sobota, 18 maja, 2024
Strona głównaDziałyOpinieNie trafiamy, ale awans mamy

Nie trafiamy, ale awans mamy

Pierwszym warunkiem strzelenia gola nie jest, wbrew pozorom, bydlęca siła uderzenia w kierunku bramki. Jest nią natomiast trafienie w światło tej bramki. Niepodobna nie odnieść wrażenia, że kadra Smudy pełną parą pracuje nad obaleniem tego aksjomatu – ironizował przed Euro 2012 śp. Jerzy Pilch.

Futbolowy dogmat wciąż obowiązuje, ale jak mawiał pewien profesor literatury: „Ja wiem, że „Pana Tadeusza” napisał Adam Mickiewicz, ale zawsze wolę sprawdzić”. Piłkarski pewnik sprawdzała niedawno ekipa Michała Probierza. W meczu z Walią przez bite 120 minut nikt z Biało-Czerwonych nie posłał piłki w przestrzeń okoloną słupkami i poprzeczką. Gol nie chciał paść, ale los nagrodził badawcze zacięcie naszych graczy. W serii rzutów karnych pięciokrotnie, jak pan Bóg przykazał, kierowali „skórę” w rzeczone światło i awansowali na Euro.

W Niemczech poprzeczka pójdzie w górę. Trafimy na rywali bardziej od Walijczyków uzdolnionych w trafianiu do celu, a w meczach fazy grupowej serii „jedenastek” nie będzie. Zdecydują punkty zdobyte w krótkich 90 minutach. Na szczęście piłka to nie koszykówka czy hokej – niekoniecznie trzeba w coś trafić, żeby coś zdobyć. Matematyka dopuszcza sytuację, że Polska remisuje trzy razy po 0:0, zapisuje na konto ledwie 3 „oczka”, a mimo to zostaje w turnieju i gra w fazie pucharowej.

Żarty żartami, ale skądś tę nadzieję trzeba czerpać. Jeśli ktoś nie lubi podpierać jej matematyczną symulacją, może sięgnąć do historii. A tak się składa, że latem minie pół wieku od mundialowego sukcesu Orłów Górskiego. Mało kto wierzył, że damy sobie radę w grupie z Włochami i Argentyną. A jednak. Gdy bomba poszła górę, Deyna i spółka sięgali, gdzie wyobraźnia kibica nie sięgała – wygrali na boiskach RFN-u 6 z 7 meczów i, przeciwnie niż gierkowska gospodarka, doszlusowali do światowej czołówki.

Nie tylko dzieje polskiej kopanej podnoszą na duchu. W lipcu minie 20 lat od zdobycia mistrzostwa Europy przez Grecję. Dziennikarze zarzucali jej, że zabiła grę. Pili do stylu gry, którą krewkim południowcom jakimś cudem wpoił Otto Rehhagel. Taktyka opierała się na żelaznej defensywie i skromnych dokonaniach w ataku. Piłkarze z Hellady „cierpieli” na boisku, ale byli cierpliwi. Efekt? Od ćwierćfinału do finału ogarniali temat za pomocą jednego gola.

Dwie dekady temu bukmacherzy nie wierzyli jeszcze w cuda. Kilka miesięcy przed Euro za postawienie na mistrzostwo Greków oferowali stawkę 1 do 800. Dziś bardziej dmuchają na zimne. Gdyby Polska dokonała niemożliwego, wypłata wyniesie 1 do 80. Czy warto obstawiać taki kurs? Raczej się nie skuszę, choć myślę jak typowy kibic: „Na pewno przegramy, ale może… wygramy”.

Na koniec jeszcze jeden wyimek z historii. Dwa tygodnie przed startem Euro 2004 roku Grecja przegrała mecz towarzyski. Pokonała ją… Polska. Mało tego. Nasi wygrali 1:0, choć nie strzelili gola – wynik „swojakiem” ustalił niejaki Mihail Kapsis. Kazimierz Górski ujmował to tak: „Gdy nie wiesz, co zrobić z piłką, oddaj ją rywalowi. Niech on się martwi”.

Tomasz Ryzner

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -