niedziela, 25 lutego, 2024
Strona głównaDziałySylwetkiW świecie piłkarskich emocji

W świecie piłkarskich emocji

Dariusz Szpakowski to polski dziennikarz i komentator sportowy. Od niemal pół wieku za pośrednictwem radia, a później telewizji relacjonuje wydarzenia sportowe, przede wszystkim piłkarskie, w tym igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy i ligę mistrzów, towarzysząc kolejnym pokoleniom Polaków w przeżywaniu sportowych emocji. Zapisał swoją własną kartę w historii polskiego dziennikarstwa sportowego, a w rozmowie z „Białym Orłem” wspomina najciekawsze momenty swojej kariery i wyjaśnia, czym jest dla niego sport, a zwłaszcza piłka nożna.

Dariusz Szpakowski był jednym z gości 33. Memoriału Kazimierza Deyny w New Jersey (2023 r.). Fot. Marcin Żurawicz

„Biały Orzeł”: Rozmawiamy po 33. Memoriale Kazimierza Deyny. Zacznę więc od pytania niejako związanego z tematem. Był Pan świadkiem tego traumatycznego przeżycia dla starszego pokolenia piłkarskich kibiców, kiedy na stadionie w Rosario Deyna nie strzelił karnego w meczu z gospodarzami, czyli Argentyną, a Polska nie awansowała do grona najlepszych drużyn podczas mistrzostw świata w 1978 roku?

Dariusz Szpakowski: No tak. Byłem tam. Komentowałem ten mecz jeszcze nie dla telewizji, ale dla Polskiego Radia. Olbrzymie emocje. O Deynie powiem jedno. Janek Ciszewski (legendarny komentator sportowy w latach 70. i początku 80. – przyp. red.), który namawiał mnie na przejście do telewizji, powiedział, żebym zrobił wywiad z Deyną. Mój pierwszy telewizyjny wywiad. A Deyna do wywiadów nie był za bardzo chętny. Skryty, trzeba było do niego trafić. On, jak kogoś lubił, to dopiero wtedy był w stanie się otworzyć. Ale to był człowiek, który przede wszystkim mówił na boisku swoją grą. Ale jak już mówił, to była to kwintesencja i poezja futbolu.  

Czym jest piłka nożna?

Dla mnie jest pracą, pasją i zawodem. Patrząc szerzej, na pewno jest dyscypliną sportową, która wzbudza największe emocje na całym świecie. Bardziej chodzi mi tutaj o zasięg, bo nie chcę urazić sympatyków siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej czy wielu innych dyscyplin, które w naszym kraju cieszą się również dużą popularnością. Niewątpliwie jednak nie ma drugiego sportu, który jest tak bardzo znany, uwielbiany i kochany globalnie jak piłka nożna. Przecież parenaście milionów osób ogląda finał mistrzostw świata. Żadna inna dyscyplina nie gromadzi takich tłumów przed telewizorami jak futbol. Bez względu na to, czy są to mistrzostwa świata, Europy, finały ligi mistrzów czy Copa America. Mogę powiedzieć, że dla mnie piłka nożna jest najbardziej emocjonującą dyscypliną i oddałem jej całe swoje dorosłe życie.

Liczby nie kłamią. Piłka nożna w Polsce określana jest sportem narodowym…

To prawda. To sport, z którym my, jako Polacy, najbardziej się utożsamiamy. I nie mówię tutaj oczywiście tylko o moim pokoleniu. Dziś dzięki telewizji, a także internetowi, piłka dociera do wszystkich i dodatkowo pojawiła się możliwość odtwarzania wielu archiwalnych nagrań. Paradoksalnie w trudnym pandemicznym czasie wielu młodych ludzi miało okazję zobaczenia transmisji sprzed lat, bo były one wtedy puszczane w polskiej telewizji. I ludzie ci zobaczyli te chwile, jak Deyna czy Lubański dostarczali wzruszeń i radości ich dziadkom czy rodzicom. I muszę dodać, że te emocje, jakie niesie piłka, było również widać na polonijnym turnieju Kazimierza Deyny w Garfield w New Jersey, gdzie miałem przyjemność gościć. Bo z jednej strony mamy uhonorowanie postaci Kazimierza Deyny, którego pamiętamy z różnych boiskowych sytuacji, a drugiej strony grono utalentowanych piłkarzy i emocje ich rodziców, którzy marzą, aby w przyszłości ich synowie zagrali w polskiej reprezentacji. Mój przyjazd też był związany z tym, żeby dać tym ludziom jakiś asumpt do dalszego rozwoju i aby uświadomić im, że są ważni i że na nich w Polsce czekamy. Chciałbym przy okazji podkreślić, że ten polonijny turniej, który odbył się już po raz 33. to kapitalna inicjatywa, warta wielu pochwal.

Wspomniał Pan nazwiska piłkarzy z czasów świetności polskiej piłki, której rozkwit przypadał na lata 70. i 80.? Obecnie chyba nie jest Pan zadowolony z formy, jaką prezentuje kadra narodowa i z miejsca, w jakim znajduje się polska piłka?

Ciężko nawiązać do tych sukcesów i wrócić na szczyt, na którym kiedyś byliśmy. Natomiast dlaczego tak jest, to tych składowych jest już bardzo wiele. Patrząc całościowo, to z pewnością nie mamy tak zdolnego pokolenia jak kiedyś. Transformacja ustrojowa spowodowała dodatkowo, że w pewnym momencie przestało istnieć w Polsce szkolenie. W związku z tym potrzeba trochę czasu, abyśmy wrócili na należne nam miejsce. Na to trzeba po prostu zapracować. Żyjemy sukcesami z mistrzostw świata w latach 1974 i 1982. Jednak w międzyczasie doczekaliśmy się po wielu latach wywalczenia awansu na mistrzostwa świata w Korei w 2002 roku przez ekipę Jurka Engela, a później pojawiły się sukcesy Adama Nawałki, gdzie przecież w mistrzostwach Europy we Francji w 2016 roku zaszliśmy daleko, bo aż do ćwierćfinałów. Obecnie mamy bardzo uzdolniony zespół do lat 17. Wierzę, że przyjdzie pokolenie młodych i zdolnych piłkarzy w reprezentacji seniorskiej, tylko musimy jeszcze na to trochę poczekać.

Uznawany jest Pan już od wielu lat za legendę polskiego dziennikarstwa. Co zadecydowało, że tyle lat wytrwał Pan w tym zawodzie?

Zawsze miło słyszeć te słowa. Myślę, że pasja, oddanie, pracowitość. I chęć robienia tego, co się kocha. To cechy, które wymieniłbym przede wszystkim, Na samym początku najważniejsza była chęć realizowania swoich wcześniejszych marzeń, a później konsekwencja i wytrwałość, aby utrzymać to, co udało się osiągnąć. Z pewnością nie było to takie proste, kiedy na to patrzę z perspektywy czasu.

Chciałem właśnie spytać o najtrudniejszy moment w Pana karierze. Czy to było wtedy, kiedy pojawiło się widmo zwolnienia, czy też wtedy, kiedy został Pan odsunięty od komentowania meczy?

Przyznam się, że staram się takich chwil za bardzo nie rozpamiętywać. Na pewno jest to bardzo trudne, kiedy nagle okazuje się, że nie można dalej robić tego, co się naprawdę kocha. Na szczęście wszystkie te kryzysy udało się zażegnać. Myślę, że każdy ma w życiu trudne chwile, trzeba to po prostu przełamać. Stało się, jak się stało, a jest jak jest. Nie chcę do tego wracać. Jestem osobą, która patrzy raczej w przyszłość.

Co jest najlepsze w pracy komentatora sportowego?

Zgodnie z tym, jak planuje zatytułować Pan naszą rozmowę, najlepsze w tym zawodzie jest przeżywanie emocji. Zwłaszcza w chwili, kiedy pada bramka. Bez wątpienia najprzyjemniej komentuje się mecze polskiej reprezentacji, kiedy gole strzelają Biało-Czerwoni, ale olbrzymim przeżyciem jest dla mnie również komentowanie finałów mistrzostw świata, jak chociażby finału w Katarze, meczu, w którym było przecież wszystko. Cały wachlarz emocji. Niestety nie było tam Polaków, ale był za to polski sędzia (finałowy mecz sędziował Szymon Marciniak – przyp. red.).

Z pewnością wolałby Pan komentować finał z udziałem Polaków?

To prawda. Zawsze, jak dziennikarze mnie pytają, o czym marzę, to odpowiadam, że o komentowaniu finału z udziałem Polski. Pewnie za mikrofonem już do tego nie dotrwam. Jednak może w życiu jeszcze się uda, ale z pewnością będzie trzeba na to poczekać.

Wspominał Pan o ostatnich mistrzostwach świata. Czy nie odnosi Pan wrażenia, że obecna piłka nożna dużo straciła na widowiskowości? Był Pan przecież naocznym świadkiem, kiedy podczas mundialu w Meksyku w 1986 roku na stadionie Azteca w Mexico City Diego Maradona dał popis swojego piłkarskiego geniuszu w ćwierćfinałowym meczu Argentyny z Anglią. Wtedy królowała finezja, a obecny sport jest już bardziej popisem gladiatorów. Piłka zdaniem wielu stała się mniej ciekawa…

Nie zgodzę się tutaj. Na pewno nie powiedziałbym, że obecnie piłka jest nudniejsza. Jednak sporo tych bramek pada. Pamiętam dyskusje po mistrzostwach świata we Włoszech, czyli po Italia 90, co należy zrobić, aby mistrzostwa nie były nudne. Chciano powiększyć bramki czy też zlikwidować spalonego, ale w końcu tych rezerw poszukano przede wszystkim w samym człowieku, czyli w zawodnikach. Jak Pan słusznie zauważył, stali się oni bardziej atletyczni, a sama piłka stała się grą bardziej zespołową. Ciągle jednak są te indywidualności, bo przecież jest Messi, Ronaldo czy u nas Lewandowski. W każdym zespole jest osoba, która robi różnicę. To, co najpiękniejsze, w futbolu się nie zmieniło. Czyli również cała ta nieprzewidywalność. Kto wcześniej wymyśliłby taki finał z dwoma gwiazdami w roli głównej, jak Lionel Messi i Kylian Mbappé. Co prawda Messi nie rozegrał takiej akcji jak Maradona w Meksyku, ale obaj ci zawodnicy zrobili dla widowiska wszystko, co mogli. I byliśmy świadkami, jak wielki utytułowany mistrz Messi sięgnął po swój pierwszy wymarzony, brakujący mu do kolekcji, tytuł mistrza. Czego chcieć więcej? W całych mistrzostwach w Katarze goli i ciekawych spotkań zresztą nie brakowało. Finałów komentowałem do tej pory dwanaście i moim zdaniem to był najlepszy z dotychczasowych.

Spytałem o blaski, a teraz pora na cienie. Co jest najgorsze w zawodzie komentatora?

Na pewno jest w tej pracy duże napięcie, stres i spora odpowiedzialność. To tylko sport, ale jednak w trakcie meczu ogromne emocje udzielają się wielu osobom. Poza tak, tak jak i w każdej innej pracy, trzeba starać się unikać błędów, co z uwagi na powyższe nie zawsze się udaje.

Maradona, Pele czy może Messi? A na krajowym podwórku Lubański czy Lewandowski? Kibice kochają porównania i od lat spierają się, który piłkarz jest, czy też był, lepszy? Pana zdaniem, który z polskich graczy, a obserwował ich Pan na boisku chyba wszystkich, miał największy talent?

Nie podejmuję się tutaj odpowiedzi, czy też podania konkretnych nazwisk. Czasem niektórzy porównują zawodników, którzy nie grają na tych samych pozycjach. Kibice często również kochają strzelców bramek, a nie doceniają na przykład graczy defensywnych czy bramkarzy. Uważam, że my, Polacy, mieliśmy wielu wybitnych piłkarzy i mam nadzieję, że będziemy jeszcze mieli. Talentów u nas nigdy nie brakowało, ale w piłce najważniejsze jest, aby tych wrodzonych predyspozycji nie zmarnować. Sam talent nie wystarczy, jeśli nie jest poparty monstrualną pracą. A dzisiaj tej pracy od piłkarzy wymaga się więcej i więcej. Obciążenia na treningach są gigantyczne, a współcześni piłkarze wyglądają jak wspomniani wcześniej gladiatorzy. Pamiętam taki mecz Realu i Bayernu, który zresztą komentowałem, gdzie Bild na rozkładówce dał zdjęcia Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego, z ich 6-pakami na brzuchach. Proszę zauważyć, ile w tym wszystkim jest fizyczności. Kiedy oglądałem pierwsze mecze Barcelony z udziałem Lewandowskiego, to słyszałem narzekania, że nic nie strzelił, ale on był w tych meczach niemiłosiernie poniewierany. Są przepisy, sędziowie i system VAR, ale ten ostatni nie wszystko może rozstrzygnąć, bo ocena wielu sytuacji zależy jednak od człowieka. W tym kontekście, w przeciwieństwie do wielu innych sportów, piłka nożna jest dyscypliną dość niewymierną.

Na tym chyba również polega jej piękno, bo znowu wracamy do tej nieprzewidywalności?

Tak, nieprzewidywalność jest kwintesencją futbolu.

Czy legendarnego komentatora Jana Ciszewskiego uznaje Pan za swojego mentora?

Miałem przyjemność bycia z nim na dwóch mistrzostwach świata i mieszkaliśmy wtedy w jednym pokoju. Podpatrywałem, jak pracuje i wsłuchiwałem się w jego komentarze, co na pewno było pouczające. Szkoda, że odszedł tak młodo (Jan Ciszewski zmarł w listopadzie 1982 roku w wieku 52 lat, niedługo po zakończeniu mistrzostw świata w Hiszpanii – przyp. red.). Jak miałem te zawirowania, kiedy odsunięto mnie od komentowania, to powtarzałem, że Jan Ciszewski zmarł śmiercią naturalną, a ja zawodową, ale reaktywacja jak widać nastąpiła. Tak naprawdę za swojego jedynego nauczyciela uznaję Bogdana Tuszyńskiego (dziennikarz sportowy, w latach 1979-1981 redaktor naczelny redakcji sportowej Polskiego Radia – przyp. red.), który włożył we mnie i Włodzimierza Szaranowicza wiele pracy. W początkach naszej zawodowej kariery, mojej i wielu kolegów z redakcji radiowej czy telewizyjnej, była istniejąca kiedyś relacja mistrz i uczeń. Dzisiaj tego już nie ma. Czas mija i ci wielcy niestety odchodzą. Wieczni nie jesteśmy, wszyscy niestety przemijamy. Myślę, że w każdym z nas istnieje chęć przekazania tego, czego się nauczyliśmy tym, którzy przychodzą po nas. Tak było z Jankiem Ciszewskim, ale przede wszystkim z Bogdanem Tuszyńskim, do którego dzwoniliśmy z wielkich imprez z pytaniem, nie co jest dobrze, ale co jest źle i co można jeszcze poprawić. Często były to drobiazgi, niewielkie uwagi, ale dla nas jakże ważne z punktu widzenia naszej pracy.

Legenda, ikona, maestro mikrofonu. Czy łechtają Pana próżność jeszcze takie określenia i cieszy niemijająca popularność?

Moim zdaniem w pracy osoby, tak zwanej publicznej, są trzy etapy. Najpierw popularność imponuje, później denerwuje, a na końcu następuje akceptacja tego wszystkiego. Nie irytuję się na ludzi i nie widzę żadnego problemu, kiedy ktoś chce sobie zrobić ze mną zdjęcie. Mam świadomość, że dla wielu osób taka wspólna fotografia jest przyjemnym doświadczeniem. Jestem dobrem społecznym, w związku z tym trzeba się nim dzielić.

Znany jest Pan z ogromnego przeżywania meczów i dużej ekspresji? Można nawet zobaczyć takie filmy z serwisach społecznościowych, kiedy widać Pana podczas pracy. Czy jak Pan nie komentuje, to zachowuje się podobnie?

Chyba nawet bardziej się denerwuję, jak oglądam mecze, niż jak je komentuję, bo samo oglądanie pozostawia więcej czasu na rozmaite reakcje. To są w ogóle innego rodzaju emocje, które ciężko porównywać. Jak się człowiek koncentruje na komentowaniu, to przeżywa wszystko zupełnie inaczej niż kibic przed telewizorem, kiedy coś się dzieje na boisku nie po jego myśli. Zresztą nie chodzi tylko o piłkę. Ostatnio oglądałem mecz Igi Świątek i denerwowałem się ogromnie, gdyż tam jeden gem, jedna piłka, decydują o odwróceniu spotkania. Myślę, że często zresztą nie doceniamy indywidualnych zmagań sportowców. Wiele osób nie ma świadomości, ile na przykład Iga Świątek czy Anita Włodarczyk muszą włożyć pracy, aby odnieść sukces w swoich dyscyplinach. I nie chodzi mi tutaj tylko o pracę fizyczną, ale również, a może i przede wszystkim, psychiczną.

Jak Pan odreagowuje te wszystkie sportowe emocje i stresy związane z zawodem?

Widać po sylwetce, że się ruszam. Jednak nie jest to bieganie, które nigdy nie było moją pasją, nawet podczas studiów na AWF-ie. Bardziej lubię rower czy też narty. Lubię też wędkować, chociaż z tym jest coraz trudniej, bo ryb coraz mniej, przynajmniej w Polsce. Często szukam wyciszenia, skupienia na samym sobie, szczególnie przed każdą dużą imprezą. Ludzie czasem mówią: „ale wy komentatorzy to macie fajnie, wyjeżdżacie i zwiedzacie sobie”, ale na to generalnie nigdy nie ma czasu. To jest praca, trzeba być skupionym w trakcie turnieju i przed samym spotkaniem, kiedy między innymi muszę rozpisać składy. Ja nie piszę żadnych wstępów, tylko układam sobie wszystko w głowie. Z pewnością najtrudniejsze w tym zawodzie jest utrzymanie koncentracji przez cały mecz.

Jest Pan od kilkudziesięciu lat uzależniony od emocji i związanej z nimi adrenaliny. Będzie Pan w stanie bez tego funkcjonować na emeryturze?

Nie mam pojęcia. Zobaczymy.

Nigdy nie bał się Pan trudnych słów i okazywania emocji na wizji. Jako kibic pamiętam Pana słynne monologi w momentach trudnych dla polskiego futbolu, między innymi po przegranych ważnych meczach z Izraelem, Słowenią czy Szwecją. Nie spotkały Pana później za to żadne nieprzyjemności ze strony zawodników?

Co do krytyki piłkarzy, to wrócę tutaj do słów mojego guru, czyli Bogdana Tuszyńskiego. On zawsze powtarzał, że dziennikarz nie może uzależniać się od zawodników. Mówił dokładnie: „panowie, nie śpijcie w nogach zawodników, bądźcie sobą”. Ja również dostaję wiele krytyki w swoim zawodzie. Jeśli jest zasłużona, należy ją przyjąć i wyciągnąć wnioski. Myślę, że w zawodzie komentatora bardzo ważne jest wczucie się w społeczny nastrój, czyli w emocje i oczekiwania ludzi. Jeśli przegrywamy z Izraelem i to w takim kiepskim stylu, to mówię szczerze, że nie chcę oglądać takiej reprezentacji. Tak samo ludzie są sfrustrowani, kiedy ostatnio przegrywamy bez walki z Mołdawią, praktycznie oddając drugą połowę. Oczywiście porażka i zwycięstwo są wkalkulowane w sport. Przegrać to żaden wstyd i nawet jak się przegrało, to jest szansa na rewanż, jeśli nie teraz, to w przyszłości. To też piękno sportu.

Jak już jesteśmy przy krytyce, to pomówmy może o pomyłkach, za które jest Pan krytykowany przez niektórych kibiców?

Krótko: są nieuniknione w tym zawodzie.

Wynikają z braku koncentracji?

Tak, też. Czasami człowiek powie coś takiego i nawet nie ma świadomości. Proszę pamiętać, że to jest praca na żywo. Nie można uniknąć błędów.

Błędem jest nazywanie Messiego Maradoną, co zdarzyło się Panu podczas mundialu w Brazylii, ale wiele Pańskich powiedzeń weszło do kanonu dowcipów i jest chętnie przytaczanych przez kibiców?

Wyszła jakiś czas temu taka książka. Ktoś zarobił na nas pieniądze, przypisując mi zresztą wiele powiedzeń, które nigdy nie padły. Ja na przykład nigdy nie powiedziałem, że „Włodzimierz Smolarek krąży jak elektron wokół jądra Zbyszka Bońka”. Czy też „Pani Szewińska nie jest już tak świeża w kroku, jak dawniej”.

Tę ostatnią kwestę wygłosił podobno Bohdan Tomaszewski?

Podobno, ale nie wiem, czy ktokolwiek tak powiedział. Tym bardziej, że często nie istnieją żadne nagrania z takimi komentarzami. Moim zdaniem zrobiono z tego pewną rozrywkę.

Denerwuje się Pan, jak to słyszy?

Nie. Jak robię rzeczywiście jakieś błędy czy przejęzyczenia, to przecież nie będę się obrażać na kogoś, kto zwraca na to uwagę. To normalne w tym zawodzie, w którym trzeba mieć nie tylko koncentrację, ale również dużą podzielność uwagi. Ja na przykład do finałów mistrzostw miałem stos kartek i kopalnię statystyk. Dodatkowo emocje wtedy są naprawdę wielkie i o pomyłkę nietrudno.

Istnieją jednak powiedzenia niezwykle zapadające w pamięć. „Tytoń i Karagounis, a za Tytoniem ściana naszych pragnień”. To Pana cytat z meczu Polski z Grecją podczas mistrzostw Europy w 2012 roku. Takie kwestie wymyśla się na poczekaniu?

Tak, to akurat było spontanicznie. Niektóre rzeczy można oczywiście wymyślić wcześniej. To jednak nie jest tak istotne, kiedy powstają. Najważniejsze jest użycie odpowiedniego powiedzenia we właściwym momencie.

Dobre miał Pan stopnie z języka polskiego?

Przede wszystkim w moim liceum miałem dobrego dyrektora (Dariusz Szpakowski jest absolwentem XVIII Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Zamoyskiego w Warszawie – przyp. red.). Polecał mi wiele książek i również dzięki temu nauczył mnie jak wzbogacać słownictwo. Jak już wspominałem, my wyrastaliśmy w pewnej tradycji, gdzie był mistrz i uczeń. Jak zaczynałem pracę w Polskim Radiu, gdzie czytaliśmy sportowe wiadomości, to był tam ktoś taki jak spiker Polskiego Radia. Czytaliśmy więc na przykład z Włodkiem Szaranowiczem wiadomości, a on zauważał, że akcent logiczny w zdaniu jest użyty nieprawidłowo, czy też przekazywał jakieś inne istotne uwagi. Gdzieś w tych ludziach była duma reprezentowania Polskiego Radia, które było wtedy jedyne. Istniała dbałość o język i poziom wypowiedzi. I nie ma się co obrażać, jak się człowiekowi zwraca uwagę. Bo to całkiem normalne, że błędy się popełnia zarówno w życiu jak i w zawodzie. Ważne, żeby wyciągać wnioski i nie popełniać ich po raz kolejny.

Na pożegnanie z mundialem w Katarze został Pan nagrodzony miniaturową repliką pucharu świata, a wręczył ją Panu sam legendarny brazylijski napastnik Ronaldo Luís Nazário de Lima. W ten sposób Międzynarodowy Związek Dziennikarzy Sportowych wyróżnił dziennikarzy, którzy pracowali przy przynajmniej ośmiu mistrzostwach świata. To chyba piękne zwieńczenie Pana kariery?

Nawet byłem przez moment przekonany, że jestem w elicie, bo przecież byłem na 12. finałach mistrzostw. Ale po mnie wyszli goście, którzy mieli na liczniku 14 czy 15. A na sam koniec pojawił się Argentyńczyk, Enrique Macaya Márquez, który relacjonował aż 17 mistrzostw. Zażartowałem sobie wtedy, że zadzwonię do swojego szefa i powiem mu, że chyba jeszcze nie pora kończyć.

Dotrwa Pan więc jako komentator do mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, które odbędą się w 2026 roku?

Właśnie niedawno przejeżdżałem koło stadionu MetLife w New Jersey (jedna z przyszłych aren mistrzostw – przyp. red.) i zastanawiałem się wspólnie z Sebastianem Milą, że może jakiś namiot tam rozbijemy i poczekamy te kilka lat, przygotowując się spokojnie. A tak już na poważnie, to myślę, że ważne jest, aby wiedzieć, kiedy skończyć. Poza tym pozostają jeszcze kwestie zdrowotne. Będę miał wtedy przecież 75 lat. Jednak, jeśli będzie taka wola kierownictwa i zdrowie na to pozwoli, to nie przesądzam ostatecznie sprawy.

Podobno pisze Pan książkę ze swoimi wspomnieniami. Czy wiadomo już, jaki będzie jej tytuł?

Tak, przysiadłem do pisania i chciałbym, żeby ta książka pojawiła się przed mistrzostwami Europy, czyli przed czerwcem 2024 roku. Tytuł jeszcze nie jest znany. Na pewno będzie w niej o kulisach mojej pracy. O tym, co przeżyłem, a czym się jeszcze w wywiadach nie dzieliłem, Na tym chciałbym się skupić przede wszystkim.

Dziękuję za rozmowę. Życzę sukcesu na rynku wydawniczym i mimo wszystko dotrwania do finału mistrzostw świata z udziałem polskiej reprezentacji. Oczywiście na stanowisku komentatora.

Dziękuję.

Rozmawiał Marcin Żurawicz

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -