sobota, 22 czerwca, 2024
Strona głównaDziałySylwetkiWarszawiak Wojciech Kaniewski podbija produkowanymi przez siebie oknami Amerykę

Warszawiak Wojciech Kaniewski podbija produkowanymi przez siebie oknami Amerykę

Choć większość osób przybywających do Stanów Zjednoczonych marzy o spełnieniu swego „American Dream”, to Polaków, którym udało się odnieść prawdziwy sukces w Ameryce, nie ma wielu, zwłaszcza w obszarze produkcji przemysłowej. Dziś na naszych łamach prezentujemy sylwetkę jednego z nich. To, czego na niezwykle konkurencyjnym rynku dokonał Wojciech Kaniewski, założyciel i prezes firmy Okna Windows z siedzibą w Bristolu w stanie Pensylwania, budzi szacunek. W rozmowie z „Białym Orłem” opowiada o szczegółach swojej kariery.

Wojciech Kaniewski jest przykładem Polaka, który odniósł w Ameryce ogromny sukces w biznesie. Na zdj. w hali produkcyjnej swojej fabryki okien. Fot. Waldemar Piasecki

Jest Pan uważany za przedstawiciela polskiej emigracji lat dziewięćdziesiątych, który odniósł największy sukces w Stanach w dziedzinie produkcji. Podziela Pan ten pogląd?

Wojciech Kaniewski: Coś się udało zrobić… Oczywiście nie znam wszystkich Polaków, którzy zajmują się w Ameryce produkcją przemysłową konkretnych dóbr. Pośród tych, których znam, nasza firma Okna Windows lokuje się rzeczywiście w ścisłej czołówce. Lokuje się też w ścisłej czołówce amerykańskich producentów okien.

Z rocznym przychodem szacowanym na 55 milionów dolarów, jak można się dowiedzieć z ogólnodostępnych danych…

Bez komentarza. Proszę o następne pytanie.

Jaka jest zatem produkcja i zatrudnienie waszej fabryki w pensylwańskim Bristolu?

Zatrudniamy około trzystu pięćdziesięciu pracowników. Produkujemy około dziewięciuset okien dziennie, a ponad 200 tysięcy rocznie. Nasza fabryka zajmuje powierzchnię dwudziestu dwóch tysięcy metrów kwadratowych. Jest w pełni nowoczesna, skomputeryzowana, stale modernizowana oraz odpowiadająca najnowszym osiągnięciom produkcyjnym i organizacyjnym naszej branży.

Z czego, jak rozumiem, jest Pan dumny…

Oczywiście.

Na tym na razie poprzestańmy. Zajmijmy się dochodzeniem do Pańskiego sukcesu. Z jakich stron Polski i z jakiej rodziny Pan się wywodzi?

Jestem warszawiakiem. Rodzice mieszkali na Ochocie, a pracowali w Ursusie, gdzie się zresztą poznali. Dziadek ze strony ojca, Bronisław Kaniewski, był wiernym żołnierzem, a potem podoficerem Józefa Piłsudskiego. Musiała być ta wierność odwzajemniana, skoro znalazł się w obstawie Marszałka, kiedy ten w maju 1926 roku przejmował stery Rzeczypospolitej, obalając warcholskie i skorumpowane władze Wojciechowskiego i Witosa. Kiedy Piłsudski spotykał się z Wojciechowskim na moście Poniatowskiego, by mu zakomunikować przejęcie władzy, dziadek był naprawdę niedaleko tego wydarzenia. Lata przedwojenne spędził na gospodarce w Grodzisku Mazowieckim. Po tak zwanym wyzwoleniu spod hitlerowskiej okupacji dziadek-piłsudczyk zajmował się główne schodzeniem z celownika komunistom. Dlatego miedzy innymi posłał swego syna do pracy w fabryce traktorów w Ursusie.

Dziadek ze strony mamy, Mikołaj Kalinowski, był reemigrantem z Ameryki. Pod Białymstokiem kupił majątek. Prowadził barwne życie. Zza oceanu sprowadził na przykład konie, które miał jedynie ku uciesze. Kiedy we wrześniu trzydziestego dziewiątego weszli Sowieci i zajęli majątek, dziadek nieopatrznie postawił im się komunikując, że jest… obywatelem amerykańskim. Zapłacił za to życiem. Po wojnie rodzina niemal wszystko straciła i musiała sobie jakoś radzić w nowych warunkach. Mama poszła do pracy w Ursusie.

Przyszedł Pan na świat w tak „urobotniczonej” rodzinie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Zdobył Pan wykształcenie mechaniczno-samochodowe…

Tak było. Ciągle jednak ciągnęło mnie w świat. W początku lat osiemdziesiątych, dzięki jakimś rodzinnym koneksjom, udało mi się wkręcić do przedsiębiorstwa „Megadex”, które eksportowało wtedy do Nigerii i tam instalowało urządzenia elektryczne. Po wielu rozmaitych „przygodach” udało mi się zakwalifikować na wyjazd kontraktowy do tego kraju. Nie było to łatwe, bo okazało się, że ci, co decydowali, dowiedzieli się, pewnie z bezpieki, o moim dziadku – piłsudczyku. Dostawałem jakieś idiotyczne pytania w tej kwestii. Zawsze odpowiadałem, że niby gdzie on miał służyć, jak nie u Piłsudskiego, który wtedy dowodził? Wreszcie się odpieprzyli i pozwolili wyjechać. Te trzy i pół roku pracy w Nigerii pozwoliło odłożyć sporo, jak na polskie warunki, oszczędności.

I co dalej?

Też się zastanawiałem. Kolega, który mieszkał w Stanach i akurat był w Polsce, zaproponował, żebym do niego przyjechał na zaproszenie. Poszedłem do amerykańskiego konsulatu w Warszawie bez specjalnej nadziei, że dostanę wizę. Konsul wdał się w rozmowę ze mną i pewnie zrobiło na nim wrażenie, że miałem dziadka Amerykanina. Dostałem!

Jak wyglądały Pana początki w Stanach?

Poleciałem sam, bo zapraszający mnie kolega musiał pozostać w Polsce w związku ze sprawami rodzinnymi. Odebrała mnie z lotniska w Nowym Jorku jego znajoma. Zwiedzałem miasto. Potem zacząłem się rozglądać na Greenpoincie za jakimś zajęciem. Trafiłem do polskiego warsztatu samochodowego. Właściciel szybko się zorientował, że coś potrafię. Dał mi zadanie uruchomienia starego auta z lat pięćdziesiątych, z którym nie mogli sobie poradzić, a na które był dobry kupiec-kolekcjoner. Udało mi się je nie tylko odpalić, ale przygotować do sprzedaży. Poszło za dobre pieniądze. Szef mi dziękował. Myślałem, że da mi jakąś podwyżkę, bo miałem tylko pięć dolarów na godzinę, ale oczywiście się zawiodłem. Jeden z klientów, który widział, co umiem, polecił mnie do amerykańskiego warsztatu na Queensie. Od razu dostałem piętnaście dolarów na godzinę. Po jakimś czasie dostałem propozycję pracy przy renowacji starych mebli. Właścicielem firmy był polski Żyd, który przyjechał do Stanów z Izraela. Traktował mnie bardzo dobrze, niemal po synowsku. Na koniec zaproponował, abym został wspólnikiem. Zarobiłem trochę pieniędzy i uruchomiłem własną firmę zajmującą się adaptowaniem podpiwniczeń domów, piwnic na cele mieszkalne. W końcówce lat osiemdziesiątych był na to w Nowym Jorku prawdziwy szał. Miałem cztery własne brygady remontowe, które pracowały na okrągło. Nie narzekałem.

Na początku lat dziewięćdziesiątych powrócił Pan jednak do Polski…

Pod wpływem przemian dokonywanych po transformacji ustrojowej prywatyzowanych było wiele przedsiębiorstw. Podlegało jej, między innymi, przedsiębiorstwo „Eltor” zajmujące się elektryfikacją wsi, posiadające filie w całej Polsce. „Eltor” miał ogromną bazę magazynową, którą można było wykorzystać. Rozpocząłem zatem sprowadzanie ze Stanów okien, a następnie ich produkcję w pomieszczeniach po „Eltorze” w Kielcach, w oparciu o amerykańskie profile okienne. Biznes rozwijał się bardzo dobrze. Amerykańscy producenci profili byli pod dużym wrażeniem. Postawili sprawę jasno. Skoro potrafiłeś zorganizować produkcję okien z naszych profili w Polsce, to dlaczego nie mógłbyś zrobić tego samego w Stanach? Wracaj do Ameryki.

Okna produkowane przez firmę Wojciecha Kaniewskiego wyróżniają się na rynku jakością i trwałością. Fot. Okna Windows

I tak się stało?

Nie tak od razu. Byłem już żonaty, miałem dwójkę małych chłopaków. Decyzja wiązała się z przeprowadzką na dobre i ustabilizowaniem życiowym w Ameryce. Ostatecznie, w 1994 roku, po naradach z żoną Marzanną, podjęliśmy taką decyzję. Partnerzy amerykańscy znaleźli w Bristolu w stanie Pensylwania odpowiednią halę i ostatecznie tu wylądowaliśmy.

Była to, jak się okazało, dobra decyzja…

Z perspektywy czasu oczywiście można tak powiedzieć. Był to jednak stały proces konsolidacji całego procesu produkcyjnego w jednym miejscu. Zaczęło się od jednej hali produkcyjnej o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych z magazynem w innym miejscu, z którego trzeba było dowozić profile i szkło. Szukaliśmy opcji zorganizowania tego pod jednym dachem, żeby eliminować problemy logistyczne. Tak się, krok po kroku, działo. Dziś mamy dwadzieścia tysięcy metrów i wszystko w jednym miejscu. Od strony produkcyjnej dążyliśmy do jej unifikacji, tak aby w oparciu o te same elementy możliwe było wytwarzanie dowolnych rodzajów i gabarytów okiennych, które byłyby łatwe w montażu. Oczywiście przy zachowaniu najwyższej możliwej jakości.

No i do czego doszliście?

Jeżeli idzie o wielkość produkcji, lokujemy się w pierwszej czterdziestce firm amerykańskich. Kiedy jednak mowa o jakości naszego produktu: trwałości fizycznej, izolacji termicznej i odporności na ubytki ciepła, wytrzymałości na penetrację powietrza i wody oraz ogólne walory energetyczne, a także estetykę, w każdej z tych kategorii lokujemy się w pierwszej trójce. Po sportowemu – zawsze stoimy na podium.

Kto jest waszym odbiorcą?

Nie produkujemy masówki. Całość produkcji robiona jest pod wymiar i zamawiana u nas przez sieć dealerów, których mamy ponad 190 w całych Stanach: od Północnej Dakoty po Teksas i od Nowego Jorku po Kalifornię. Najczęściej nasza produkcja trafia do indywidualnych odbiorców, ich rezydencji i domów.

Rozmiar w Okna Windows nie gra roli… Fot. Okna Windows

Z jakiego materiału produkujecie wasze okna?

Jest to wysokogatunkowy polichlorek winylu, czyli PCV, albo kompozyt szklano-polimerowy w produkcji obramowania w dowolnych kolorach albo fakturze drewnopodobnej oraz dowolnie konfigurowane i zespalane szkło o różnej liczbie komór wypełnianych argonem. Do tego najwyższej jakości okucia i zamki.

W opinii rynkowej produkcja firmy Okna Windows porównywana jest do luksusowych samochodów? Jakich?

Od mercedesa wzwyż…

W podobnie luksusowej cenie?

Tu akurat staramy się nie przesadzać. Relacja jakości do ceny jest zdecydowanie akceptowalna. Choć nie są to popularne, tanie okna, do wymiany po paru latach. To niezawodne okna na długie lata. Trochę jak w popularnym brytyjskim powiedzeniu: „nie stać mnie na kupno taniego garnituru”.

Wasze okna można znaleźć w rezydencjach wielu bardzo znanych Amerykanów z obszaru polityki i biznesu, świata kultury i sztuki. Jakieś nazwiska?

Naszą zasadą jest absolutne zachowanie prywatności. Jeżeli jakiś celebryta chce pochwalić nasz produkt, bo go ceni, nie ma sprawy. Sami z siebie tego nie robimy.

W prowadzeniu firmy aktywnie pomaga Panu rodzina…

Zawsze to podkreślam. To przede wszystkim żona Marzanna, ale także synowie: trzydziestoośmioletni Łukasz i młodszy o trzy lata Paweł. Obaj są absolwentami kierunku zarządzania biznesem na zaliczanym do „Ivy League” Penn State University w Filadelfii. Mam też dwudziestosiedmioletnią córkę Joannę, też po tej uczelni. Ona jednak zaangażowana jest w inną działalność. W ramach dywersyfikacji biznesowej prowadzimy także budownictwo domów. Joasia zajmuje się ich sprzedażą. Mam również trzy wnuczki i jednego wnuka, z których jestem niezwykle dumny. Żoną Łukasza jest rodowita lwowianka, Irena, wywodząca się z polsko-ukraińskiej rodziny i prowadząca fundację charytatywną pomagającą walczącej z najazdem rosyjskim Ukrainie.

Wojciech Kaniewski ze swoją rodziną. Fot. Archiwum rodzinne

Jest Pan polskim patriotą wspomagającym dokumentowanie naszego udziału w amerykańskiej rzeczywistości…

Na miarę możliwości wspieram polskie organizacje kombatanckie i ich zaangażowanie patriotyczne w Amerykańskiej Częstochowie. W środowiskach amerykańskich staram się eksponować postaci polskich bohaterów drugiej wojny, których heroizm może być dla wszystkich przykładem. Chodzi przede wszystkim o Jana Karskiego i Witolda Pileckiego.

Uważa się Pan także za zdeklarowanego Amerykanina. Ameryka odwzajemnia te uczucia?

Dostałem w tym kraju ogromną szansę zbudowania życia i pomyślności dla siebie i całej rodziny. Jak mogę, staram się swej wdzięczności dowodzić. Z gestów wzajemnych najwyżej cenię przekazanie mi przez Kongres Stanów Zjednoczonych amerykańskiej flagi, która nad nim powiewała, oraz stosownego dokumentu ten fakt potwierdzającego. To wzruszające i symboliczne.

Wojciech Kaniewski z flagą, która powiewała nad Kapitolem. Fot. Waldemar Piasecki

Jak podsumowałby Pan swoje trzydziestolecie w Ameryce?

Jestem w stanie ciągłej choroby zawodowej, którą są… okna. Już się z niej nie wyleczę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Waldemar Piasecki

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -