piątek, 21 czerwca, 2024
Strona głównaDziałyOpinieJaśmina namieszała w Paryżu

Jaśmina namieszała w Paryżu

„Cuda są jedynie dla tych, co kochają, Pan Bóg dobry, dobry dla tych, którzy wierzą w cud” – śpiewa Adam Nowak z grupy „Raz, dwa, trzy”. Bez bicia wyznam, że imię koresponduje u mnie z podejściem do cudów, ale kocham tenis. Może to wystarczy, bo dzieją się historie, o których mi się nie śniło w młodości.

Oto w Paryżu doszło do sytuacji bez precedensu w finałach wielkoszlemowych turniejów – naprzeciw siebie stanęły zawodniczki mówiące po polsku. Daleko na różnym poziomie, ale jednak. Sytuacja tyleż miła dla rodaków, co zaskakująca, bo jeszcze pół roku temu przeciętny kibic nad Wisłą słabo, albo w ogóle nie kojarzył, kto zacz Jasmine Paolini. Dziś filigranowa Włoszka jest już trochę „nasza”. Jakżeby inaczej, skoro jej mama to rodowita Polka, a babcia Basia ściska kciuki za wnuczkę w Łodzi (dla odmiany dziadek od strony ojca pochodzi z Ghany).

Jaśmina stanowi żywy dowód na to, że tenis jest demokratycznym sportem, a też potrafi niekiedy hojnie nagrodzić cierpliwość i samozaparcie. Potwierdzają to dwie liczby – sportsmenka z Italii mierzy skromne 163 cm, a na tenisowe salony wdarła się po 28. urodzinach. Rzadkość w profesjonalnym tenisie. Wystarczy wspomnieć, że Agnieszka Radwańska zawiesiła rakietę na kołku, gdy była ledwie rok starsza.

Dziewczyna z Italii jest kontaktowa, naturalna, uśmiechnięta. Zbigniew Boniek, nasz człowiek w Rzymie, lubi powtarzać, że o takie cechy łatwiej, gdy się żyje w miejscu, w którym często świeci słońce. Dobry Bóg poszczęścił na tym polu Jaśminie – przyszła na świat i wychowała się w Toskanii, gdzie „pogoda sprzyja”, że przytoczę słowa śp. Jana Pawła II.

Kraj, w którym cztery pory roku raczej rozstrajają aniżeli nastrajają ludzi, Jasmine odwiedzała często w dzieciństwie, spędzając wakacje w Łodzi. Twierdzi, że całe życie mówi po włosku, dobrze się czuje w angielskim, ale dała się już namówić dziennikarzom na pierwsze rozmowy po polsku. Dzięki temu wiadomo, że lubi pierogi, barszcz, krupnik i sernik. Po sukcesie w Paryżu babcia przygotuje pewnie coś specjalnego.

Prawdę powiedziawszy, początkowo chciałem tym razem skrobnąć coś o piłkarskim Euro (startuje już w piątek). Wygrał jednak mój ukochany tenis i uśmiechnięta dziewczyna z Toskanii. Drużyna Michała Probierza jakoś mi się nie kojarzy z radością, a przed czempionatem w Niemczech do głowy przychodzi ta sama myśl co zawsze: na pewno przegramy, ale może… wygramy.

Żeby się jednak nie powtarzać, podam tę kibicowską filozofię w innej, bardziej zuchwałej wersji, posiłkując się tym razem słowami śp. Jerzego Waldorffa. Zapytany kiedyś o sprawy ostateczne pisarz i publicysta, rzekł: „Ja w Boga nie wierzę, ale jeśli go spotkam po śmierci, jakąż niespodziankę on mi sprawi”.

Tomasz Ryzner

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -