Strona głównaDziałySylwetki„Polonia cały czas się zmienia”

„Polonia cały czas się zmienia”

Dr Iwona Korga, Wielki Marszałek Parady Pułaskiego 2026, od ponad trzech dekad związana jest z nowojorską Polonią. Historyk, prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce, nauczycielka polonijna i działaczka społeczna opowiada o tym, jak zmieniła się polska społeczność w Stanach Zjednoczonych, o przyszłości organizacji polonijnych, wspólnej historii Polski i Ameryki oraz o dziewięciu intensywnych miesiącach poprzedzających 89. Paradę Pułaskiego na Piątej Alei.

Dr Iwona Korga podczas ceremonii szarfowania, która miała miejsce w styczniu br. w siedzibie polskiego konsulatu na Manhattanie. Fot. Archiwum dr I. Korgi

„Biały Orzeł”: Zacznijmy od momentu, kiedy dowiedziała się Pani, że została wybrana Wielkim Marszałkiem Parady Pułaskiego. Co Pani wtedy czuła? Było to wzruszenie, duma, a może również poczucie odpowiedzialności?

Dr Iwona Korga: Myślę, że była to cała wiązanka emocji. Oczywiście duma i radość oraz przekonanie, że jest to coś wyjątkowego, ale było też olbrzymie poczucie obowiązku. Wiedziałam, że czeka mnie dużo pracy i wiele wyzwań. Miałam też świadomość, że trzeba będzie temu wszystkiemu sprostać i na pewno nie będzie to łatwym zadaniem.

Od szarfowania w styczniu minęło osiem miesięcy. To był bardzo intensywny czas?

Z pewnością wydarzeń było bardzo wiele. Trochę spokojniejszy był lipiec, ale wcześniej właściwie w każdy weekend odbywały się wydarzenia, podczas których trzeba było reprezentować Paradę. Zdarzały się też weekendy, kiedy tego samego wieczoru odbywało się kilka imprez, w trakcie których obecność Marszałka była nieodzowna. Trzeba przy tym pamiętać, że mamy dość duże rozproszenie geograficzne. Jeśli myślimy o szeroko pojętym stanie Nowy Jork czy też stanie New Jersey, to czasami oznaczało to nawet dwie godziny jazdy z jednego miejsca do drugiego. Starałam się więc łączyć wydarzenia, jeśli oczywiście było to możliwe. Bywały uroczystości w piątki, soboty, niedziele, czasami również w inne dni tygodnia. Reasumując – było więc intensywnie, ale też bardzo interesująco.

Starała się Pani być właściwie wszędzie…

Starałam się być w tych miejscach, do których mogłam dojechać i które można było geograficznie ze sobą połączyć. Jako marszałek z Nowego Jorku postawiłam sobie jednak za cel, aby priorytetowo uczestniczyć w wydarzeniach odbywających się w stanie Nowy Jork.

Mieszka Pani w Nowym Jorku od 1991 roku. Pamięta Pani swoją pierwszą Paradę Pułaskiego? Jak patrzyła Pani wtedy na to wydarzenie, a jak patrzy Pani na nie dzisiaj?

Myślę, że na pierwszej Paradzie Pułaskiego byłam albo zaraz po przybyciu do Stanów w 1991, albo w 1992 roku, i był to raczej przypadek. Byłam tego dnia na Manhattanie i w niedzielę szłam na mszę do katedry Św. Patryka i zobaczyłam Paradę. To naprawdę było ogromne wzruszenie, ponieważ nie spodziewałam się, a pewnie nawet nie wiedziałam do końca, że coś takiego w ogóle istnieje. Zobaczyłam masę biało-czerwonych flag i ludzi ubranych w stroje folkowe i ludowe. Było ich znacznie więcej niż dzisiaj. A przed samą katedrą był ogrom ludzi. Przeciskałam się przez ten tłum, żeby wejść na kolejną mszę. Pamiętam moje ogromne zdziwienie, że jest tutaj aż tylu ludzi polskiego pochodzenia. Od tego czasu przez kolejne lata starałam się uczestniczyć w Paradzie najpierw jako widz, a później, kiedy na stałe zamieszkałam w Maspeth, zaczęłam brać udział w Paradzie już jako uczestnik, z kontyngentem z tej dzielnicy, zwłaszcza że w pewnym momencie zostałam wybrana marszałkiem Maspeth. W 2018 roku zostałam z kolei wybrana do Rady Dyrektorów Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej i od tego czasu uczestniczę w Paradzie również jako przedstawiciel Unii.

Przez ponad trzy dekady obserwuje Pani Polonię. Czy nasza grupa etniczna bardzo się przez ten czas zmieniła? Jest to jeszcze ta sama społeczność, którą poznała Pani na początku lat 90., czy już zupełnie inna?

Polonia cały czas się zmienia i są to zmiany na wielu poziomach. W latach 90. mieliśmy wciąż dużą migrację z Polski. Wiele osób przyjeżdżało do Stanów Zjednoczonych ze względów ekonomicznych i było to widać szczególnie na Greenpoincie, ale także w innych miejscach. Było to również doskonale widoczne w prasie polonijnej. Właściwie każdy nosił „Nowy Dziennik”, każdy miał jakąś gazetę, bo internet nie był jeszcze tak rozwinięty. W wydarzeniach polonijnych uczestniczyło bardzo wiele osób. Były polskie delikatesy, sprzedawano polskie obiady. Greenpoint bardzo dobrze się wtedy rozwijał biznesowo. Później przyszedł czas, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej i zaczęły się zmiany. Polacy coraz rzadziej przyjeżdżali tutaj do pracy. Było jeszcze łączenie rodzin, ale doszliśmy do momentu, kiedy właściwie nie ma już nowej fali Polonii. Mamy tę społeczność, która przyjechała i została. I oczywiście w międzyczasie część osób wróciła do Polski. Bardzo dobrze widać to po szkołach polonijnych. Sama jestem nauczycielką polonijną i dzieci, które dzisiaj przychodzą do szkoły, są już kolejnym pokoleniem emigracji. Ich rodzice często urodzili się w Stanach Zjednoczonych. Właściwie to nawet nie mam już w swoich klasach dzieci, które urodziły się w Polsce.

Czy te zmiany ocenia Pani pozytywnie, negatywnie, czy w ogóle nie należy rozpatrywać ich w takich kategoriach?

Myślę, że nie należy dawać im etykietki, czy jest to zmiana pozytywna, czy negatywna. To na pewno zmiana, która będzie miała duży wpływ na to, jak Polonia będzie funkcjonowała przez następne lata i kolejne pokolenia. Jeżeli nie ma nowej Polonii, to musimy nauczyć się pracować z tym tak zwanym drugim pokoleniem Polaków. Są to, jak już wspomniałam, osoby urodzone w Stanach Zjednoczonych, które może nie do końca znają język polski, są zajęte organizacją własnego życia, karierą czy tworzeniem rodziny. Jednak jako organizacje polonijne i działacze Polonii musimy znaleźć sposób, żeby do nich dotrzeć i zachęcić ich do kontynuowania więzi z Polską.

Poprzednie pokolenia miały te mocne korzenie i naturalną więź z Polską. Obecnie wszystko wygląda inaczej…

Myślę, że zmienił się przede wszystkim sposób kontaktowania się. Mamy internet, łatwość rozmów telefonicznych i właściwie bezpłatne, nieograniczone możliwości komunikacji przez WhatsApp czy też Facebook. Możemy zrobić zdjęcie i natychmiast je przesłać. Kilkadziesiąt lat temu było to właściwie nierealne. Żeby zrobić zdjęcie, trzeba było najpierw mieć kliszę, później ją wywołać, a następnie zrobić odbitki i wysłać zdjęcie pocztą. Trwało to wiele dni, a dzisiaj wszystko dzieje się w ciągu kilku minut. Ta więź jest więc inna. Powiedziałabym, że mniej związana z tradycyjnymi formami kontaktu, bardziej elektroniczna, czasami więc bardzo ulotna. Ale z drugiej strony mamy znacznie większe możliwości podróżowania. Dawniej do Polski jeździło się może raz na kilka lat, a dzisiaj rodziny podróżują raz w roku, niektórzy nawet wielokrotnie.

Dzieci, które jadą do Polski na wakacje, zazwyczaj bardzo dobrze się tam czują. Zdarza się nawet, że nie chcą wracać…

Większość moich uczniów, z którymi rozmawiam, bardzo lubi Polskę. Dla mojej córki wakacje w Polsce również zawsze były czymś wyjątkowym. To było piękne miejsce, gdzie było czysto, zielono, było wspaniałe jedzenie. Dzieci wracały zawsze z pozytywną energią, ale także ze znaczną dawką języka polskiego. Szlifowały ten język i kiedy wracały jesienią, mówiły po polsku znacznie lepiej. Później ten poziom stopniowo się zmieniał. Aż do kolejnego wyjazdu do Polski w czerwcu.

Czy jest coś, co miały poprzednie pokolenia emigrantów, a czego jednak brakuje młodym Polakom w Ameryce?

Poprzednie pokolenia, ze względu na trudniejsze możliwości komunikowania się z Polską i odwiedzania kraju, dłużej zachowywały tę „Małą Polskę” w swoich sercach. Starały się też tworzyć tutaj miejsca podobne do tych, które znały z kraju. Były pod tym względem bardziej zdeterminowane. Mam tu na myśli kościół, liczne organizacje skupione wokół kościoła czy też domy narodowe. Cały czas powstawały polskie festiwale, kluby, sklepy czy też delikatesy. Młodsze pokolenia, które już tutaj się urodziły albo dorastały, nie mają takiej potrzeby. Te struktury już istnieją i nawet jeśli czasem nie są perfekcyjne, to młodzi ludzie nowych już nie potrzebują. Nie muszą jeść tylko polskiego jedzenia, chodzić wyłącznie do polskiego klubu czy podróżować jedynie do Polski. Mamy kompletną globalizację wszystkich sfer życia.

Te blisko dziewięć miesięcy marszałkowania oznaczało podróże i spotkania z bardzo różnymi środowiskami polonijnymi. Dowiedziała się Pani w tym czasie czegoś o Polonii, czego wcześniej Pani nie wiedziała? Coś Panią zaskoczyło?

Podróżując po różnych miejscach, poprzez cały Long Island, New Jersey, odwiedzając parafie w Nowym Jorku i uczestnicząc w licznych wydarzeniach, zobaczyłam, że wiele instytucji i kontyngentów, mimo zmian demograficznych, naprawdę bardzo dobrze sobie radzi. Dostrzegłam również, że w wielu z nich działają kobiety i w wielu miejscach to właśnie one przejęły stery. To one dbają o organizacje i ze swoich obowiązków wywiązują się znakomicie. Jest na przykład świetnie działający polski dom w Glen Cove na Long Island i tam też rządzą kobiety. Widać też, że Polonia wciąż wspiera te wydarzenia i że ciągle jest grupa młodych ludzi bardzo zainteresowanych podtrzymywaniem polskości, języka polskiego, tańca, kultury i historii naszego kraju. Nie twierdzę, że jest to sto procent. Może dwadzieścia. Ale to właśnie te osoby będą przekazywały tę wiedzę kolejnym pokoleniom. Dlatego również wszystkie moje obserwacje z tych ostatnich miesięcy są bardzo pozytywne.

Czy obejmując funkcję Wielkiego Marszałka miała Pani jakieś konkretne cele, które chciała Pani osiągnąć?

Myślę, że każdy Wielki Marszałek ma pewne pomysły. Trudno jednak realizować bardzo szerokie cele, ponieważ trzeba mieć na to odpowiedni budżet. Trzeba pamiętać, że Komitet Parady Pułaskiego jest organizacją niedochodową, działają w nim wolontariusze i dysponuje on określonym budżetem. Marszałek przychodzi tylko na jakiś czas i musi liczyć się z tym, że istnieją pewne możliwości, ale są też ograniczenia. Generalnie Marszałek pełni funkcję reprezentacyjną, a Komitet Parady Pułaskiego zarządza. Marszałek może mieć różne pomysły, ale musi również przedstawić sposób, w jaki można je zrealizować i sfinansować. To, co ja chciałam wnieść jako historyk i co, wydaje mi się, rzeczywiście się dzieje, to nagłośnienie 250-lecia powstania Stanów Zjednoczonych i szczególnej roli, jaką odegrali wtedy Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski – generałowie i bohaterowie Polski i Ameryki. W każdym miejscu, w którym przebywałam, mówiłam o tych wydarzeniach i przypominałam historię, która łączy nasze oba narody. Jednocześnie starałam się wspierać lokalne społeczności, dziękować ludziom za pracę, którą wykonują na rzecz utrzymania kultury i języka polskiego. Próbowałam też lepiej poznać sposób, w jaki dana społeczność funkcjonuje. Na pewno chciałam, aby ci ludzie poczuli się docenieni. Tym bardziej, że zazwyczaj bardzo na to zasługują.  

Jako historyk patrzy Pani na Paradę Pułaskiego zapewne trochę inaczej. To wydarzenie o niemal 90-letniej tradycji jest przede wszystkim świętem czy również sposobem zachowania polskiej tożsamości w Ameryce?

Z pewnością jest świętem, ale w dużej części jest ono motywowane potrzebą zachowania tożsamości. Wszystkie wydarzenia, które towarzyszą Paradzie – przygotowania poszczególnych kontyngentów, zbieranie funduszy, późniejsze organizowanie uroczystości, wybory Miss Polonii i marszałków poszczególnych dzielnic – jednoczą lokalne społeczności po to, aby później w ten jeden wyjątkowy dzień mogły zjednoczyć się na jeszcze wyższym poziomie występując wspólnie jako Polonia całego Wschodniego Wybrzeża. To z pewnością bardzo buduje naszą diasporę.

To ciekawe, gdyż zawsze, kiedy mówi się o Paradzie Pułaskiego, wszyscy koncentrują się na jednym dniu na Piątej Alei. Tymczasem również Pani marszałkowanie pokazuje, że to w rzeczywistości wiele miesięcy działalności. Czy właśnie to nie łączy Polonii jeszcze bardziej niż sam kilkugodzinny przemarsz?

Z pewnością jest to ważne. I zadaniem oraz rolą Wielkiego Marszałka jest pobudzić tę lokalną społeczność i powiedzieć: „Jestem tutaj, jestem z wami i razem będziemy szli dalej”. Spotkamy się na Paradzie, ale zanim się spotkamy, jest jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Bo Parada to jest ta kulminacja, ten efekt końcowy, ale wiele dzieje się również wcześniej. Dlatego jako historyk mam też wielką nadzieję, że będę mogła dalej pracować nad zabezpieczeniem zbiorów archiwalnych Parady Pułaskiego i różnych kontyngentów. To jest coś, co nie zostało jeszcze zrobione i czym z czasem trzeba będzie się zająć.

To projekt wykraczający już poza Pani marszałkowanie?

Tak i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować w kolejnych latach wspólnie z Komitetem Parady Pułaskiego, już nie jako marszałek, ale jako osoba, która będzie chciała pomóc, aby to pisane i faktograficzne dziedzictwo zostało zachowane.

Tegoroczne hasło Parady brzmi „Za naszą i waszą wolność – świętując 250 lat amerykańskiej niepodległości”. Trudno chyba o lepsze hasło łączące historię Polski i Stanów Zjednoczonych…

Jestem autorką tego hasła. Samo motto „Za naszą i waszą wolność” powstało później, już w XIX wieku, ale bardzo dobrze ilustruje to, co zrobili Kościuszko i Pułaski. Nie mając możliwości walki o wolną Polskę, wyjechali oni do Stanów Zjednoczonych i tutaj walczyli o wolność Ameryki. Ale walcząc o tę wolność, wiedzieli, że walczą również o Polskę. Przez cały XIX wiek aż do początku XX wieku i zakończenia I wojny światowej Polacy walczyli na frontach praktycznie całego świata o niepodległość i wolność innych narodów, ale oznaczało to również, że cały czas myśleli o swojej ojczyźnie. Wydaje mi się, że nie ma lepszego przykładu, żeby pokazać, że historia Polski i Ameryki oraz przyjaźń pomiędzy naszymi narodami są zbudowane właśnie na fundamencie walki o wolność i niepodległość.

Dokonania Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki są dla Amerykanów częścią historii ich własnego kraju. Czy Pani zdaniem Polonia potrafi na co dzień odpowiednio wykorzystać tę wspólną historię, żeby opowiadać Amerykanom o Polsce?

Żeby dobrze opowiadać historię, trzeba mieć wiedzę, a także potrafić odpowiednio ją przedstawić. W Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze sprawdzają się historie biograficzne. Biografie generała Pułaskiego czy generała Kościuszki są świetnymi elementami, tylko trzeba je pokazać w taki sposób, aby nasz odbiorca to zrozumiał. Trzeba opowiadać barwnie i ciekawie. Obecnie powstają bardzo interesujące książki i filmy. Podczas wydarzeń związanych z Paradą będę wykorzystywała niedawno zrealizowany przez grupę twórców z Polski trzyminutowy film opowiadający o Kazimierzu Pułaskim. „Pułaski” to krótkometrażowy film animowany, którego twórcą jest Krzysztof Noworyta, a współtwórcą reżyser Filip Syczyński, natomiast cała produkcja powstała pod szyldem marek Nostromo oraz Mythscape. Film ten dobrze obrazuje, dlaczego polsko-amerykańskie powiązanie w walce o wolność jest tak ważne. Myślę, że więcej trzeba opowiadać obrazem, a nie tylko słowem. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

W jaki sposób film ten zostanie przedstawiony?

Będziemy pokazywać go tutaj, w Instytucie Piłsudskiego, a także podczas bankietu Parady. Trudno byłoby zaprezentować go podczas samej Parady, bo nie ma tam takich możliwości technicznych. Bankiet, w którym uczestniczy kilkaset osób, jest natomiast bardzo dobrym miejscem. Film pojawił się dopiero niedawno i będzie można wykorzystywać go również podczas różnych innych wydarzeń.

Wiemy już, że gościem muzycznym bankietu będzie znany piosenkarz Andrzej Piaseczny „Piasek”…

Tak. Andrzeja Piasecznego zaprosiła Polsko-Słowiańska Federalna Unia Kredytowa i jego udział w tym wydarzeniu jest przez Unię finansowany.

Instytut Józefa Piłsudskiego w Ameryce regularnie organizuje inicjatywy promujące polskie dziedzictwo, w tym coroczną Noc Muzeów. Na zdjęciu uczestnicy VII edycji poświęconej Ignacemu Janowi Paderewskiemu wraz z dr Iwoną Korgą (w środku), która od 30 lat kieruje pracami Instytutu. Fot. Archiwum dr I. Korgi

Od ponad 30 lat jest Pani związana z Instytutem Józefa Piłsudskiego w Ameryce. Zaczynała Pani jako wolontariuszka, później była Pani pracownikiem i dyrektorem wykonawczym Instytutu, a od 2016 roku jest również jego prezesem. Kiedy zaczynała Pani pracę w Instytucie, przypuszczała Pani, że pozostanie tam tak długo i stanie się on tak ważną częścią Pani życia?

Myślę, że nikt nie zakłada z góry, iż będzie pracował większość swojego życia w jednej instytucji. Kiedy jednak przyszłam do Instytutu, poznałam ludzi i zbiory, a później rozpoczęły się różnorodne zmiany związane z działalnością Instytutu, w tym zmiana siedziby z Manhattanu na Greenpoint, to zdałam sobie sprawę, że istnieje pewna misja, którą muszę, a przede wszystkim chciałabym, kontynuować. Myślę, że ta ciągłość jest bardzo ważna. Nie ma bowiem w Instytucie zmian, które mogłyby nie sprzyjać jego stabilizacji i rozwojowi. Zawsze też miałam oparcie w członkach Rady Instytutu, ale także pomoc własnej rodziny, która wspiera mnie w tym, abym dalej tutaj była.

Można więc powiedzieć, że ta misja rodziła się i utrwalała w trakcie tych wszystkich lat?

Tak uważam. Przez te lata dodałam wiele elementów związanych z misją edukacyjną, wydarzeniami i programami dla dzieci i młodzieży, zarówno ze szkół polonijnych, jak i amerykańskich. To była całkowita nowość w Instytucie. Rozbudowaliśmy również liczbę spotkań i wydarzeń, podczas których Polonia może tutaj przyjść i poczuć się, że jest ich ważną częścią. Historia podawana jest u nas w taki sposób, aby można ją było zrozumieć. To nie jest historia na poziomie akademickim, przeznaczona jedynie dla wąskiej grupy odbiorców. To jest historia dla wszystkich.

Instytut Piłsudskiego przechowuje pamięć poprzednich pokoleń emigracji. Co trzeba uczynić, żeby ta historia nie trafiła tylko do archiwum, ale zainteresowała również młodszych Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia, zwłaszcza tych, którzy urodzili się już w Stanach?

Myślę, że bardzo ważne są projekty, które Instytut realizuje, między innymi prowadzona już od kilkunastu lat digitalizacja. Warto powiedzieć, że zbiory, które trafiły do Instytutu w 1943 roku, uratowane po wybuchu II wojny światowej, są już w pełni zdigitalizowane. Dzięki wsparciu władz Polski, ale również Polonii amerykańskiej, są dostępne i bardzo łatwo można je przeszukiwać. Dla wielu osób mieszkających w Stanach Zjednoczonych kwestie dotyczące polskiej historii są jednak wciąż niejasne. Przyjście do Instytutu, możliwość zadania pytań, dotknięcia historii, zobaczenia obrazów jest takim pierwszym etapem kontaktu z Polską i polskością. Mamy coraz więcej osób z drugiego czy trzeciego pokolenia emigracji, które tutaj przychodzą. Być może nie znają już języka polskiego, ale bardzo chcą dowiedzieć się więcej, zbadać swoje polskie korzenie i zbliżyć się do polskości.

Uczy Pani również młodych ludzi. Czy młodzież rzeczywiście interesuje się dzisiaj Polską i historią, czy może starsze pokolenie po prostu bardzo chce wierzyć, że tak jest?

Myślę, że dużo zależy od wychowania i sytuacji w poszczególnych rodzinach. Jeżeli rodzina interesuje się Polską, podróżuje do Polski, kultywuje język i polskie tradycje, to z pewnością dzieci wyrastają w tym duchu. Jeżeli dodatkowo uczęszczają do szkoły polonijnej, mają szansę jeszcze bardziej się rozwinąć i poznać więcej historii i kultury naszego kraju. Wydaje mi się, że możemy mówić tutaj o jakichś dwudziestu procentach polonijnych rodzin. Pozostałe osoby dokonują innych wyborów. Jest to również związane z miejscem zamieszkania. Nie zawsze szkoła polonijna jest w pobliżu dostępna. Nie zawsze też istnieją możliwości kultywowania języka polskiego czy kultury. W Nowym Jorku i okolicach jest to łatwiejsze, ale w innych stanach może być znacznie trudniej. Może to również zależeć od pracy rodziców czy sytuacji finansowej. Ale nigdy nie jest to do końca stracone. Młody człowiek idzie na studia, później je kończy, zaczyna pracę i może w pewnym momencie zadać sobie pytanie: „Kim jestem?”. Wtedy może wrócić do polskości albo przynajmniej zacząć zadawać sobie pytania na jej temat. Mam wielu młodych ludzi, którzy właśnie z takimi pytaniami przychodzą do Instytutu.

Od lat działa Pani w kilku bardzo różnych obszarach życia Polonii – historii, edukacji, działalności społecznej i instytucjonalnej. Co dzisiaj uważa Pani za największy problem Polonii i organizacji polonijnych? Brak pieniędzy, brak dopływu młodych ludzi i nowej emigracji, problemy ze współpracą, a może coś zupełnie innego?

