. Nowy Jork jest miastem wyjątkowym i drugiego podobnego na świecie nie ma. Nie ukrywam, że jeśli tylko będę miał w przyszłości sposobność, aby do Nowego Jorku wrócić, na pewno to uczynię. Nowy Jork już zawsze będę nosić w sercu. Poznałem tutaj wielu wspaniałych ludzi zarówno wśród Polonii, ale też i wielu Amerykanów. Wiem, że to miasto ma również swoje ciemne strony, o których wiele słyszałem i czytałem przed przyjazdem, ale szczęśliwie mnie i moją rodzinę spotkały tutaj same dobre rzeczy. To było wspaniałe 6 lat i w tym miejscu całej Polonii i wszystkim ludziom, których miałem okazję poznać, chciałem bardzo za ten niezwykły czas podziękować.

Słysząc tą nutę żalu w glosie nie sposób nie zapytać, dlaczego opuścił Pan metropolię?

Ustawowo przebywa się na placówce przez 4 lata. Ja byłem w Nowym Jorku przez 6 lat, czyli swoja służbę w nowojorskim konsulacie rozciągnąłem na maksymalnie możliwy okres, przedłużając ją dodatkowo o 2 lata. Nadmienię tylko, że w konsulacie od dawna nie ma już żadnej z osób, które pracowały tutaj w momencie, kiedy w sierpniu 2017 roku obejmowałem swoje stanowisko.

Zapewne ma Pan ulubione miejsca w metropolii, z którymi również trudno było się Panu pożegnać?

Tak, z racji mojej muzycznej pasji muszę wspomnieć tutaj o salach koncertowych, takich jak chociażby Blue Note czy BB King Blues Club, gdzie występują przecież najlepsi muzycy na świecie. W Blue Notemiałem okazję być między innymi na koncercie Stanleya Clarka, jednego z moich ulubionych basistów, gdzie praktycznie miałem go na wyciągnięcie ręki. Ostatnio spełniłem jedno z marzeń mojej żony Marty i zaprosiłem ją doGramercy Theatrena koncert zespołu Fishbone, którego wspólnie słuchamy od lat 90. Cieszę się również, że Polonia posiada takie sale jak chociażby Irving Place czy Warsaw Club, gdzie dwa lata temu miałem okazję wystąpić wspólnie z konsulem Adrianem Kubickim podczas koncertu kolęd dla Polonii. Grając tam miałem świadomość, że wiele cenionych alternatywnych zespołów występowało na tej samej scenie i było to dla mnie duże przeżycie. Mam jednocześnie nadzieję, że Polonii ten nasz koncert się podobał i kiedyś uda się go powtórzyć. W Nowym Jorku jest ciągle wiele fantastycznych miejsc, gdzie można kupić płyty analogowe i wielokrotnie korzystałem z tej sposobności. Nabyłem tutaj również parę gitar i efektów gitarowych. W wolnych chwilach zajmuję się nagrywaniem muzyki z domowych pieleszach, tak więc na pewno się przydadzą. Z miejsc typowo relaksowych to wymienię chociażby nowojorskie plaże. To jest właśnie urok tego miasta, że godzinę jazdy autem i możemy być w górach albo nad oceanem. Plaże takie jak Jones Beach, Rockaway Beach, Fire Island czy Sandy Hook w New Jersey są przecież bardzo blisko. Dobrym miejscem sprzyjającym refleksji i wyciszeniu było dla mnie wspomniane już sanktuarium w Doylestown, gdzie niejednokrotnie miałem okazję korzystać z gościnności ojców Paulinów.

Czy może Pan zdradzić, gdzie pracuje Pan obecnie?

Oczywiście. Od 15 maja pełnię funkcję wicekonsula w Konsulacie RP w Los Angeles. Przeniosłem się więc ze Wschodniego Wybrzeża na Zachodnie. I póki co z Polonią amerykańską się nie rozstaję.  

Życzymy w takim razie powodzenia na nowej placówce.

Dziękuję.

Rozmawiał Marcin Żurawicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -