sobota, 24 lutego, 2024
Strona głównaDziałyOpinieCierpliwy kamień ugotuje

Cierpliwy kamień ugotuje

Rok się dopiero rozpoczął, a naród uznał, że Robert Lewandowski już się skończył. Nie zakomunikował mu tego za pomocą ulubionego hejtu. Wyraz dezaprobaty przekazano drogą, której obawia się każdy artysta – ostentacyjnie pominięto, nie doceniono człowieka. W dorocznym plebiscycie na sportowca roku w Polsce napastnik FC Barcelony zajął odległe, 17. miejsce. Szok, niedowierzanie, jak mawiają piłkarscy sprawozdawcy.

Czy „Lewy” zasłużył? Jakież to ma znaczenie? Reprezentacja zasłużyła, więc jej kapitan zebrał kibicowskie odium (tzn. nie zebrał za wielu głosów). A przecież „fani” się naczekali. Przez dekadę, nawet gdy kadra cieniowała (o co było nietrudno), pan Robert pompował swą markę dokonaniami w Bundeslidze. Kosił kolejne mistrzostwa, tytuły króla strzelców i ciężko było uznać, że się nie nadaje. Ale, jak to mówią, cierpliwy palcem dołek wykopie, a i doczeka chwili, gdy może komuś „dokopać”. Jesienią Narodowa dawała ciała, sprzęgło się to z faktem, że supernapastnik nie błyszczał w La Lidze, toteż można mu było pokazać w plebiscycie figę.

Czy pan Robert rzeczywiście miał słaby stary rok? Wiosną fetował z kolegami mistrzostwo Hiszpanii, zbierał gratulacje za zdobycie korony króla strzelców (przez ekspertów La Liga uznawana jest za drugie najsilniejsze rozgrywki w Europie). Trzydzieści, no, dwadzieścia lat temu za takie dokonania zostałby nie sportowcem, a człowiekiem roku nad Wisłą. Nawet teraz znalazłby się wyżej, gdyby nie setki goli, które nabił za Odrą. Słowem, wychowanek Varsovii Warszawa stał się ofiarą własnego sukcesu. Czy się tym przejął? Wątpliwe. „Sodówka” nigdy nie uderzyła mu do głowy i lata temu wieszczył, że gdy przestanie seryjnie trafiać do „sieci”, z miejsca poczuje chłód od strony trybun.

Nie ma jednak tego złego. Skoro megagwiazdor wylądował nisko, paru sportowcom z wyższych lokat morale miało prawo skoczyć w górę. Jeśli wyróżniona szablistka, kajakarka czy inny pływak odczuwali dotąd problem z samooceną, nie muszą się już martwić. Mogą uśmiechnąć i rzec w duchu: „Choroba, w końcu człowiek do czegoś doszedł. Tyra się rok w rok za te parę tysięcy stypendium, mało kto to ogląda, a tu nagle naród uznał, że jestem więcej wart(a) niż ten sławny, obrzydliwie bogaty piłkarz”.

Pan Robert liczy sobie 35 wiosen. W wielu polskich firmach to graniczny, nie najlepszy wiek podczas rekrutacji. „Lewy” jednak do kraju się nie przeprowadza, o zmianie zawodu nie myśli. Krążą głosy, że prędzej czy później wyląduje w amerykańskiej MLS, by dorobić do sportowej emerytury. Tak czy owak, w końcu zawiesi buty na kołku, przekaże pałeczkę młodszym kadrowiczom. Mnie się zdaje, że wtedy, bez większego ryzyka, będzie mógł z uśmiechem zacytować zdanie głównego bohatera znanego filmu kryminalnego. Brzmi ono: „Zatęsknicie jeszcze za Johnem Gotti”.

Tomasz Ryzner

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -