sobota, 22 czerwca, 2024
Strona głównaDziałySylwetki„Czuję się dziś spełniony”

„Czuję się dziś spełniony”

„Biały Orzeł” rozmawia z Andrzejem Mazurem, właścicielem delikatesów Polmart w „Małej Polsce”, które obchodzą 20-lecie istnienia.

Andrzej Mazur wspomina początki Polmartu podczas uroczystości z okazji 20-lecia sklepu. Fot. Archiwum Andrzeja Mazura

Przy Broad Street w New Britain mieści się kilkadziesiąt polonijnych biznesów, które tworzą jedną z nielicznych już w Ameryce wciąż tętniących życiem polskich dzielnic. Za każdym z nich stoi ciekawa historia – historia imigrantów z Polski, którzy właśnie tu, w New Britain, realizowali i realizują do dziś swój amerykański sen. Każdy z nich w jakiś sposób tworzy i wzbogaca tę dzielnicę, która pozwala odwiedzającym odnaleźć i zasmakować tu kawałka Polski. To właśnie w samym sercu „Małej Polski” 20 lat temu powstały nowe delikatesy o nazwie Polmart, stając się tym samym nie tylko kolejnym punktem na mapie polskiej dzielnicy, ale również inkubatorem pomysłów i twórczości ich właścicieli: Małgorzaty i Andrzeja Mazura, który podzielił się z nami historią Polmartu i swoją własną jako imigranta i przedsiębiorcy z duszą artysty.

„Biały Orzeł”: 20-lecie Polmartu uczczono w sobotę, 9 września, uroczystym przyjęciem, które miało miejsce w również należącym do was Moonlight Bistro. Skąd pomysł na taką właśnie imprezę i jak się udała?

Andrzej Mazur: Pomysł ten podsunęła nam Wasza gazeta i gala, podczas której sami celebrowaliście swoje 20-lecie w kwietniu. Chcieliśmy zorganizować coś eleganckiego, nazwaliśmy to bankietem, zależało nam, żeby było uroczyście i elegancko, i rzeczywiście tak się udało. Na początku nie byliśmy pewni, czy dopisze frekwencja, ale zainteresowanie było dość spore – w Moonlight Bistro nie było tego wieczoru ani jednego wolnego miejsca. Towarzyszył temu wydarzeniu też ciekawy program, najpierw były to wspomnienia i pokaz starych, pamiątkowych zdjęć, a później program artystyczno-rozrywkowy. W koncercie wystąpili Ania Dudek, Łukasz Teczar, Jarek Majka, Tomek Burek, Janusz Lutniewski i ja grałem na skrzypcach. Zaszczycili nas swoją obecnością naprawdę wspaniali goście i cieszymy się z żoną Małgosią, że Polonia wspólnie z nami zechciała uczcić tę rocznicę. Drugą częścią obchodów był kiermasz, który miał się odbyć następnego dnia, ale został przesunięty o tydzień ze względu na pogodę.

Cofając się w czasie, jak w ogóle znalazłeś się w New Britain i kiedy?

W New Britain znalazłem się bardzo dawno temu i całkiem przypadkowo. Po studiach grałem w zespole muzycznym. Jak na tamte czasy, bardzo dużo jeździłem po świecie, głównie po Europie zachodniej. Pamiętam do dziś, ile miałem w paszporcie pieczątek, w czasach, kiedy w ogóle było ciężko sam paszport dostać. Wizę do Stanów dostałem na zasadzie konta dewizowego jako jeden z nielicznych w tym czasie, któremu po prostu się udało. To był rok 1981. Do Stanów przyjechałem nie mając tu nikogo. Trafiłem do Hartford i miasto to było moją pierwszą przystanią w USA. Te pierwsze lata wspominam jako poniewierkę, którą zapewne każdy, kto przyjechał tutaj bez rodziny, przeszedł. Później poznałem Małgosię, pobraliśmy się, mieszkaliśmy najpierw w Bristol, później w Farmington. Pracowałem w tym czasie jako fotograf i właśnie w New Britain otworzyłem swój pierwszy biznes, którym było studio fotograficzne.

Jak więc z fotografa stałeś się właścicielem delikatesów? To nie są raczej pokrewne branże…

Szczerze mówiąc nie byłem w stanie nadążyć za zmianami w branży fotograficznej, która w tamtych latach niesamowicie zmieniała się przez nowe technologie, cyfryzację. Zmiany były ogromne. Najpierw dotknęły firmę, w której pracowałem – cyfrowe aparaty czy nowe drukarki wywróciły tę branżę do góry nogami, a proszę pamiętać, że ja jestem urodzony jeszcze w innej epoce. Nie byłem w stanie dogonić tej rewolucji. Byłem świadomy, że ta branża się kurczy i kurczą się też moje kompetencje. Zupełnie przypadkowo w 2003 roku znajomy zwrócił moją uwagę na budynek komercyjny przy 123 Broad Street z napisem „FOR SALE”. Lecz w pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że jest to jednak poza moimi możliwościami finansowymi i poza moim wyobrażeniem.

A jednak budynek stał się wasz…

Tak, tu zawdzięczam sporo mojemu przyjacielowi, który mnie do tego przekonał, a ja później musiałem ten pomysł „sprzedać” małżonce, czyli Małgosi. Budynek ten kosztował w 2003 roku 400 tys. dolarów. To było poza naszymi możliwościami, ale wykonaliśmy ten pierwszy telefon i tak się to wszystko zaczęło. Udało nam się kupić budynek, co prawda z kredytem od jego byłego właściciela na bardzo niekorzystnych warunkach. Ale się udało.

Czy Waszym zamiarem od samego początku było otworzenie w nim polskich delikatesów?

Tak. W tym budynku zawsze na pierwszym piętrze mieścił się bank. W momencie, kiedy staliśmy się jego właścicielami, na drugim piętrze funkcjonował sklep z meblami. Naszym zamiarem od samego początku było to, aby stworzyć eleganckie, nowoczesne polskie delikatesy, coś innego od tych, które w tamtym czasie mieściły się na Broad Street. Ale realizacja tej wizji była bardzo pod górkę, mieliśmy straszne kłopoty. Pierwszym błędem, jaki popełniliśmy, było to, że udaliśmy się do miejskiego architekta po zakupie budynku, a nie przed. Nie wydawało nam się, że przerobienie lokalu na sklep będzie aż tak skomplikowanym wyzwaniem. Ale może gdybyśmy najpierw porozmawiali z architektem czy urzędnikami miejskimi, nigdy byśmy się nie odważyli na to przedsięwzięcie. Jako że na pierwszym piętrze budynku wcześniej mieścił się bank, musieliśmy po pierwsze zmienić w urzędzie rodzaj użytkowania nieruchomości, później wykonać ogromne przebudowy. Ostatecznie dostaliśmy pozwolenie i zamówiliśmy jedną jedyną paletę towaru. I tak to się wszystko zaczęło…

Janusz Lutniewski na saksofonie i Tomek Burek na gitarze podczas podczas koncertu, który był częścią obchodów 20-lecia Polmartu 9 września br. Fot. Archiwum Andrzeja Mazura

Przez 20 lat ten budynek miał już kilka kolejnych wcieleń, mieścił się tutaj sklep z artykułami AGD, fryzjer, same delikatesy też się powiększały na przestrzeni lat, a obecnie na drugim piętrze mieści się lokal Moonlight Bistro…

To prawda, na drugim piętrze przez lata mieścił się sklep Pol-Mall, z artykułami gospodarstwa domowego, sprzedawaliśmy różne rzeczy, od mebli i porcelany po ubrania i bombki. Z czasem przestało to funkcjonować, ale częścią Pol-Mall były też polskie spa, fryzjer, biuro podatkowe i te podmioty, poza spa, funkcjonują do dziś. Natomiast jeżeli chodzi o Moonlight Bistro, pierwotnie miała to być mała restauracja i kawiarnia. Ale do lokalu nie ma wejścia z ulicy, mieści się on na piętrze i nie zdał egzaminu jako otwarta na co dzień restauracja. Dlatego pomyśleliśmy, aby pomieszczenie stało się małą salą bankietową, taką do 100 osób, i to akurat okazało się strzałem w dziesiątkę. Ludzie kochają to miejsce, bardzo lubią tu przychodzić. Tak naprawdę nie ma takich miejsc na imprezy okolicznościowe do 100 osób. Ponadto sami organizujemy tu kameralne koncerty, występy, które też cieszą się sporym zainteresowaniem. Myślę, że Moonlight Bistro w takiej formie jak funkcjonuje obecnie jest najlepszym zagospodarowaniem tego miejsca.

W międzyczasie powstała jeszcze gazeta „Mała Polska”?

Tak. Nie zamierzaliśmy konkurować z obecnymi już na rynku gazetami. Ona wyrosła z potrzeby reklamowania Polmartu oraz innych firm usługowych mieszczących się pod naszym dachem. Ciężko w to uwierzyć, ale gazeta też ukazuje się już prawie 15 lat. To wszystko się zazębia, ale też jesteśmy już trochę zmęczeni… i niestety o 20 lat starsi.

Cały czas realizujesz jakieś nowe pomysły, więc chyba nie do końca można powiedzieć, że straciłeś zapał?

Udało mi się zorganizować wiele imprez, koncertów, jestem dumny z dorobku w tej dziedzinie i czuję się dziś spełniony. Ale te wszystkie pomysły nie wiązały się z jakimiś długoterminowymi planami. One były spontaniczne, wiele z nich realizowanych było w ciągu miesiąca. Dlatego ciężko dziś mówić o planach na przyszłość, bo one zawsze się rodzą spontanicznie i tak samo są realizowane. Jestem pewien, że będą kolejne, więc masz rację, że ten zapał wciąż nam towarzyszy w tym, co robimy.

Jak na przestrzeni tych 20 lat zmieniła się ulica Broad Street? 20 lat temu nie było jeszcze nawet dzielnicy zwanej „Małą Polską”?

To prawda, ulica ta, podobnie jak i dzielnica, w tym czasie przeszła ogromną transformację, której w jakimś stopniu byliśmy częścią. Ważne jest zwrócić uwagę na to, że zarówno ta ulica, jak i dzielnica, były dość niebezpieczne w czasach, jak zaczynaliśmy tu biznes. Lucjan Pawlak jako burmistrz wziął się za nią i krok po kroku eliminował z niej różne „elementy”. Za śladem miasta poszli lokalni przedsiębiorcy, mieszkańcy, którzy też włączyli się w transformację Broad Street. Ludzie w tych czasach inwestowali we własne biznesy na Broad Street, było ich tu sporo, ale nikt nie inwestował w samą dzielnicę, w społeczeństwo. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Jednym z dowodów jest chociażby doroczny festiwal „Małej Polski”, którego byliśmy jednymi z inicjatorów. A odnośnie do sklepu, wspominam, jakim wydarzeniem było wtedy zainstalowanie bankomatu w naszym budynku, który był pierwszym w całej dzielnicy!

Małgosia i Andrzej Mazur witają Joe’go Libermana, byłego senatora i kandydata na wiceprezydenta USA w 2020 roku, w nowo otwartej poczcie w środku Polmartu. Fot. Archiwum Andrzeja Mazura

Większą ciekawostką niż bankomat jest chyba to, że w sklepie mieści się oddział amerykańskiej poczty. Jesteście chyba jedynym polskim sklepem w Ameryce, w którym mieści się poczta.

To prawda. Dowiedzieliśmy się od Iwony Krosky, że poczta szuka punktów na uruchomienie takiego satelitarnego oddziału. Wysłaliśmy wniosek i tak naprawdę o nim zapomnieliśmy. Rok później dostaliśmy odpowiedź że tak, poczta jest zainteresowana naszym lokalem. Później były komisje, inspekcje, umowy, ale ostatecznie powstał w Polmarcie oddział poczty. Sprowadziłem nawet z Polski taką czerwoną skrzynkę pocztową do dekoracji, ale musieliśmy ją usunąć, bo klienci wrzucali do niej listy… co było dość zabawne. Poczta jest dużą wygodą dla lokalnych mieszkańców i Polonii. Warto zaznaczyć, że my z tego nic nie mamy. Poczta nie pokrywa żadnych kosztów, obsługują ją nasi pracownicy, mamy wyłącznie bardzo symboliczną prowizję ze sprzedaży znaczków, ale jest to inicjatywa pokryta przez nas praktycznie w 100%. Lecz nasi klienci to doceniają i są przyzwyczajeni, że mogą w Polmarcie załatwić kilka spraw na raz.

Sporo opowiedziałeś nam o tym, jak powstawał Polmart i jak zmieniała się ulica Broad Street na przestrzeni ostatnich 20 lat. A jak wg Ciebie wygląda przyszłość „Małej Polski”?

Widzę ją w jasnych barwach, aczkolwiek Polonia bardzo się zmieniła. Dla Polaków przyjeżdżających tu dziś nie jest to już wyprawa za chlebem, ale raczej pragnienie dobrobytu. Myślę, że to miejsce będzie ciągle istniało, Polacy ciągle będą tu przyjeżdżać. Są to dziś inni Polacy, ale wciąż są. Do New Britain przyjechało też w ostatnim czasie sporo Ukraińców. Oni się utożsamiają z naszą kulturą, przychodzą do naszych sklepów, mówią, że nam zazdroszczą tego, że jesteśmy tak zjednoczeni i dobrze zorganizowani. To miłe, że tak nas postrzegają. Myślę, że przez następne kilkadziesiąt lat niewiele tu się zmieni, jeżeli chodzi o polskość tej dzielnicy. Warto zaznaczyć, że Polacy są tu właścicielami nie tylko biznesów, ale również i budynków. Greenpoint jako polska dzielnica w Nowym Jorku rozpadła się, bo budynki nie należały do Polaków i ktoś inny zaczął w pewnym momencie narzucać warunki, wprowadzać zmiany. Myślę, że charakter naszej dzielnicy pozostanie polski jeszcze na długie lata.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Darek Barcikowski

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -