Gdy w lutym 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, tysiące osób uciekających przed wojną skierowały swoje kroki do Polski. To było zarówno ogromne wyzwanie logistyczne, jak i sprawdzian ludzkiej solidarności dla Polski i Polaków. Jak wyglądała pomoc ukraińskim uchodźcom tuż po wybuchu wojny, a jak funkcjonuje to teraz, trzy lata odkąd trwa pełnoskalowy konflikt w Ukrainie? Czy Polacy stanęli na wysokości zadania i czy nadal chcą pomagać oraz jak w tę pomoc może włączyć się Polonia? O tym w rozmowie z „Białym Orłem” opowiada Krzysztof Szczęsny, współzałożyciel i prezes Humanitarian Innovation Group, a także dyrektor Centrum Pomocy Humanitarnej Global Expo w Warszawie, będącym od końca lutego 2022 roku ośrodkiem recepcyjnym dla tysięcy uchodźców z Ukrainy, który 18 lutego br. przebywał w Bostonie, gdzie jako gość honorowy wziął udział w otwarciu prezentowanej w Massachusetts State House wystawy fotografii ,,Wojna, opór i pomoc humanitarna”, wykonanych przez ukraińskich i amerykańskich fotografów w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

„Biały Orzeł”: Co spowodowało, że zająłeś się działalnością humanitarną?
Krzysztof Szczęsny: Patrząc z perspektywy czasu, to szereg rzeczy musiało się w moim życiu wydarzyć, abym robił to, co dzisiaj wykonuję. Skończyłem Akademię Muzyczną w Gdańsku, grałem z artystami, którzy mieli nagrody Grammy na swoim koncie, były sukcesy i porażki, zostałem konsultantem biznesowym. Wśród moich klientów była grupa osób z branży eventowej, szukaliśmy pomysłu na działalność i wkrótce rozpoczęła się wojna w Ukrainie, ruszyła do Polski fala ukraińskich uchodźców, a obiekt jednych z klientów – Global Expo – został wyselekcjonowany przez wojewodę do zorganizowania centrum pomocy. Podjęliśmy więc tę rękawicę rzuconą nam przez los i już w ciągu kilku dni pierwsi ukraińscy uchodźcy pojawili się w naszym centrum.
Jak radziliście sobie z pozyskiwaniem środków na Waszą działalność?
Na początku operator obiektu miał umowę pomiędzy spółką operatorską a wojewodą. Następnie dołączyło szereg wolontariuszy, organizacji pomocowych z Polski oraz z całego świata. Warszawa przyjęła ponad milion uchodźców z Ukrainy w ciągu kilku tygodni. Stworzyliśmy największe w Polsce centrum dla uciekających przed wojną. Zaczęło się od tego, że powstał punkt medyczny, catering, gdzie wszyscy jedli, część noclegowa, miejsce dla najmłodszych, żeby mieli się gdzie bawić. I tak mimowolnie zaczęła funkcjonować seria pilotażowych projektów…
Jak długo ci ludzie u was przebywali?
Jedni byli u nas pół dnia, bo np. dowiedzieli się, że odjeżdża autobus do Niemiec, gdzie przebywali już ich krewni, inni kilka dni, jeszcze inni znacznie dłużej, nawet półtora roku. Wszystko opierało się na bardzo spontanicznych decyzjach, ktoś przyjechał, ktoś wrócił, ktoś został. Proszę sobie wyobrazić rotację 1000, 1200 osób dziennie. W pewnym momencie mieliśmy trzy i pół tysiąca ludzi pod jednym dachem.

Jaką strategię przyjęły wtedy władze Polski?
Sytuacja była niezwykle dynamiczna. Zakładano, że nasz ośrodek będzie miejscem tymczasowym, że wojna szybko się skończy, nikt nie planował, że inwazja Rosji rozszerzy się na kolejne regiony Ukrainy. Osoby, które u nas przebywały, też żyły taką nadzieją. Mieliśmy grupę, przeważnie ludzi starszych, albo samotnych, albo niepełnosprawnych, które nie wiedziały, co z sobą zrobić, więc czekały, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc… Dopiero po pięćdziesiątym którymś dniu dotarło do nas początkowe wsparcie z ONZ, wtedy też zaczęły powstawać bardziej stabilne projekty. W punkcie medycznym utworzyliśmy zespół, który zaczął koordynować wsparcie tym osobom odpowiednie grupy inwalidzkie, dzięki czemu ci ludzie mogli starać się znaleźć jakąś pracę.
Jak zachowywali się przeciętni Polacy, czy chcieli pomagać?
My, jako naród, daliśmy z siebie wszystko, zdaliśmy najtrudniejszy egzamin z humanizmu, jaki kiedykolwiek się wydarzył. Ten okres był dosyć długi i społeczeństwo polskie, które jest takie postułańskie, jak pomaga, to już na maksa, tej pomocy było tak dużo, iż zacząłem mieć wrażenie, że powstała jakaś dysproporcja, po jakimś czasie ta pomoc nie była już tak szanowana, jak być powinna…
Także tu, w USA, to, co Polonia zrobiła dla pomocy Ukraińcom, było chyba największym zrywem od czasów Solidarności. Nic tak nie zjednoczyło Polaków tutaj, jak ten konflikt…
Nawet nie myślałem, że jesteśmy tak kreatywnym społeczeństwem. Wszyscy – ludzie w naszym zarządzie, którzy pracowali na okrągło, wolontariusze, osoby, które przychodziły tylko na kilka godzin do pomocy, dokonywali rzeczy na pierwszy rzut oka niemożliwych, aby nasz campus funkcjonował pełną parą. Mamy chyba taką wyćwiczoną siłę, może to jeszcze z okresu komuny, ze stanu wojennego, nic nie jest w stanie nas zatrzymać, gdy uważamy, że coś jest ważne i konieczne do zrobienia.
Jak postrzegały was delegacje, które odwiedzały Centrum Pomocy na Modlińskiej?
Żałuję, że nie mam tego na piśmie, ale menadżerowie z ONZ, szefowie międzynarodowych koncernów jak PEPSICO, Lufthansa, przedstawiciele organizacji pomocowych działających na całym świecie mówili, że jest to najlepiej zorganizowany ośrodek, jaki kiedykolwiek widzieli, czegoś takiego jeszcze nie było, sam obiekt Global Expo Center jest piękny.
Na świecie tę rolę spełniają tak zwane collective shelters…
Tak, namioty, koczowanie na dworcach, pod gołym niebiem. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że do jednego miasta zjeżdża nagle setki tysięcy osób. Wiadomo, co nastąpi, niektórzy mają pieniądze i idą do hoteli, część znajdzie miejsce u lokalnej społeczności, reszta znalazłaby się na ulicy, gdyby nie takie ośrodki jak nasz właśnie. Przybywali do nas ludzie, czasami z jedną lub dwoma reklamówkami z IKEA, to było wszystko, co mieli. W szczycie tej fali uchodźców wydawaliśmy dziennie 3.5 tys. śniadań, lunchów, obiadokolacji. Zaczęły do nas dołączać różne międzynarodowe organizacje pomocowe. Pomogli nam przygotować 2 mln posiłków. W ciągu 2 lat korzystaliśmy z kilku firm cateringowych, daliśmy schronienie 75 tys. uchodźców, relokowaliśmy 37 tys. osób do różnych miejsc: zaczęliśmy od Warszawy i okolic, potem w Polsce, ale także w Europie zachodniej, Japonii, Kanadzie i w USA.
Jakie przeszkody napotykaliście podczas tych już prawie 3 lat niesienia pomocy przybyszom z Ukrainy?
Teraz, z perspektywy czasu, nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak udało nam się dotrwać do dzisiaj. To były dziesiątki tysięcy uchodźców, w 3. lub w 4. miesiącu straciliśmy dofinansowanie z rządu, wycofał się też wojewoda, ale my wtedy już widzieliśmy, że nasz projekt jest unikatowy i szukaliśmy osób i organizacji, które pomogłyby nam ten obiekt utrzymać. Zobaczyliśmy, że są z nami ludzie z Polonii amerykańskiej, więc poprosiliśmy wszystkich, aby zastanowili się, co możemy zrobić, aby dalej działać. Powstał pomysł, abym poleciał do USA i przejechał od jednego brzegu do drugiego, opowiadając o tym, co robimy, co dzieje się w Polsce. I trzeciego czy czwartego dnia tej podróży dostaliśmy czek na milion dolarów od prywatnej rodzinnej fundacji, to chyba był prezent z nieba za to, co robiliśmy…
Na jak długo wystarczył ten milion dolarów?
Na około cztery miesiące. Potem były jeszcze inne formy pomocy, trochę funduszy otrzymaliśmy znowu z rządu, i tak przeżywaliśmy z miesiąca na miesiąc. W tym czasie powstały przedszkola i żłobki, szkoła średnia, programy relokacyjne dalej funkcjonowały, coraz więcej NGO-sów przybywało z Europy i świata z pomocą, 4 tys. wolontariuszy też przyczyniało się do w miarę stabilnego funkcjonowania Ośrodka na Modlińskiej. Przez network mojego brata, który jest antropologiem i w Ukrainie i postsowieckich krajach pracował jako ekspert edukacyjny, otrzymaliśmy zapytanie, czy nie chcielibyśmy zbudować w Ukrainie młodzieżowego centrum dokształcającego i tak powstał w Tarnopolu pierwszy taki obiekt, który utworzyliśmy razem z władzami lokalnymi, a potem z ministerstwem młodzieży, rodziny i sportu powołaliśmy kolejne cztery podobne centa. To był bardzo duży projekt, ostatni punkt powstał pół roku temu, już w tak zwanej strefie czerwonej, 60 mil od linii frontu, w którym zgromadziliśmy tę młodą generację dzieciaków, którzy zobaczyli już za dużo i mają naprawdę traumatyczne doświadczenia za sobą.
Relokacja uchodźców z Ukrainy to na pewno złożony problem. Jak to przebiegało w waszym codziennym działaniu?
Zobaczyliśmy, że relokacja często wiąże się z edukacją, że nie możemy wysyłać ludzi nie wiadomo gdzie i po co, postanowiliśmy zbudować bardziej stabilny system, w którym uchodźca staje się bardziej zintegrowanym członkiem tej nowej dla niego społeczności lokalnej. Na początku razem z polskim ministerstwem spraw zagranicznych mieliśmy zweryfikowanych partnerów z różnych krajów, przeważnie europejskich. Jeśli przychodził ktoś, np. reprezentant jakiegoś NGO-sa z Niemiec, to musiał się najpierw wylegitymować, przedstawić paszport, od razu szedł mail do ambasady Niemiec, aby go zweryfikować, była cała procedura.
Czyli relokacja odbywała się przez sprawdzonych partnerów z innych krajów?
Tak, tak to przebiegało, ale potem zobaczyliśmy, że część Ukraińców wracała do naszego ośrodka. W tym momencie mieli być w Berlinie, a ponownie meldowali się u nas. Okazało się, że było dużo czynników, których my nie braliśmy pod uwagę. Na przykład w Berlinie był bardzo podobny ośrodek do naszego, ale mniejszy, i tam byli też uchodźcy z Syrii i Afganistanu, i dla takiej babci z wnuczką, albo dla samotnej matki, która po raz pierwszy wyjechała za granicę, taki kulturowy crash to było naprawdę dużo, zderzenie z tak odmienną kulturą było dla nich nie do zaakceptowania, więc postanowili wrócić. Gdy zobaczyliśmy te fale powrotów, przeprowadziliśmy w gronie naszego zespołu burzę mózgów i zdecydowaliśmy się przygotować naprawdę solidny projekt, w którym będziemy mogli zająć się osobą relokowaną, od takiej podstawowej potrzeby jak edukacja zawodowa, do nawet edukacji wyższej.
W masowych środkach przekazu raczej się o tym nie słyszało…
Media nie poruszały tego tematu. Traf chciał, że poznałem naszych przyszłych partnerów z Japonii, którzy w swoich lokalnych mediach usłyszeli o ogromnej fali emigracji z Ukrainy przetaczającej się przez Polskę i stwierdzili, że muszą pomóc. Przylecieli z Tokio do Warszawy, pracownicy ambasady japońskiej akurat byli u nas wcześniej, więc skierowali ich do naszej placówki na Modlińską. Okazało się, że to byli też migranci, którzy przyjechali z Brazylii do Japonii 40 lat temu i mieli taką wewnętrzną potrzebę, by pomóc innym, bo kiedyś sami byli w podobnej sytuacji, bez języka, bez dobrego startu. Dowiedziałem się, że jeden z nich ma agencję pracy i tworzy grupy, które są podwykonawcami większych firm działających w Japonii, np. SevenEleven. Zaproponowali przyjąć 10 czy 15 osób, zapewnili, że zorganizują mieszkania, pracę i w ten sposób powstał projekt pełnej integracji uchodźców ze społecznością lokalną w kraju kwitnącej wiśni.
Jak ten niecodzienny eksperyment się zakończył?
Pełnym sukcesem. Po weryfikacji, po podpisaniu umów trójstronnych, wysłaliśmy pierwsze osoby, i po jakimś czasie dostaliśmy telefon z dużej organizacji charytatywnej w USA, którzy dowiedzieli się o tym pomyśle i stwierdzili, że chyba zrobiliśmy najtrudniejszą rzecz w historii relokacji uchodźców. My zrobiliśmy to tak, że od razu była koncentracja osób relokowanych na edukacji, na pracy, i ta metoda okazała się strzałem w dziesiątkę. Potem doszliśmy do wniosku, że uczynimy ten projekt jeszcze bardziej rozbudowany. Cały ten proces był kosztowny, trzeba było kupić bilet, odpowiednio wyposażyć osobę wysyłaną, to generowało koszty z naszej strony, partner japoński też ponosił znaczne wydatki, zaczęliśmy się zastanawiać, jak bardziej zbilansować te projekty relokacyjne, bo my nie tylko pomagamy tej osobie jadącej do pracy, ułatwiamy też biznesowi, który zatrudnia migranta, kolejną stroną jest lokalny rząd, który zyskuje podatnika, sam uchodźca też jest beneficjentem, więc gdybyśmy od każdego z nich dostali tylko ułamek finansowania, to ten projekt stanie się jeszcze bardziej stabilny i szerzej dostępny. Zapytaliśmy naszych podopiecznych, czy gdybyśmy spowodowali, że od pierwszego dnia będą oszczędzać swoje środki, bo damy im godną pracę, nie jakieś tam minimum socjalne, damy im mieszkanie w niższej cenie niż średnia na rynku, czy nie kupiliby biletu dla kolejnej osoby. I tak powstało swoiste perpetum mobile samopomocy. Jeśli ktoś jest w stanie sfinansować bilet, ktoś zapłacić za kolejną rzecz, to może się okaże, że jesteśmy właściwie samowystarczalni, nie będziemy musieli prosić o pomoc z zewnątrz, tylko zbudujemy samofinansujące się projekty pomocowe.
Możecie mówić o sukcesie?
Przemawiają za tym fakty. Zaczęliśmy mieć coraz więcej partnerów ze Stanów Zjednoczonych. Zaproponowali nam otworzenie fundacji w USA, dzięki czemu oni będą mogli całą tę pomoc rozliczyć podatkowo. I rzeczywiście, powołaliśmy Humanitarian Innovation Group i te projekty, czy to związane z edukacją czy relokacją są rozwijane w innych częściach świata. Obecnie już rozwijamy nasze projekty i są one na ministerialnym poziomie. W Ukrainie podpisaliśmy umowy z rządem i otworzyliśmy rok szkolny z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim, dostaliśmy kilka wyróżnień i nagród. To pokazuje, że jak mamy odrobinę wolności i finansowania, to jesteśmy zdolni dokonywać cudów, przenosić góry.

Jakie zadania stawiacie sobie przed organizacją powołaną w Nowym Jorku? Chodzi o opracowanie modeli działania fundacji w różnych częściach świata?
W istocie. Przyleciałem do Stanów z kolegami, żeby stworzyć takie laboratoria innowacji. Jeden hub powstaje w Warszawie, drugi chcemy, aby ruszył tutaj, a trzeci ma być założony w Indonezji. I to też dlatego, że te rzeczy, które zbudowaliśmy, chociażby związane z aktywizacją zawodową i treningiem nowych kompetencji młodzieży, bo tym się zajmują nasze centra edukacyjne w Ukrainie – one powodują, że te projekty mogą się samofinansować, na zasadzie inwestowania społecznego, ale pojawiły się też inne pytania. Na przykład Armenia chce, aby wesprzeć edukację pozaszkolną jeszcze inne organizacje zapraszają nas do Ugandy, do Kampali, aby zrobić coś z aktywizacją zawodową, może lepiej nazwać to starszej młodzieży jak to się mówi tam o nich – z working youth.
Co może zrobić przeciętna osoba, powiedzmy ktoś z Polonii, gdyby chciał włączyć się w wasze projekty?
Zapraszamy do nas, do naszych struktur. Ale też chcielibyśmy, aby ludzie naprawdę zaangażowali się, użyli swoich kreatywnych zdolności. Z mojego doświadczenia wiem, że ludzie w zdecydowanej większości są dobrzy, że ludzie są sprawczy. I to pokazało nasze społeczeństwo w kraju w ostatnich latach, także Polonia w Stanach, która może być wzorem do naśladowania dla innych. Uchodźca to nie jest tylko problem dla lokalnej ekonomii, to może być pewna szansa, i to my, Polacy, udowodniliśmy wielokrotnie.
To, o czym opowiadasz, na każdym etapie wymaga doprecyzowania wielu detali. Jak to robicie?
Nasz zespół to tak naprawdę sześć osób, którzy pracują dzień i noc, a potem mamy sieć lokalnych partnerów. Chcielibyśmy ją zwiększyć do mniej więcej 12 osób, które systematycznie budują strukturę, współpracują z uniwersytetami, aby rozwijać każdy projekt, nawet te najprostsze, jak lokalna piekarnia, lokalna kawiarnia, które przy dużym zaangażowaniu uczestników mogą urosnąć do rozmiarów sieciówki, która integruje społecznie, pomaga osobom w kryzysie bezdomności, nie tylko chodzi tu o uchodźców, chodzi o wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Jako ludzie mamy bardzo dużo do podzielenia się z innymi. To mogą być oczywiście donacje, ale gdy udaje nam się zebrać twoje unikalne zdolności, wiedzę, którą zdobywałeś przez wiele lat pracy zawodowej, to mamy wszystko. Wtedy możemy zmieniać świat.
Dziękuję za rozmowę i życzę Ci i całej fundacji sukcesów w kraju i wszędzie tam, gdzie tak energicznie i efektywnie działacie.
Rozmawiał Marcin Bolec
Fot. Marcin Bolec, Lidia Bolec
The Humanitarian Innovation Group (HIG) to organizacja, której celem jest zapewnianie pomocy humanitarnej osobom w kryzysie. HIG we współpracy z międzynarodowymi partnerami aktywnie wspiera uchodźców, realizując pionierskie programy edukacyjne i azylowe, obejmujące zakwaterowanie, szkolenia oraz wsparcie społeczne. Organizacja działa także na rzecz przełamywania barier w zatrudnieniu uchodźców, oferując kursy językowe, programistyczne i zawodowe, które pomagają im odzyskać niezależność finansową.
* * *
Centrum Pomocy Humanitarnej Global Expo to ośrodek recepcyjny dla uchodźców z Ukrainy, zlokalizowany w halach wystawowych przy ulicy Modlińskiej 6 w Warszawie. Jest to jedno z największych centrów pomocy humanitarnej w Europie i kluczowy punkt wsparcia dla osób uciekających przed wojną w Ukrainie. Osoby w kryzysie znajdują tam schronienie i pomoc w uzyskaniu dokumentów, a także otrzymują wyżywienie. Uchodźcy uczestniczą również w kursach i wydarzeniach kulturalnych, które mają na celu integrację oraz pomagają w rozpoczęciu nowego życia.



