piątek, 21 czerwca, 2024

Krakowski Lajkonik

No, może nie od zawsze, ale jak pamięć ludzka sięga, w czwartek – tydzień po czwartkowym święcie Bożego Ciała – rusza z Półwsia Zwierzynieckiego do centrum królewskiego Krakowa tak zwany Konik Zwierzyniecki ze swą świtą, a rozentuzjazmowany tłum bywalców, turystów i przygodnych gapiów oklaskuje go i każdy – na szczęście! – chce być przez niego walnięty pałką w ramię… Przyjrzyjmy się zjawisku pół naukowo, pół tradycyjnie, a zawsze z dużą dozą sympatii.

Chorąży i lajkonik na dziedzińcu klasztoru Norbertanek, 1927 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jak pamięć ludzka sięga

Chyba każdy po pierwszym zauroczeniu Lajkonikiem zadaje sobie pytanie o genezę tej tradycji. Historycy, etnografowie, ale i teologowie i jeszcze inni przeróżni badacze oraz dziennikarze, z każdym rokiem pomnażają literaturę, opisującą zjawisko, a – jak mawiał pewien dowcipny historyk – „gdyby tak na jednej półce ustawić garb przy garbie wszystkie książki na ten temat popełnione, to musiała by to być bardzo długa półka…” Czytelników o naukowym zacięciu odsyłam zatem do katalogów i bibliografii, a dość wspomnieć, że początki lajkonikologii sięgają początków XIX wieku i nie brak w nich odniesień do Polski jako przedmurza chrześcijaństwa, do słowiańskiego kultu konia i starożytnego kultu słońca. Jest więc i mit o Faetonie, jest koń trojański, są bóstwa Lelum i Polelum, jest bulla papieża Innocentego III do abp. gnieźnieńskiego Henryka Kietlicza z pocz. XIII wieku, ze stanowczym zakazem używania masek zwierzęcych przez chrześcijan, jest antysemityzm wiążący „Lajkoniku, laj, laj” (ponoć od słowa „lej” w oktawę procesji Bożego Ciała) i święto cechowe flisaków, czyli mieszkańców przedmieść krakowskich, trudniących się spławianiem towarów Wisłą do Gdańska… Zajmowali się genezą Lajkonika i Oskar Kolberg, i Aleksander Bruckner. Bodaj najwięcej uwagi poświęcili mu Franciszek Gawełek i Włodzimierz Szafrański. Artystycznie zajął się nim Stanisław Wyspiański, a w sto lat po nim Krystyna Zachwatowicz wraz z Andrzejem Wajdą. Nie powtarzając głębokich rozważań, ograniczmy się do pewnych ustaleń.

Fot. B. Świerzowski – krakow.pl

Domysły w świetle źródeł

Znaleziony tuż po pierwszej wojnie światowej w krakowskim Archiwum Akt Dawnych dokument, opisany przez Romana Grodeckiego w popularnym Ilustrowanym Kurierze Codziennym, w którego treści były przesłuchania świadków bójki ludzi ze świty Lajkonika w 1738 roku w domu tzw. „prymasa” – czyli starszego cechu flisaków (włóczków) – Miernikowskiego, który mieszkał gdzieś na Kazimierzu, czyli w graniczącym z Krakowem innym mieście, założonym przez Kazimierza Wielkiego w 1335 roku. Było bowiem zwyczajem, że bogate cechy posiadały własne siedziby, a mniejsze tylko skrzynie (zwane „ladami”) przechowywane wraz z godłami i sztandarami w domu starszego (w tym przypadku „prymasa” włóczków. Gdy cech flisaków rozwiązał się w początkach XIX wieku, dokumenty i znaki cechowe oddano do klasztoru norbertańskiego. Owo „Interrogatorium” z 1738 roku to niezbity dowód, że tradycja obrzędu sięga co najmniej początków XVIII wieku. Oczywiście może być jeszcze dużo starsza.

Z archiwum klasztornego Sióstr Norbertanek na Zwierzyńcu pochodzi natomiast rachunek z 1756 roku, poświadczający wypłatę za fatygę w niedzielę po Bożym Ciele „doboszowi z konikiem na niedzielę tryumfalną”. Jan Pachoński skojarzył więc owego dobosza z tzw. „pałkierzem”, czyli konnym, grającym na bębnie w orkiestrze (zwanej od pewnego czasu „mlaskotami”), uświetniającej pochód cechowy. Biskup krakowski Józef Olechowski (1735-1806) zwalczał używanie bębnów podczas procesji Bożego Ciała i stąd dawny dobosz otrzymał inną odpowiedzialną funkcję. Miał jako konny jeździec rozganiać tłumy pałką, by orkiestra nie pomieszała kroków. Stwierdzić też można ze sporym prawdopodobieństwem, że owa pałka od pewnego czasu stała się lajkonikowi buławą.

W tym miejscu na scenę wkroczyć muszą stare legendy, które, co prawda, nie muszą zawierać prawdziwych wydarzeń, ale same są na tyle prawdziwe, że historyk musi uwzględnić ich rolę w budowaniu zwyczajów. Tak oto fikcja przekształca się w prawdziwość obrzędu.

Fot. B. Świerzowski – krakow.pl

Złapał flisak tatarzyna

Najstarsze dokładne przedstawienie Lajkonika to obraz krakowskiego malarza Michała Stachowicza z 1820 roku. Widać na nim wyraźnie, że Lajkonik ma cechy wodza tatarskiego, a członkowie jego świty mają znaki muzułmańskie. Te motywy wiążą immanentnie harce Lajkonikowe z legendami krakowskimi, związanymi z najazdami na miasto w XIII wieku hord islamskich. Bez wątpliwości Tatarzy dokonali trzech wielkich najazdów na Kraków. Pierwszy miał miejsce w 1241 roku, gdy główne uderzenie Batu Chana poszło na Królestwo Węgier, a inny potężny zagon dotarł aż do Legnicy. Drugi był zimą 1259-60 roku, a trzeci w 1287 roku. Ataków na bogate miasto mogło być więcej, bo także pomniejsi wodzowie niewielkich czambułów zapewne liczyli na wielkie zyski, gdyby udało im się zaskoczyć mieszkańców Podwawelskiego Grodu. Były to wydarzenia tak traumatyczne, że opowiadano o nich z pokolenia na pokolenie, a możliwe w takich przypadkach, że na bazie faktów koloryzowano różne epizody. 

Wśród wielu legend o tamtych czasach jest kilka znanych na cały świat – jak ta o hejnale mariackim, przerwanym przez któregoś z Tatarów strzałem z łuku do hejnalisty. Te najbardziej znane zwierzynieckie (podmiejskie) mówią o dzwonie topielców, którzy przypłacili życiem przeprawę przez podniesioną Wisłę nieopodal klasztoru norbertańskiego, gdzie droga przez bród – idąc od Tyńca – skręcała nagle na północ, by prowadzić już bez przeszkód do Krakowa. Fale pochłonęły setki ludzi – tak kupców z karawany jak i goniących ich aż do nurtów rzeki Tatarów, a za ich dusze przez setki lat bił, wzywając na modlitwę, tzw. dzwon topielców, zawieszony na wieży norbertańskiej. Inna legenda opowiada o tzw. skałkach panieńskich, gdzie miały schronić się mniszki norbertańskie, zwane pannami zwierzynieckimi. Tam przeczekały w trwodze buszowanie tatarskie i powróciły do spalonych zabudowań, by odbudować klasztor jeszcze piękniejszym. Historycy architektury dopatrują się w przebudowie kościoła pod wezwaniem Najśw. Salwatora z tamtych czasów możliwości urządzenia tam niewielkiej klauzury (części niedostępnej dla osób spoza wspólnoty zakonnej).

Wreszcie najbliżej związana z Lajkonikiem legenda mówi, że niewielki czambuł zaczaił się nieopodal klasztoru zwierzynieckiego, by z nastaniem mroku uderzyć na Kraków (który nie miał jeszcze fortyfikacji, bo przywilej na nie wydał dopiero Leszek Czarny (1279-88), a najstarszą jest brama floriańska, ukończona ok. 1306 roku). Tymczasem flisacy dostrzegli ich, odpoczywających przed atakiem i sami ich napadli. Zaskoczenie było całkowite i zwycięstwo takoż. Z wielkiej radości flisacy przebrali się za Tatarów i postanowili zrobić Krakowianom siurpryzę. Podobno była w tym i chęć pokazania, że miasto nie jest dość czujne, bo rzeczywiście mieszczanie wpadli w panikę, gdy flisacy wpadli pomiędzy domostwa. Jakaż wiec była radość, że to nie prawdziwi Tatarzy, ale triumfujący włóczkowie! Biegano więc za nimi, by złożyć dzięki, a oni ucieczką bawili się nadal w Tatarów. Największą atrakcją był oczywiście flisak przebrany za wodza Tatarów. On też miał być wodzem flisackim, który pokierował tak atakiem na bisurmanów, że wśród naszych nie było nawet rannych. Tu legenda dodaje, że właśnie od tych czasów mamy w Krakowie harce Lajkonika, który corocznie przebywa tę samą trasę od klasztoru Norbertanek ulicą Tadeusza Kościuszki i Zwierzyniecką do Rynku Głównego.

Fot. B. Świerzowski – krakow.pl

Na własne oczy i uszy…

Wybaczcie Czytelnicy, ale skoro urodziłem się przy lajkonikowej trasie, znałem osobiście lajkoników, włóczków i mlaskotów, a sam Lajkonik stukał do drzwi kamienicy mego dziadka, więc nie opiszę zagadnienia jako historyk, ale również jako naoczny świadek mam prawo coś dodać od siebie o przygodach Konika Zwierzynieckiego.

Urodziłem się i długo mieszkałem w kamienicy rodzinnej na rogu ul. Senatorskiej i ul. Mlaskotów. Zwykło się mówić, że Lajkonik zaczyna tańce od dziedzińca norbertańskiego, ale to prawda niedokładna. Otóż od dziesięcioleci o tradycję lajkonikową dba Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (ze zmiennymi nazwami), ale świtę lajkonikowi tworzą pracownicy tzw. Wodociągów Krakowskich. Ich siedziba mieści się na początku ul. Senatorskiej. Tam przebierają się barwni uczestnicy korowodu, tam orkiestra (mlaskoci) stroi instrumenty, tam charakteryzuje się postaci, doczepia im brody, podmalowuje na „groźne oczy”… Tam wcześniej Muzeum Krakowa dostarcza drewnianego konika, rzeźbionego i dekorowanego według projektu Stanisława Wyspiańskiego. De facto zatem Lajkonik przemierza już całą ul. Senatorską w pełnej krasie. I zawsze tak było, że mieszkańcy domów przy Senatorskiej (ze „Skaldami”, czyli braćmi Zielińskimi włącznie), wylegali na chodniki, by oberwać po ramieniu czerwoną pałką na szczęście, co aby zaliczyć wrzucali datki do lajkonikowego wiklinowego kułla, wymoszczonego czerwonym materiałem. I zanim Lajkonik dotarł do Sióstr Norbertanek, musiał przesypać przynajmniej raz zebrany haracz do worka, niesionego przez „kierownika” z jego świty. Nie wyobrażasz sobie chyba, drogi Czytelniku, że kapela zwana mlaskotami nie zagrała nieco głośniej, mijając ulicę, która nosiła jej nazwę… A że moja rodzina znała dobrze wielu maszerujących w pochodzie, więc gromadziliśmy się w oknach pierwszego piętra, by ich pozdrawiać. Czasem też Lajkonik podbiegł dwa kroki i walnął buławą w bramę, by się szczęściło temu domowi.

Jako dzieciaki goniliśmy potem Lajkonika, by być przed nim na norbertańskim dziedzińcu. Pamiętam przy tym, że corocznie najbardziej współczułem niewielkiemu panu, który na grzbiecie dźwigał wielki bęben, a dobosz bił go pałką (nie mniejszą niż lajkonikowa) jak po plecach. A że huk był wielki, więc starałem się sprawdzić, czy ten biedak ma choć watę w uszach, ale że miał gęstą długą perukę, więc nigdy nie udało mi się tego dowiedzieć. 

O zażyłości naszej rodziny z mlaskotami niech świadczy drobny, śmieszny epizod. Któregoś wieczoru mój ojciec, wracając już po zmroku z podmiejskiej działki, znalazł na drodze piękny akordeon. Przytaskał go więc na forum rodzinne i starszyzna rozpoznała w nim instrument wybitnego pana akordeonisty z sąsiedztwa – mlaskota. Wczesnym rankiem mój ojciec poszedł oddać zgubę, a uradowany instrumentalista obiecał dedykować nam jeden z kawałków, granych na dziedzińcu norbertańskim. Bo musicie, drodzy Czytelnicy, wiedzieć, że dla mieszkańców Półwsia Zwierzynieckiego i Zwierzyńca harce Lajkonika liczyły się tylko tu. Jego dalszy marsz do Starego Miasta, spotkanie z prezydentem i tłumami turystów nie liczyły się wcale. To tak jak dla prawdziwych włoskich smakoszy – nie chodzą do renomowanych restauracji obleganych przez turystów, ale mają znajomą ristorante, gdzie szef kuchni zna ich smaki, a kelner nie ośmieliłby się wskazać im innego miejsca niż ten stolik, gdzie siadała ich rodzina od kilku pokoleń.

Fot. B. Świerzowski – krakow.pl

W całym pochodzie Lajkonika najpiękniejszym momentem jest właśnie wtargnięcie Lajkonika na dziedziniec norbertański. Przez miasto idzie, otoczony świtą, w jej środku, a tu – schodząc z mostu na Rudawie – oddziela się od swej świty, ona robi krąg, a on wpada na dziedziniec tak gwałtownie, że uprzedza muzykantów. Wśród świty wyróżnia się silny chorąży, z wielką chorągwią stołeczno-królewskiego Miasta Krakowa. Prawdziwi znawcy tradycji powinni byli zawsze na tym dziedzińcu czekać na Lajkonika i przyjść wcześniej na tyle, by zobaczyć jak dzieciaki w piżamkach (boć to pora leżakowania) wychodzą parami z przedszkola, usytuowanego w zabudowaniach klasztornych, by tu spotkać pana Lajkonika, a po skończonej jego gonitwie za chorągwią i pokłonami w stronę matki przełożonej Norbertanek i księdza proboszcza salwatorskiego (i ich odwiedzinami) dostać jeszcze dziesiątki kilogramów cukierków, sypanych przez proboszcza z okna pierwszego piętra jego zielonej werandki. Był i taki rok w czasach PRL, że władze specjalnie przedłużały remont mostu na Rudawie, by Lajkonik nie odwiedził klasztoru. Ówczesny Lajkonik wyraził się do mojego dziadka, zapytany o jego plany: „Choćbym miał przejść po drewnianej belce do klasztoru to i tak tam dojdę”. I rzeczywiście. Idąc jak po równoważni przez rzekę szerokości ok. sześciu metrów, dotarł do klasztoru! Człowiek z charakterem – nie na próżno miał zaszczyt odgrywać Lajkonika! 

Po odbyciu tańców u Norbertanek Lajkonik idzie do Rynku Głównego, odwiedzając liczne sklepy, bary i biura przy swej trasie. Plotkują liczni, że Lajkonik w kilku knajpach wypija po dużym piwie. Otóż, jeden z tańczących Lajkonika osobiście tak mi to wytłumaczył, gdy byłem nastolatkiem i wprost zapytałem go o prawdę: „Piotrusiu, jakbym tak chciał sobie pofolgować, to czterdzieści kilo mojego stroju i mnie samego musieliby chyba zanieść do Rynku, bo bym nie wydolił”.

W 1997 roku zdziwiły nas nowe stroje włóczków: mniej tatarskie, bardziej baśniowe – to dzieło Krystyny Zachwatowicz. De gustibus… i tak dalej. Dla mnie to nie był szok estetyczny, ale raczej lekkie zerwanie z tradycją, bo dla człowieka, który od dzieciaka kojarzył konkretne osoby z ich ubraniami, taka zmiana wydała się rewolucją – taka to siła tradycji, którą powinno się pielęgnować ze szczegółami, bo to nasza tożsamość.

Piotr Boroń

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -