poniedziałek, 20 września, 2021
Strona głównaPoloniaFlorydaEdmund Gonsławski odszedł na wieczną wartę

Edmund Gonsławski odszedł na wieczną wartę

Edmund Gonsławski urodził się 25 maja 1918 roku w Irkucku. Dlatego, jak sam mówił o sobie, Sybirakiem był od kolebki, choć w trakcie wojny trafił na Syberię po raz drugi. Weteran bitwy o Monte Cassino, gdzie był kierowcą dowódcy 11. Batalionu Łączności. Wielki Patriota. W latach powojennych zamieszkał w Miami i był szczęśliwym ojcem, dziadkiem i pradziadkiem, udzielał się też w licznych polonijnych organizacjach. Jego życiowa historia to gotowy scenariusz na bardzo dobry film. Edmund Gonsławski zmarł na Florydzie 24 sierpnia br. w wieku 103 lat, ale mamy nadzieję, że jego historia nie odejdzie w zapomnienie. W 2015 roku „Biały Orzeł” przeprowadził z Nim wywiad-rzekę. Przytoczone poniżej wypowiedzi pochodzą właśnie z tej rozmowy.

Edmund Gonsławski zmarł na Florydzie 24 sierpnia br. w wieku 103 lat. Fot. Archiwum Edmunda Gonsławskiego

Sybirak od kolebki

Edmund Gonsławski urodził się na Syberii, ale w wieku 3 lat wraz z rodziną trafił do Polski. – Wychowywałem się w zarysach Kościuszki, Sobieskiego, Reymonta, Sienkiewicza i oczywiście Mickiewicza. Ta przedwojenna Rzeczpospolita Polska była dla mnie przedmiotem dumy i miłości. Kochałem ją całym sercem i całą duszą. Niestety, gdy miałem 21 lat, napadł na naszą ojczyznę obłąkany Niemiec – Adolf Hitler – wspominał. W chwili wybuchu II wojny światowej miał 21 lat i odbywał służbę wojskową jako kierowca przy Sztabie Nowogródzkiej Brygady Kawalerii dowodzonej przez gen. Władysława Andersa. Na froncie w rejonie przygranicznym z Prusami Wschodnimi na pozycji Działdowo-Malawa całą kampanię wrześniową przeszedł w bliskim otoczeniu tego najwybitniejszego polskiego dowódcy w II wojnie światowej. 19 września 1939 roku, jadąc samochodem terenowym – łazikiem, wioząc lekarza sztabowego, został ranny, gdy samochód został ostrzelany przez wroga.

W 1940 został pojmany przez sowietów, przez 8 miesięcy był przetrzymywany w twierdzy brzeskiej, przesłuchiwany i torturowany. – Wywoływano mnie z celi i już na korytarzu dostawałem kolbą karabinu w plecy, a w najlepszym wypadku parę kopniaków. (…) Myślałem już o samobójstwie. Raz byłby już koniec, ale nie wiedziałem jak to zrobić. Dziś na samo wspomnienie, co tam się działo, wierzyć się nie chce, że człowiek człowiekowi może sprawiać takie tortury. To nie byli ludzie. To były potwory w ludzkim ciele – tak wspominał tamten czas. Po pobycie w twierdzy został „ułaskawiony”, o ile łaską można nazwać wywózkę na Sybir i wyrok: 8 lat ciężkich robót. – W bydlęcym wagonie wraz z innymi, jak ja, wrogami Związku Sowieckiego, przejeżdżałem granicę Polski, do której już nigdy nie wróciłem… Wywieziono nas do Archanielska do ZSRR, gdzie przebywałem całą zimę, wożąc taczką żwir do budowy doków portowych, przy temperaturze do 30-40 stopni poniżej zera. Mrozy były tak silne, że w nocy słyszeliśmy głośne trzaski pękających drzew, bo mróz rozsadzał je od wewnątrz – mówił.

Monte Cassino

Po podpisaniu układu Sikorski – Majski dostał się do Wojska Polskiego, do Drugiego Korpusu, w którym służył i z którym trafił do Włoch. – Wojska amerykańskie, angielskie, francuskie, włoskie i polskie podjęły wielką ofensywę na całej szerokości frontu włoskiego. Najsilniejszym punktem obrony niemieckiej było wzgórze Monte Cassino, które zamykało drogę do Rzymu. Sprzymierzeni już dwukrotnie przeprowadzali ofensywy celem przełamania linii obronnych Niemiec, ale obydwie skończyły się niepowodzeniem i przyniosły wielkie straty w ludziach i sprzęcie, które trzeba było zepchnąć na pobocza, bo tarasowały drogi. W początkach kwietnia dowódcy jednostek Drugiego Korpusu rozpoczęli rozpoznawanie terenu, przygotowania do walki właśnie o Monte Cassino – mówił, objaśniając, dlaczego wzgórze było kluczowym celem militarnym. A jak relacjonował samą bitwę? – O godzinie 23 nagle zabłysło niebo. Tysiąc sto armat po naszej stronie i po drugiej tyleż niemieckich rozpoczęło swe śmiertelne dzieło. Niektóre działa stały za nami od 100 do 200 metrów. Zatrzęsła się ziemia, a niebo przybrało czerwony kolor, z ciągłymi białymi błyskami. Powstał jeden ciągły grzmot, którego nie sposób było wytrzymać bez zasłonięcia uszu rękami. W powietrze wzniósł się gęsty kurz, który zasłonił całe pole widzenia. Wyglądało to na prawdziwe piekło. Na szczęście lekki powiew wiatru odsunął to nie do wytrzymania żrące powietrze. Piekło jest określeniem najwłaściwszym, żeby to opisać – wspominał.

We wrześniu Drugi Polski Korpus odszedł z frontu na zasłużony odpoczynek, w rejonie Ankony. – I tam jak grom z jasnego nieba dostajemy wiadomość, że granica Polski zostaje ustalona przez trzech wielkich tego świata i pół Polski zostaje wcielone do Rosji sowieckiej. Oficjalne ogłoszenie tego porozumienia zrobiło na Polakach na obczyźnie wrażenie wstrząsające. Definitywnie o losie Polski zadecydowała Rosja… – przeżywał pan Edmund.

Tułaczy los

30 września 1945 roku, przy Ołtarzu Polskim w Kaplicy Bazyliki Loretańskiej, wstąpił w związek małżeński. W roku 1949 wraz z żoną podjęli decyzję o wyjeździe do Argentyny. Następnie, po 13 latach spędzonych w tym kraju, trafili do Miami na Florydzie w USA, gdzie mieszkali przez resztę życia. Jako weterani, wraz z żoną wstąpili do polonijnych organizacji, na czele z Kongresem Polsko-Amerykańskim. Od pierwszego roku w USA śp. Edmund Gonsławski należał do Komitetu Imprez Świąt Narodowych Polskich, co uważał za swój obowiązek. W roku 1965 założył Koło Młodzieży i Tańców Narodowych, które zabawiało Polonię na Florydzie przez 5 lat. Uczestniczył i należał do zarządu Koła Kombatantów Polskich, które powołane zostało w międzyczasie w Miami. Pracował też w Radiu Polskim w Miami przez 5 lat. W Stowarzyszeniu Weteranów Armii Polskiej był długoletnim komendantem, przez ponad 20 lat. Współpracował też ze Związkiem Sybiraków. Był też fundatorem sztandarów polskiego i amerykańskiego oraz furażerek wojskowych dla Koła Armii Krajowej w Miami.

W duchu nigdy nie przestałem być żołnierzem, choć po zwycięskiej wojnie los nie pozwolił mi wrócić do wolnego kraju i skazał mnie na wieczną tułaczkę, po obcych krajach obcych zwyczajów i obcych ludzi. Jednak nigdy nie straciłem wiary w niepodległość swojej ojczyzny – mówił pan Edmund, podsumowując rozmowę.

WEM


Całość materiału, wzbogacona o archiwalne zdjęcia, dostępna jest na naszym portalu: bialyorzel24.com/edmund-gonslawski-sybirak-od-kolebki/

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

Gest uznania

Tradycja dobrej zabawy

- Advertisment -