wtorek, 16 sierpnia, 2022
Strona głównaDziałySylwetki„Dużo nauczyło mnie życie”

„Dużo nauczyło mnie życie”

Już od prawie ćwierć wieku jego kancelaria mieści się w samym sercu polskiej dzielnicy Greenpoint. Z kolei jego doświadczenie związane ze sprawami wypadkowymi liczy dwa razy tyle. Wśród Polonii znany jest z działalności społecznej w polonijnych organizacjach, m.in. w Kongresie Polonii Amerykańskiej. Jednak mało osób zna historię jego przybycia do Stanów Zjednoczonych i początków w tym kraju, a jest ona naprawdę niezwykła! Andrzej Kamiński, mając zaledwie 12 lat, sam przypłynął do Nowego Jorku „Batorym”, by odnaleźć tu siebie i spełnić swój „amerykański sen”. O tym oraz o swojej późniejszej karierze prawniczej opowiada w rozmowie z „Białym Orłem”.

Andrzej Kamiński ma na swoim koncie prawie pół wieku doświadczenia w dziedzinie odszkodowań po wypadkach. Fot. Archiwum A. Kamińskiego

„Biały Orzeł”: Przypłynąłeś do USA na „Batorym”. Jakie były Twoje początki w tym kraju?

Mec. Andrzej Kamiński: Myślę, że wielu czytelników „Białego Orła” przybyło do Ameryki jako dzieci lub młodzi ludzie. Ja przybyłem do USA w wieku 12 lat. Do tego czasu aż jedenaście razy zmieniałem w Polsce miejsce zamieszkania. To zmieniło mój pogląd na temat zakorzeniania się w jednym miejscu… Ale wracając do tematu: był rok 1963. W Ameryce mieszkała już wtedy moja babcia, która wyemigrowała wcześniej i do której miałem dołączyć. Moja ciotka zawiozła mnie pociągiem z Krakowa do Gdyni. Jeszcze przed wyjazdem z Krakowa musiałem trzykrotnie zgłaszać się na posterunku milicji, by zdać raport z posiadanego majątku oraz tego, co ze sobą zabieram, a co zostawiam w Polsce. Jechaliśmy całą noc, a prawie cały pociąg był wypełniony góralami, którzy również jechali na wybrzeże, by wyemigrować z Polski, głównie do Chicago. Górale, pijąc alkohol, przez całą drogę śpiewali piosenkę „Góralu, czy ci nie żal”. W Gdyni ciotka musiała mnie zostawić przy wejściu na statek, gdzie czekała mnie jeszcze kontrola paszportowa i celna. Mogłem mieć przy sobie zaledwie pięć dolarów, ale ciotka zaszyła mi w spodniach 50 dolarów.

Co mówił celnik, gdy zobaczył samotnego nastolatka?

Otworzył moją walizkę, w której było siedem butelek spirytusu oraz ogromna ilość suszonych grzybów i zaczął liczyć należne cło… na szczęście umiałem się targować. Zanim wyjechałem z Polski, przez pewien czas mieszkałem w Trzcińcu – dzielnicy Bogatyni. To był początek lat 60. ubiegłego wieku. Elektrownia Turów wówczas dopiero powstawała, wielu ludzi trafiało do niej w poszukiwaniu pracy, więc nasza mała wioska stała się pożądanym miejscem docelowym wielu Polaków, którzy poszukiwali pracy. Już wtedy potrafiłem to wykorzystać. Mój ojciec był kierownikiem szkoły w Trzcińcu i otrzymywał od ludzi dużo podarunków. Większość z nich trafiała do mnie. Nie bardzo wiedziałem, co z nimi zrobić, więc często je wymieniałem na inne rzeczy, które lubiłem. Jednak, żeby je dobrze wymienić, musiałem się czasami potargować. Dlatego, kiedy celnik na Batorym zaczął zadawać trudne pytania, wyciągnąłem trzy butelki spirytusu z walizki i mu je wręczyłem, mówiąc: „dzielimy się”.

Jaka była reakcja celnika?

Bez większego namysłu natychmiast włożył je pod stół i podbił mi pieczątkę, że kontrola została zakończona pozytywnie.

Jakie masz wspomnienia z podróży „Batorym”? To musiało być niezwykle przeżycie, szczególnie biorąc pod uwagę Twój wiek…

Moją pierwszą myślą na statku była chęć spróbowania Coca-Coli, którą zobaczyłem w barze. Kupiłem, spróbowałem i bardzo się rozczarowałem. W ogóle mi wtedy nie smakowała. Gdy statek ruszył, szybko pobiegłem na jego koniec, by patrzeć, jak oddalamy się od brzegu. Myślałem wtedy, że już nigdy nie wrócę do Polski. W głowie miałem opowieści dziadka o jego walkach pod Lwowem, również w AK, przeciwko Niemcom, a także historie taty o Pawiaku, niemieckich obozach w Oświęcimiu, Mauthausen-Gusen i Ebensee. W końcu ja miałem być daleko od kraju, w którym nie dzieją się tak straszne rzeczy, które przytrafiły się mojej rodzinie. Myślałem, że opuszczam Polskę na zawsze, ale los chciał inaczej. Już dwa lata później przyleciałem z babcią do Polski. Od tego czasu byłem w Polsce już 89 razy.

Zwykle początki w nowym miejscu nie są łatwe. Czy tak było i w Twoim przypadku?

Faktycznie, początkowy okres w Nowym Jorku nie należał do najłatwiejszych. Poszedłem do szkoły podstawowej na 7. ulicy na Manhattanie, nie znając ani słowa w języku angielskim. Wszystko było inne, a dzieci w tym wieku przeważnie złośliwe, szczególnie wtedy, gdy widziały słabość u drugiej osoby. Po pół roku było już znacznie lepiej, a po roku już dobrze. Uczyły nas siostry felicjanki. Jeżeli nam się należało, to nawet biły linijką po rękach. W tamtych czasach było to normalne. Po roku przeprowadziliśmy się na Brooklyn i tam poszedłem do szkoły podstawowej im. Matki Boskiej Częstochowskiej. Mój ojciec był wtedy nauczycielem. W soboty pracował w szkole im. Henryka Sienkiewicza na Prospect Park. Tam kontynuowałem moją przygodę z harcerstwem, którą rozpocząłem jeszcze w Polsce – w Bytomiu i Krakowie. Zapisałem się też do Sea Scouts. Szkoła średnia to St. John’s Prep. Byłem w trójce najlepszych uczniów, dlatego zostałem wybrany do zrzeszenia Who’s Who in American High School Students.

Wiedziałeś, czym chcesz zajmować się w życiu?

Nie bardzo. Najpierw chciałem być lekarzem i choć dostałem stypendium na medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, to jednak nie pojechałem. Moi dziadkowie byli już wtedy po sześćdziesiątce, a ja musiałbym być poza Stanami przez co najmniej pięć lat. Nie zostawiłem ich. Zrezygnowałem też z Akademii Kings Point, do której wygrałem stypendium po konkursie zorganizowanym przez jednego z kongresmenów.

Czy czegoś żałujesz, patrząc z perspektywy czasu?

Niczego nie żałuję. Ukończyłem Uniwersytet St. Johns’s na Queensie z wynikiem „Cum Laude”. Byłem wiceprezesem zarządu studentów, a po nocach pracowałem w firmie przewożącej ludzi. Wiozłem na przykład wybitnego dyplomatę Henry’ego Kissingera, piosenkarza Toma Jonesa, piosenkarza Engelberta Humperdincka, tancerza baletowego Rudolfa Nuriejewa, choreografa Michaiła Barysznikowa czy tancerkę baletową Natalię Makarową. Po ukończeniu studiów pracowałem w firmach ubezpieczeniowych i ukończyłem Szkołę Prawa City University of New York Law School.

Zaledwie kilka lat temu po raz pierwszy spotkałeś swoją matkę. Podziel się z nami tą niezwykłą historią. To musiało być niesamowicie wzruszające?

W zasadzie od najmłodszych lat wychowywała mnie moja babcia ze strony taty, a mamy nie znałem. Miałem pięć lat, gdy babcia pojechała do Ameryki na zaproszenie swojej starszej siostry, która w 1911 roku opuściła Majdan Lipowiecki koło Lwowa i wyemigrowała z tysiącami innych ludzi do USA. Po przyjeździe do Ameryki babcia otrzymała azyl polityczny i już nie wróciła do Polski. Dlatego też kilka lat później ściągnęła mnie do Ameryki. Dopiero gdy miałem 16 lat, zacząłem się interesować, gdzie jest moja matka. Do tego czasu to babcia była dla mnie jak matka. Przyszedł jednak taki moment w życiu, gdy stało się to dla mnie ważne. Jej szukanie zajęło mi aż 55 lat. Szukałem poprzez Czerwony Krzyż, przeglądałem historyczne akta państwowe, internet.

Swoją przygodę z Ameryką rozpoczął jako 12-letnie dziecko podróżujące samodzielnie „Batorym” w 1963 roku. Fot. Archiwum A. Kamińskiego

Co działo się po tym, jak w końcu osiągnąłeś cel?

Mimo ogromnych emocji i lęku, które nam towarzyszyły, moja mama oczywiście potwierdziła, że jestem jej synem. Żałuję, że czas i odległość nigdy nie pozwoliły nam nawiązać z mamą bliższych relacji i utrzymywać więzi, która przecież istnieją między matką a dzieckiem.

Poza pracą zawodową udzielasz się bardzo aktywnie w życiu polonijnym. Jak wygląda Twoja praca społeczna?

Od samego przyjazdu do USA chciałem być związany z jakąś polonijną organizacją. Najpierw było to harcerstwo w Prospect Park na Brooklynie przy polskiej szkole im. Henryka Sienkiewicza, później zostałem prezesem Ligi Morskiej w USA. Z kolei w Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej przez 16 lat byłem członkiem Rady Dyrektorów. Przez ten czas przeszedłem przez wszystkie stanowiska w Radzie Dyrektorów oprócz prezesa. Negocjowałem kupno budynku dla Unii od stowarzyszenia amerykańskich weteranów. Uczestniczyłem w niemal wszystkich Paradach Pułaskiego, bankietach i polskich uroczystościach. Od ponad 20 lat jestem dyrektorem narodowym Kongresu Polonii Amerykańskiej. Jak w Polsce tworzyła się „Solidarność”, to jeździłem do kraju wspierać ją finansowo. Po zduszeniu tej organizacji przez gen. Jaruzelskiego zostałem nawet raz aresztowany w czasie swojej wizyty w Polsce i przesłuchiwany z powodu robienia zdjęć milicji, gdy aresztowała demonstrantów. Teraz jestem prezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej – oddziału Dolny Nowy Jork, członkiem Pulaski Association of Business & Professional Men oraz nadal jestem w Lidze Morskiej. Przez ostatnie dwadzieścia lat jestem obecny na zjazdach i popieram działalność Kongresu Polonii Amerykańskiej, który uważam za jedyną polonijną organizację, z którą liczą się amerykańscy politycy. To również między innymi dzięki działalności Kongresu Polonii Amerykańskiej Polska jest w NATO i teraz może czuć się bezpieczna. Dokładnie pamiętam, jak 23 lata temu zbieraliśmy podpisy i kleiliśmy koperty z listami, prosząc każdego amerykańskiego kongresmena i senatora oraz prezydenta Billa Clintona, by głosowali za przyjęciem Polski do NATO.

Twój dorobek to prawie 50 lat doświadczenia zawodowego. W jaki sposób to działa na korzyść Twoich klientów?

Jako prawnik pracuję 22 lata, bo pierwsze 28 lat mojej pracy zawodowej było związanych z pracą dla różnych firm ubezpieczeniowych, których byłem przedstawicielem. Dzięki temu dziś wiem, jak ubezpieczalnie myślą, gdy otrzymują zgłoszenie o jakimś wypadku oraz później, gdy otrzymują wniosek o odszkodowanie. Dziś, gdy jestem po drugiej stronie, ta wiedza mi pomaga. W sumie mam 50 lat doświadczenia w sprawach dotyczących wypadków. Przeprowadziłem z sukcesem sprawy tysięcy odszkodowań, setek rent zawodowych i wiele spraw grupowych. Pamiętajmy, że wypadki przynoszą też dodatkowe kłopoty – szukanie pomocy medycznej, konieczność wykazania prawa do zastępczych zarobków oraz ubieganie się o zwrot kosztów leczenia i wydatków związanych z doznanym wypadkiem – tym wszystkim w trakcie sprawy zajmuje się również moja kancelaria.

Twoja kancelaria specjalizuje się w wypadkach oraz w odszkodowaniach po 11 września. Powiedz nam więcej o tych dwóch rodzajach spraw, w których się specjalizujecie.

Zawód adwokata, podobnie zresztą jak i lekarza, w ostatnich latach bardzo się wyspecjalizował. Ja zawsze chciałem łączyć swoją pracę jako adwokat z pracą na rzecz Polonii. Tak też zająłem się sprawami poszkodowanych po atakach z 11 września 2001 roku. Wielu pracujących wówczas w tej strefie Polaków nie wiedziało i nadal nie wie o przysługujących im być może odszkodowaniach związanych z chorobami wywołanymi tamtą pracą. Szukałem ich nawet w Polsce, gdzie wielu wróciło, aby się leczyć i być blisko rodziny. Bardzo wielu z nich udało mi się pomóc i do dzisiaj jesteśmy w kontakcie. Reprezentuję oczywiście również poszkodowanych w innych wypadkach.

Od kilku lat współpracujesz z kancelarią Gregory J. Cannata na Manhattanie. Jak ta współpraca wzmocniła Twoje możliwości i ofertę?

W międzyczasie okazało się, że tych spraw jest bardzo dużo, dlatego zdecydowałem się na współpracę z firmą Gregory J. Cannata & Associates, która przeprowadziła już ponad 1,500 takich spraw i to w większości dla Polaków. Firma Cannaty to duża kancelaria z wieloma adwokatami, która od ponad 30 lat wygrywa wielomilionowe odszkodowania. Specjalizacja adwokata w dziedzinach wypadkowych i chorób zawodowych teraz wymaga podejścia zespołowego do spraw klientów. Właśnie dlatego współpracuję z Gregorym Cannatą, którego firma ma ogromne doświadczenie, ogromne zdolności i, co najważniejsze, cechuje ją uczciwość w każdej sprawie, co niestety nie zawsze jest regułą.

Co należy zrobić w pierwszej kolejności, aby ubiegać się o odszkodowanie po wypadku?

Po pierwsze najważniejsze jest dochowanie wymaganych terminów. W Nowym Jorku mamy trzy lata na ubieganie się o odszkodowanie, ale jak dotyczy to także miasta Nowy Jork, to trzeba miasto formalnie zawiadomić o wypadku w ciągu 90 dni od dnia wypadku. Pozew należy złożyć do roku i 90 dni. Z kolei na pozew przeciwko stanowi Nowy Jork mamy czas do dwóch lat. Te terminy są bardzo rygorystycznie przestrzegane, dlatego jeśli ich nie dopilnujemy, możemy łatwo stracić szansę na otrzymanie należnego odszkodowania. Z tego powodu warto jak najszybciej zapoznać się z przysługującymi poszkodowanemu prawami.

W przypadku odszkodowań po 11 września często skutki uczestnictwa w akcji ratowniczej bądź przebywania w pobliżu WTC tuż po atakach widoczne stały się dopiero po latach. Do kiedy można ubiegać się o odszkodowania? Jakie są w takich przypadkach ograniczenia?

Nadal można się starać o odszkodowanie, ale na niektóre rzeczy jest już za późno. Z tego powodu, jeżeli ktoś chciałby otrzymać informację lub zna kogoś kto został poszkodowany i poszukuje porady związanej z odszkodowaniem z tytułu pracy po 9/11, zachęcam do kontaktu z moim biurem. Z przyjemnością odpowiem na pytania związane z możliwościami ubiegania się o odszkodowanie. Każda sprawa jest inna. Należy pamiętać, że nawet gdy jeden z poszkodowanych nie jest uprawniony do odszkodowania, to innemu nadal może ono przysługiwać. Informacja o wszelkich możliwościach dotycząca konkretnych spraw jest w moim biurze darmowa.

Twoje biuro mieści się w samym sercu polskiej dzielnicy na Greenpoincie. Jak można się z Tobą skontaktować?

Od 22 lat moja kancelaria mieści się na Greenpoint Avenue przy stacji Manhattan Avenue i Greenpoint Avenue, 100 metrów od Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Wejście do mojego biura jest prosto od ulicy. Jestem tutaj sześć dni w tygodniu, a w razie potrzeby można się ze mną kontaktować 24 godziny na dobę, dzwoniąc do mnie na numer 973-303-0498.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Darek Barcikowski

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -