Kiedy 4 lipca 1776 roku Kongres Kontynentalny przyjął Deklarację Niepodległości, Stany Zjednoczone były jeszcze bardziej ideą i politycznym projektem niż państwem, którego istnienie było przesądzone. Trzynaście kolonii wypowiedziało posłuszeństwo jednej z największych potęg ówczesnego świata, ale samo ogłoszenie niepodległości nie oznaczało jeszcze zwycięstwa. O tym miała zdecydować wojna.

Właśnie w tym przełomowym momencie w amerykańskiej historii pojawili się dwaj Polacy: Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski. Nie byli delegatami polskiego państwa ani przedstawicielami regularnej polskiej armii. Przybyli z własnej woli, z Europy oddalonej o tysiące kilometrów, aby wykorzystać swoje wojskowe doświadczenie w walce ludzi, których wcześniej nie znali.
Jeden okazał się znakomitym inżynierem wojskowym. Drugi należał do najbardziej doświadczonych kawalerzystów, jakich młoda armia amerykańska mogła wówczas pozyskać. Obaj znaleźli się tam, gdzie ich umiejętności były naprawdę potrzebne.
W 250. rocznicę amerykańskiej niepodległości ich historie nabierają szczególnego znaczenia. Nieprzypadkowo właśnie Kościuszko i Pułaski znaleźli się w centrum hasła 89. Parady Pułaskiego w Nowym Jorku, które brzmi: „For Our Freedom and Yours! General Kosciuszko and General Pulaski – Soldiers of Liberty for Poland and America. Saluting 250 years of American Independence”.
Ameryka ich potrzebowała
Armia Jerzego Waszyngtona nie powstawała w komfortowych warunkach. Budowano ją w czasie wojny, często z ludzi mających niewielkie doświadczenie w regularnych działaniach militarnych. Brakowało wyszkolonych oficerów, uzbrojenia, pieniędzy, a także specjalistów posiadających wiedzę, której nie można było szybko zdobyć na polu bitwy. Jedną z takich dziedzin była inżynieria wojskowa.
Tadeusz Kościuszko przypłynął do Ameryki latem 1776 roku. W sierpniu znalazł się w Filadelfii, a w październiku Kongres powierzył mu stopień pułkownika i funkcję inżyniera wojskowego. Jego zadaniem nie było przede wszystkim prowadzenie efektownych szarż. Miał robić coś mniej widowiskowego, ale często decydującego o wyniku kampanii: wybierać miejsca pod umocnienia, projektować fortyfikacje, analizować teren, zabezpieczać przeprawy i utrudniać przeciwnikowi marsz.
Kościuszko potrafił patrzeć na pole bitwy jak inżynier. Widział nie tylko żołnierzy i działa, ale także wzgórza, rzeki, drogi, lasy i naturalne przeszkody, które można było wykorzystać.
Najważniejszym sprawdzianem jego umiejętności stała się kampania pod Saratogą w 1777 roku. Zaprojektowane przez niego amerykańskie pozycje na Bemis Heights wykorzystywały ukształtowanie terenu i utrudniały wojskom brytyjskim manewr. Zwycięstwo pod Saratogą było jednym z punktów zwrotnych wojny o niepodległość. Sukces Amerykanów pomógł przekonać Francję do zawarcia formalnego sojuszu z rebeliantami, co zasadniczo zmieniło układ sił w konflikcie. National Park Service podkreśla, że fortyfikacje Kościuszki i jego wykorzystanie topografii bezpośrednio przyczyniły się do amerykańskiego zwycięstwa.
Twierdza nad Hudson
Wiosną 1778 roku Kościuszko trafił do miejsca, które dziś kojarzy się przede wszystkim z najsłynniejszą amerykańską akademią wojskową – West Point.
Wówczas była to strategiczna pozycja nad rzeką Hudson. Kontrola nad rzeką miała ogromne znaczenie: gdyby Brytyjczycy zdołali swobodnie poruszać się jej doliną, mogliby rozdzielić amerykańskie obszary oporu.
Kościuszko kierował rozbudową systemu fortyfikacji West Point. Umocnienia, baterie artyleryjskie i przeszkody nad Hudsonem stworzyły kompleks obronny, którego zdobycie byłoby dla Brytyjczyków niezwykle trudne. To właśnie te fortyfikacje kilka lat później Benedict Arnold próbował przekazać przeciwnikowi w jednym z najsłynniejszych przypadków zdrady w historii Stanów Zjednoczonych.
Kościuszko służył później także na południu pod dowództwem generała Nathanaela Greene’a. Budował łodzie potrzebne do przepraw, wyznaczał obozy, rozpoznawał drogi i rzeki oraz pracował nad fortyfikacjami. Pozostał w amerykańskiej służbie praktycznie do końca wojny.
Nie zdobył swojej amerykańskiej sławy jednym spektakularnym czynem. Jego wkład był bardziej systematyczny: pomagał armii wygrywać dzięki wiedzy, przygotowaniu i wykorzystaniu terenu.
Ojciec amerykańskiej kawalerii
Kazimierz Pułaski przybył do Ameryki później, latem 1777 roku, ale wnosił zupełnie inne doświadczenie. Zanim przekroczył Atlantyk, miał już za sobą walki w konfederacji barskiej i praktyczne doświadczenie w dowodzeniu kawalerią. W Ameryce spotkał się z Jerzym Waszyngtonem, który szybko dostrzegł jego umiejętności. Pułaski nie znał angielskiego i potrzebował tłumacza. Nie znał też amerykańskich realiów. Znał jednak wojnę konną. Okazję do pokazania swoich możliwości dostał niemal natychmiast.
11 września 1777 roku pod Brandywine Brytyjczycy obeszli część amerykańskich pozycji, a armii Waszyngtona groziło rozbicie. Pułaski otrzymał możliwość zebrania kawalerii i osłonięcia odwrotu. Jego działania spowolniły brytyjski nacisk i dały wycofującym się oddziałom czas na opuszczenie pola bitwy. Wkrótce potem Kongres awansował go na generała brygady i powierzył mu dowództwo nad kawalerią.
Nie chodziło więc wyłącznie o legendarną szarżę czy późniejszy romantyczny obraz polskiego kawalerzysty. Amerykanie potrzebowali człowieka, który wiedział, jak z kawalerii stworzyć skuteczne narzędzie wojny.
Pułaski próbował przenieść na amerykański grunt europejskie doświadczenia wojskowe. Organizował szkolenie jeźdźców i koni, uczył żołnierzy taktyki walki kawaleryjskiej. U.S. Army opisuje między innymi stworzoną przez niego szkołę jazdy oraz trening w europejskich metodach działania kawalerii.
W 1778 roku otrzymał zgodę na utworzenie własnej jednostki, która przeszła do historii jako Legion Pułaskiego. Łączyła kawalerię z lekką piechotą i mogła wykonywać zadania wymagające szybkości i samodzielności. W jej szeregach służyli ludzie różnego pochodzenia – Amerykanie oraz przybysze z Europy.
To właśnie z tego okresu wyrasta określenie Pułaskiego mianem „ojca amerykańskiej kawalerii”.
Jego amerykańska historia była jednak krótka. W 1779 roku Pułaski wraz ze swoim Legionem został skierowany na południe. Brał udział w obronie Charleston, a następnie w próbie odbicia Savannah z rąk brytyjskich. 9 października podczas ataku został ciężko ranny kartaczem. Zmarł dwa dni później. Miał zaledwie 34 lata. W przeciwieństwie do Kościuszki nie doczekał amerykańskiego zwycięstwa.
Dwie drogi, wspólne zwycięstwo
Łatwo umieścić Pułaskiego i Kościuszkę obok siebie na patriotycznym plakacie. W rzeczywistości bardzo się różnili.
Pułaski był przede wszystkim żołnierzem kawalerii – dynamicznym dowódcą, dla którego szybkość i bezpośrednia walka były naturalnym środowiskiem. Kościuszko był inżynierem, planistą i człowiekiem, którego najważniejsze osiągnięcia często powstawały jeszcze zanim zaczynała się bitwa. Pułaski zapłacił za amerykańską niepodległość życiem. Kościuszko przeżył wojnę, wrócił później do Polski i w 1794 roku stanął na czele insurekcji wymierzonej przeciw rosyjskiej dominacji.
Łączyło ich natomiast coś znacznie ważniejszego niż narodowość. Obaj wcześniej zetknęli się z problemem ograniczonej suwerenności własnej ojczyzny. Obaj uznali też, że walka o wolność może mieć znaczenie niezależnie od tego, po której stronie Atlantyku się toczy.
Hasło, którego sami nie znali
„Za wolność naszą i waszą” kojarzymy dziś niemal automatycznie z polską tradycją walki o wolność innych narodów. Trzeba jednak zaznaczyć, że ani Pułaski, ani Kościuszko nie walczyli pod tym hasłem. Pojawiło się ono dopiero kilkadziesiąt lat później, w czasie powstania listopadowego. W styczniu 1831 roku znalazło się na sztandarze podczas warszawskiej manifestacji poświęconej rosyjskim dekabrystom. W kolejnych dekadach stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich mott wolnościowych.
A jednak trudno znaleźć dwie postacie, których życiorysy lepiej oddawałyby jego sens. Pułaski zginął, walcząc o niepodległość kraju, którego nie był obywatelem. Kościuszko poświęcił osiem lat amerykańskiej rewolucji, po czym ponownie podjął walkę o wolność własnej ojczyzny. W przypadku Kościuszki idea wolności miała również wymiar społeczny. W testamencie sporządzonym podczas późniejszego pobytu w Stanach Zjednoczonych chciał przeznaczyć swój amerykański majątek na wykupienie z niewoli i edukację osób zniewolonych, w tym ludzi należących do Thomasa Jeffersona. Zapis ostatecznie nie został zrealizowany po długich sporach prawnych, ale pozostaje ważnym świadectwem tego, jak szeroko Kościuszko rozumiał pojęcie wolności.
250 lat później
4 lipca tego roku minęło dokładnie 250 lat od przyjęcia Deklaracji Niepodległości – dokumentu, który ogłosił zerwanie trzynastu kolonii z Wielką Brytanią i sformułował ideę niezbywalnych praw do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
Ani Kościuszko, ani Pułaski nie podpisali Deklaracji Niepodległości. Nie należeli do grona amerykańskich Ojców Założycieli. Nie podejmowali politycznych decyzji, które stworzyły nowe państwo. Pomogli jednak sprawić, że państwo opisane na papierze mogło przetrwać na polu bitwy.
Dlatego po 250 latach ich nazwiska wciąż są obecne w amerykańskiej przestrzeni. Pułaskiego upamiętniają miasta, ulice, pomniki i Fort Pulaski w Georgii. W Filadelfii działa Thaddeus Kosciuszko National Memorial, poświęcony polskiemu generałowi amerykańskiej rewolucji. Obecność obu generałów w amerykańskiej historii pokazuje też, że polsko-amerykańska więź nie zaczęła się wraz z wielkimi falami emigracji XIX czy XX wieku. Polacy byli obecni już przy narodzinach Stanów Zjednoczonych. Kiedy więc 4 października Piątą Aleją przemaszeruje 89. Parada Pułaskiego pod hasłem „For Our Freedom and Yours!”, odwołanie do Kościuszki i Pułaskiego będzie czymś więcej niż historycznym wspomnieniem.
Będzie przypomnieniem o dwóch Polakach, którzy 250 lat temu uznali, że cudza walka o wolność może być również ich sprawą.
WEM