Wszystko po trochu. Myślę, że przez ostatnie 30 lat organizacje polonijne bardzo się zmieniły, jednak nadal często działają na podstawie struktur, które powstały wiele lat temu. Tymczasem świat uległ olbrzymim przeobrażeniom. Dzisiaj, żeby być organizacją nowoczesną i dobrze zorganizowaną, trzeba mieć duże zasoby finansowe. Stworzenie strony internetowej, obsługa biura, poczty elektronicznej – to ogromna ilość czasu i pracy. Samo utrzymanie biura oznacza wysokie koszty i kwoty wydane na ubezpieczenia. Nie ma się więc co dziwić, że wielu organizacji polonijnych po prostu na to nie stać. W efekcie albo się zamykają, albo ich działalność jest bardzo ograniczona. Kolejną kwestią jest wymiana pokoleniowa, ale mówimy również o wymianie technologicznej. Wszystko jest dzisiaj związane z technologią, a ona niestety jest droga. Może nam się wydawać, że właściwie nic nie kosztuje, ale to nieprawda. Wdrożenie czegokolwiek oznacza nie tylko zakup sprzętu, ale później jego utrzymanie, wymianę co kilka lat oraz ciągłe szkolenie personelu i ludzi, którzy go obsługują.

Czyli jednym z problemów jest ograniczona zdolność adaptowania się organizacji, które często powstały bardzo dawno, do zupełnie nowych warunków funkcjonowania?

Tak, a także fundusze, które nie są stałe. Organizacje non-profit w Stanach Zjednoczonych muszą te pieniądze zdobywać. Istnieją również możliwości stworzone przez rząd polski, ale korzystanie z nich także jest wymagające. Na pewno przetrwają najsilniejsi. Z drugiej strony widzimy również, że Polonia przez ostatnie kilkadziesiąt lat nie stworzyła nowych trwałych instytucji. Jeżeli je tworzyła, to często nie przetrwały. Pozostały przede wszystkim te, które powstały na początku XX wieku albo w okresie II wojny światowej, czy też jeszcze później w latach 70. i 80.

Polonia jest jednak wciąż bardzo liczna. Często można usłyszeć opinię, że jej znaczenie polityczne i społeczne w Stanach Zjednoczonych powinno być znacznie większe. Zgadza się Pani z tą opinią?

Oczywiście, ale to zależy od samej Polonii. Jeżeli Polonia będzie głosowała, będzie wybierała swoich reprezentantów i sama będzie miała przedstawicieli, którzy zechcą działać w polityce, to z pewnością pojawią się większe możliwości. Jeżeli tego nie ma, trudno się dziwić, że kandydaci polityczni nie interesują się Polonią aż tak bardzo.

A jak ocenia Pani współpracę pomiędzy organizacjami polonijnymi? Potrafimy ze sobą współpracować?

Mogę jedynie odpowiedzieć na przykładzie Instytutu i jego kontaktów. Współdziałamy z sukcesami z organizacjami o podobnym profilu: z Fundacją Kościuszkowską, Polskim Instytutem Naukowym, Muzeum Polskim w Ameryce w Chicago czy Stowarzyszeniem Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. Współpracujemy na różnych płaszczyznach – przy projektach, konferencjach, poprzez wsparcie instytucjonalne, poradnictwo, tworzenie programów czy też przy organizacji wspólnych wydarzeń. W Polsce współpracujemy również z Naczelną Dyrekcją Archiwów Państwowych, Biblioteką Narodową i wybranymi ośrodkami uniwersyteckimi. Ponieważ pochodzę z Krakowa, czuję się także reprezentantką tego miasta. Staramy się również współdziałać z organizacjami amerykańskimi oraz uniwersytetami, gdzie możemy prowadzić wymianę naukową czy przygotowywać wystawy. Współpracujemy także z Metropolitan New York Library Council, skupiającym biblioteki i archiwa. Działamy branżowo, działamy profesjonalnie i to działa. Takie jest moje doświadczenie.

Co roku podczas śniadania po mszy w katedrze Św. Patryka przedstawiany jest również Honorowy Marszałek Parady. Kto nim będzie w tym roku?

Honorowym Marszałkiem Parady Pułaskiego będzie dr hab. Karol Polejowski, zastępca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Wydaje mi się, że bardzo dobrze podkreśla to współpracę Polonii, ale także współpracę środowisk, z których sama się wywodzę – naukowych, historycznych i archiwalnych – na rzecz zabezpieczania polskiego dziedzictwa narodowego. Przyjedzie także duża delegacja Instytutu Pamięci Narodowej, co pozwoli na dyskusje i rozmowy na wiele tematów. Jestem bardzo wdzięczna, że prezes Polejowski zgodził się przyjąć tę nominację.

4 października stanie Pani na Piątej Alei. Za Panią będą tysiące ludzi, wszędzie biało-czerwone flagi i stroje ludowe. O czym będzie Pani wtedy myślała?

Z pewnością będę myśleć o polskim dziedzictwie i o tym, że Polonia mimo wielu lat na emigracji wciąż trwa. Trwa język polski, trwają mocno zakorzenione polskie hasła jak „Bóg, Honor, Ojczyzna”, które znajdują się na sztandarach Wojska Polskiego. Może jest to dzisiaj mniej popularne nawet w Polsce, ale tutaj wciąż pozostaje ważne. Polonia przechowała tę wiedzę, pamięć i znaczenie tych słów i wciąż podąża w tym kierunku.

Dużo wiemy o Pani działalności zawodowej i społecznej, natomiast stosunkowo niewiele o życiu rodzinnym i prywatnym. Czy rodzina wspierała Panią przez te intensywne miesiące marszałkowania? Czy ona również jest mocno związana z Polonią i polskimi tradycjami?

Z reguły bardzo niewiele mówię o swoim życiu prywatnym. Tworzymy zwyczajną polską rodzinę. Mój mąż, Krzysztof, z którym jestem od prawie 30 lat, oraz nasza 25-letnia córka Aleksandra bardzo mnie wspierają i to zarówno w mojej pracy zawodowej w Instytucie, w szkolnictwie, jak i w innych dziedzinach działalności. W domu rozmawiamy po polsku. Staramy się też czytać zarówno polskie, jak i amerykańskie książki, oglądamy polską i amerykańską telewizję. Podróżujemy regularnie do Polski. Ja pochodzę z Krakowa, mój mąż z Zamościa. Nasza córka jest absolwentką Szkoły Kultury i Języka Polskiego im. Jana Pawła II w Maspeth. Ukończyła St. John’s University – studia licencjackie i magisterskie – i obecnie pracuje jako neurologopeda w stanie Nowy Jork. Oczywiście najbliżsi będą ze mną podczas bankietu i przez cały dzień Parady. Towarzyszyli mi także podczas wydarzeń związanych z przygotowaniami do tego wydarzenia.

Dr Iwona Korga z rodziną: mężem Krzysztofem i córką Aleksandrą. Fot. Archiwum dr I. Korgi

A co Wielki Marszałek robi w czasie wolnym? Jakie ma Pani hobby i zainteresowania?

Moją wielką pasją są podróże. Uwielbiam Florydę, gdzie często wyjeżdżam, jeśli tylko mam taką możliwość. Bardzo lubię również czytać książki, szczególnie biografie i pamiętniki oraz zwiedzać rozmaite muzea. No i oczywiście spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, bo wydaje mi się, że nic nie zastąpi wspólnej rozmowy i wymiany doświadczeń. To jest dla mnie bardzo ważne.

Kogo szczególnie chciałaby Pani zobaczyć 4 października na Piątej Alei? Czy zależy Pani również na obecności tych Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy nigdy wcześniej na Paradzie Pułaskiego nie byli?

Zapraszam wszystkich. Tych, co przychodzą zawsze, i tych, dla których będzie to pierwsze, niezwykłe doświadczenie. Mam nadzieję, że aura będzie słoneczna i że na Piątej Alei pojawi się jak najwięcej osób. Bo gorącą atmosferę to już teraz mogę obiecać. Do zobaczenia na Paradzie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marcin Żurawicz

spot_img
Poprzedni artykuł

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane