niedziela, 14 kwietnia, 2024
Strona głównaDziałySportPiłkarze na cenzurowanym

Piłkarze na cenzurowanym

Kibice potrafią kochać bez pamięci, ale i z upodobaniem wieszać psy na sportowcach. Doświadczyły tego największe gwiazdy polskiego futbolu. Hejt miewa przeróżne źródła. Bywa irracjonalny, niezasłużony, ale czasem piłkarz sam sobie nawarzy piwa.

Ostatnio nietykalny przestał być nawet Robert Lewandowski. Dostało mu się m.in. za słabe wyniki kadry, rykoszetem za aferę premiową na mundialu, a eksperci mówili o szoku, komentując jego 17. miejsce w dorocznym plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. „Lewy” jest jednak spełniony zawodowo, finansowo, ma kochającą rodzinę, a do tego hiszpańskie słońce na co dzień. Nie każdemu piłkarzowi dane było zbierać cięgi w tak komfortowych warunkach.

Chora nienawiść do „Kaki”

Mój Boże, co oni mu teraz zrobią – miała powiedzieć matka Kazimierza Deyny, gdy ten na Mundialu w 1978 roku nie strzelił karnego Argentynie, a Polska przegrała 0:2. Gwiazdę Legii Warszawa obarczono winą za porażkę (potem za odpadnięcie z turnieju), ale kibice nie mieli wiele czasu na „grillowanie” piłkarza, bo ten jesienią podpisał kontrakt w Manchesterem City. Za to wcześniej…

Kazimierz Deyna był artystą w swoim fachu, ale poza Warszawą kibice nie chcieli tego docenić. Fot. kazimierzdeyna/facebook

„Kaka” przez lata był wygwizdywany poza Łazienkowską. Jeden z największych artystów polskiej piłki nożnej zbierał razy m.in. za to, jak działali mundurowi szefowie Legii. A ci w czasie PRL-u za pomocą biletu do wojska kaperowali do wojskowego klubu młode talenty. Deynę upatrzono sobie na tego, który będzie odbierał „zapłatę” za metody generałów. Apogeum szaleństwa nastąpiło w październiku 1977 roku, podczas meczu Polska – Portugalia. Genialny pomocnik „wkręcił” piłkę do celu z rzutu rożnego, a publika na Stadionie Śląskim „nagrodziła” go przeraźliwymi gwizdami. Gol dał Polsce wygraną 1:0 i awans na mundial…

Z białym i czarnym orłem

Ernest Wilimowski w swoich czasach był jednym z najlepszych napastników świata. Snajper chorzowskiego Ruchu Hajduki Wielkie zostawał królem strzelców ekstraklasy, zdobywał gole dla reprezentacji (21 w 22 meczach), na mundialu w 1938 roku wbił 4 bramki Brazylii, a Polska po dogrywce przegrała 5:6. Kiedy wybuchła II wojna światowa, „Ezi” miał 23 lata i został wpisany na niemiecką listę narodowościową. W celu uniknięcia wcielenia do Wehrmachtu wyjechał do Saksonii, pracował w policji, grał w klubach niemieckich, wystąpił 8 razy w reprezentacji III Rzeszy (13 goli).

Ernestowi Wilimowskiemu karierę złamały wiatry historii. Fot. Archiwum

Po wojnie został nad Wisłą nazwany zdrajcą i wymazany z historii polskiej piłki. Po piekle okupacji genialny rudzielec nie mógł liczyć na inne potraktowanie. Warto jednak zauważyć, że na Śląsku tożsamości narodowe miały niejedno imię. Wprawdzie ojczym piłkarza walczył w Powstaniu Śląskim, ale ojciec uważał się za Niemca (zginął w czasie I wojny światowej), a matka za Ślązaczkę. Tę ostatnią syn zdołał wyciągnąć z obozu koncentracyjnego. Na Śląsk nigdy nie wrócił. W 1995 roku dostał zaproszenie na 75-lecie Ruchu Chorzów, ale nie odważył się przyjechać. Zmarł 2 lata później.

Szokujące 21 milionów

W 1983 roku, gdy przeciętne wynagrodzenie w Polsce wynosiło niespełna 15 tysięcy złotych, Widzew Łódź zapłacił 21 milionów za… 21-letniego Dariusza Dziekanowskiego, utalentowanego napastnika Gwardii Warszawa. Ludwik Sobolewski, legendarny prezes Widzewa, mógł zaszaleć, bo rok wcześniej klub uzyskał część kwoty z 2 milionów dolarów, które Juventus Turyn wydał na Zbigniewa Bońka. Transfer „Dziekana” oburzył opinię publiczną. Dziennikarze pisali to, co niekiedy (ale coraz rzadziej) piszą i dziś, nazywając futbolowe transakcje zwariowanym, by nie rzec, niemoralnym biznesem.

Młody piłkarz był Bogu ducha winien. Nie zarabiał w Łodzi bajońskich sum, nie gwiazdorzył, nie nosił kolczyków, nie krasił ciała tatuażami (w owych czasach było to modne raczej za kratami więzień), ale kogo to obchodziło. Był tym przystojniakiem z Warszawki, który, skoro najdroższy w Polsce, pewnie uważa się za lepszego. Skala niechęci może daleka była od tej, która towarzyszyła Deynie, ale przez parę lat pan Dariusz konkretnej porcji „komplementów” musiał wysłuchać.

„Przytulone” dolary

Gdzie w USA mieszka Robert Gadocha, mało kto wie. Przez trzy dekady nieznana była również historia z mundialu 1974, która położyła się cieniem na wizerunku skrzydłowego Legii Warszawa, wybranego do „jedenastki” mistrzostw. O (głupiej) sprawie w 2004 roku, w rozmowie z Przeglądem Sportowym, poinformował Grzegorz Lato. Król strzelców niemieckich MŚ po mundialu w Hiszpanii (1982) kończył karierę w Meksyku i zgadał się tam z Rubenem Ayalą. Argentyńczyk wyjawił, że w 1974 roku przed meczem Orłów Górskiego z Włochami przekazał polskiej stronie 18 tysięcy dolarów. Miały zmotywować Biało-Czerwonych, bo tylko porażka Włochów dawała Argentyńczykom szansę na awans z grupy.

Suma trafiła do Gadochy, który podjął się jej przekazania drużynie do podziału. Koledzy wychowanka Garbarnii Kraków „zielonych” nigdy jednak nie ujrzeli (Azzurri przegrali 1:2). Pan Robert okrył się niesławą. W 2013 roku przedstawił swoją wersję wydarzeń, wszystkiemu zaprzeczył, ale raczej mało kogo przekonał. Cóż, tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono – pisała Wisława Szymborska.

Obława na bramkarza

Skoro Ruch Chorzów wybaczył Wilimowskiemu grę z czarnym orłem na piersi, można założyć, że tym bardziej amnestii doczekał Janusz Jojko. Starsi kibice „niebieskich” pewnie żartują dziś na wspomnienie „wyczynu” kędzierzawego bramkarza, ale w czerwcu 1987 roku nikomu nie było do śmiechu. Ruch grał u siebie z Lechią Gdańsk pierwszy barażowy mecz o utrzymanie w ekstraklasie. Gola na 1:0 dla gości zdobył… Jojko. Chciał rzucić piłkę obrońcy, ale nagle zmienił zdanie i próbował „zamknąć” futbolówkę dłonią. Zrobił to ułamek sekundy za późno i piłka potoczyła się prosto do bramki. Lechia wygrała 2:1, u siebie podobnie (Jojko już nie zagrał) i chorzowianie pierwszy raz w historii wypadli z elity.

Pan Janusz miał przechlapane. Wspominał, że na miesiąc wyprowadził się z miasta, mieszkał kątem u teściów, bo na „dzielni” polowali na niego wściekli fani Ruchu. Po sezonie przeniósł się do GKS-u Katowice i przez dekadę rozegrał w nim 276 meczów. Ruch po sezonie wrócił do ekstraklasy i jako beniaminek został… mistrzem Polski.

Piłkarze do… „zupy”

Podpadali kibicom piłkarze, ale bywało, że i całe drużyny. Przed mundialem w Korei i Japonii (2002) trener Jerzy Engel nieopatrznie zapowiedział walkę o najwyższy cel, a Marek Koźmiński nazwał koreańskich piłkarzy „kajtkami”. Kajtki wygrały z Polską 2:0, Portugalia 4:0, a ogranie 3:1 USA w meczu o honor nie udobruchało narodu. Piłkarzom wypominano udział w reklamach. Jako że ich wizerunki pojawiły się na zupkach błyskawicznych, jeden z dzienników opatrzył pomundialowy tekst tytułem „Piłkarze do zupy”.

Tomasz Hajto to twardy góral z Makowa Podhalańskiego, więc poradził sobie z krytyką. Fot. TomaszHajto/facebook

Wobec konkretnych piłkarzy też stosowano nieładne, by nie powiedzieć upiorne, aluzje. Przed domem rodzinnym Tomasza Hajty (obarczony za porażkę z Portugalią) pojawiały się zapalone znicze, co przerażało matkę obrońcy kadry. Z czasem kurz opadł, w czym pomogły kolejne turnieje, rozgrywane przez kadrę wedle zasady: mecz otwarcia, o wszystko i o honor. A odsądzany niegdyś od czci i wiary pan Tomasz dziś sam bez pardonu chłoszcze krytyką kadrowiczów. Bardzo się podoba kibicom w tej roli…

Tomasz Ryzner

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -