poniedziałek, 5 grudnia, 2022
Strona głównaPoloniaNowy JorkDuma i radości Piotra Praszkowicza

Duma i radości Piotra Praszkowicza

Dla przedsiębiorcy Piotra Praszkowicza rok 2022 jest rokiem obfitującym w ważne rocznice i wydarzenia. Świętuje 25-lecie działalności swojej firmy – PDP Contracting, bierze czynny udział w obchodach 150. rocznicy istnienia parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika, do której należy od wielu lat i został w niej wybrany Marszałkiem Parady Pułaskiego, który poprowadzi kontyngent Polonii z Manhattanu.

Podczas tegorocznej Parady Pułaskiego Piotr Praszkowicz poprowadzi 5. Aleją kontyngent Polonii z Manhattanu. Fot. Archiwum Piotra Praszkowicza

Mam wiele powodów do dumy i radości. Firma świetnie funkcjonuje i wciąż się rozwija, bo ciągle mamy nowe pomysły. Wybór na marszałka mocno mnie wzruszył. Czuję się wyróżniony, ale równocześnie jest to odpowiedzialność i zrobię wszystko, aby nikogo nie zawieść – nie ukrywa Piotr.

Piotr, który niewątpliwie jest człowiekiem sukcesu, był zaledwie 21-latkiem, kiedy wylądował w Nowym Jorku. Opuszczając szarą Polskę, gdzie dopiero zaczynały się zmiany, nie do końca wiedział, jaka przyszłość go czeka.

Tata wzbudził marzenia o Ameryce

Piotr urodził się i wychował w niewielkiej, aczkolwiek uroczej i szczycącej się bogatą historią miejscowości na Podkarpaciu – Nowy Żmigród.

Wyjazd do Ameryki zamarzył mi się w połowie lat 80. Stało się tak z powodu taty, który wtedy tu przebywał, bo udało mu się wyjechać do pracy, co w tamtych czasach było nie lada wyczynem. Mieszkaliśmy przy ulicy Mickiewicza, a ja naszą dzielnicę nazwałem Manhattan. I, co najśmieszniejsze, nazwa ta się przyjęła, zwłaszcza wśród młodzieży – wspomina.

Po maturze Piotr zdawał na AWF do Krakowa. Egzaminy zdał, ale nie dostał się z powodu braku miejsc. Czasy były takie, że trzeba było mieć albo dobre znajomości, albo wiedzieć komu dać porządnie wypchaną kopertę.

Nie chciałem iść w kamasze, a służba wojskowa była obowiązkowa, więc z braku laku załapałem się w studium ogrodniczym. Coraz częściej myślałem o wyjeździe, tym bardziej że tato już wrócił do Polski i kolorowo opisywał życie w Nowym Jorku  – opowiada.

Piotr zdecydował wystąpić o wizę w amerykańskim konsulacie w Krakowie. Dla tych, którzy nie znają lub nie pamiętają tamtych czasów, bo są jeszcze zbyt młodzi albo mieli to szczęście, że urodzili się już w Ameryce, trzeba nadmienić, że wówczas dostanie jej nie było takie oczywiste. Nawet posiadanie paszportu było przywilejem, a tych w dodatku istniały dwa rodzaje: takie, na których można było wyjechać tylko do krajów socjalistycznych, i te jakby lepsze, umożliwiające podróżowanie po całym świecie. Aby zdobyć ten drugi paszport, trzeba było cieszyć się zaufaniem władzy. Jednak rok 1991 nie był już tak drastyczny jak lata przed nim i Piotr z paszportem na cały świat udał się wraz z tatą do amerykańskiego konsulatu.

Zdobycie wizy też było loterią, niechętnie je przyznawano. Ja i tata dostaliśmy je za pierwszym podejściem. Wydaje mi się, że stało się tak dlatego, iż rodzice prowadzili prywatny sklep spożywczy, a wtedy prywatne biznesy były rzadkością. Poza tym, zarówno w moim, jak i taty paszporcie widniały już wizy z Niemiec zachodnich, Belgii czy Francji i u taty dodatkowo z Ameryki. Nigdy nie przekroczyliśmy terminu ich ważności i myślę, że to było dla konsula dowodem na to, że wrócimy do Polski. Dodatkowo byłem jeszcze uczniem studium ogrodniczego, a to także przemawiało na moją korzyść – opowiada Piotr.

Trudne początki

Młodziutki Piotrek cieszył się, że polecą razem, bo w dwójkę zawsze raźniej. Jego ojciec znał już miasto, miał tu kolegów, orientował się jak szukać pracy.

Zamieszkaliśmy na Greenpoincie, ale po dwóch tygodniach przeprowadziliśmy się na Manhattan, do szalonej „wioski”, jak mawiali Polacy, czyli na East Village – mówi.

Niestety wkrótce potem nadeszły niepomyślne wieści z Polski. Mama, na którą spadły teraz wszystkie obowiązki związane z wychowaniem dwójki młodszych dzieci i prowadzeniem sklepu, tak niefortunnie podniosła zbyt ciężką skrzynię pełną towaru, że odkleiła się jej siatkówka w oku. Ojciec Piotra zdecydował, że wraca do kraju, aby zająć się chorą żoną, dziećmi i sklepem, który dawał rodzinie utrzymanie.

Zostałem sam i nie będę ukrywał, że było trudno. Przed wyjazdem taty nie udało mi się załapać do żadnej stałej pracy, więc imałem się różnych zajęć, załapywałem, gdzie się tylko dało. Nie bałem się ciężko pracować. Przeżyłem kilka gorszych momentów, kiedy na przykład musiałem pożyczyć pieniądze na czynsz. Czułem się oszukany i zawiedziony, jak trafiłem na pracodawcę, który nie wypłacił mi pieniędzy. Zastanawiałem się chwilami, czy może nie rzucić tego wszystkiego i nie wracać do domu. Ale byłem młody, pełen zapału i złe chwile szybko mijały. Wierzyłem, że w końcu los się do mnie uśmiechnie. W latach 90. na Greenpoincie istniało sporo agencji pośrednictwa pracy prowadzonych przez Polaków. Chociaż na początku nie chciałem tego robić, to w końcu wybrałem się do jednej z nich i znaleźli mi zatrudnienie w firmie budowlanej. Wreszcie poczułem jakąś stabilność, a przede wszystkim wiele się tam nauczyłem. Kiedy już poczułem, że to pewna posada, zapisałem się na angielski i sumiennie chodziłem wieczorami na lekcje do położonej w sąsiedztwie mieszkania szkoły. Pomimo wielu obowiązków znajdowałem czas, aby cieszyć się życiem przepełnionego artystycznym duchem East Village. Atmosfera tego miejsca była niepowtarzalna, tak jak i tamci ludzie, kluby, bary, muzyka. Z przykrością stwierdzam, że niestety odeszło to już w przeszłość – wspomina Piotr.

Narodziny PDP

Ojciec Piotra, jeszcze przed niespodziewanym wyjazdem z Nowego Jorku, zabrał syna do polskiej parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Wschodniej 7. ulicy. Wychowany w wierze katolickiej Piotr nie opuszczał niedzielnych i świątecznych mszy, zawiązywał znajomości, zaczął się udzielać w życiu parafii. I to właśnie w tym kościele poznał w 1993 roku Dorotę. Drobna, ciemnowłosa dziewczyna o bystrym spojrzeniu niebieskich oczu od razu mu się spodobała. Z wzajemnością zresztą. Zaledwie dwa lata później, w kościele, w którym się poznali, powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Młodzi małżonkowie wynajęli mieszkanie na SoHo i zaczęli wieść rodzinne życie. Zanim na świecie pojawił się ich pierwszy syn Kamil, stworzyli własną firmę PDP Contracting.

Zastanawialiśmy się dość długo nad nazwą i ostatecznie zdecydowaliśmy się na PDP – od naszych imion i nazwiska – Piotr Dorota Praszkowicz. Firma zaistniała, ale trzymałem jeszcze dwie inne prace, bo chciałem mieć pewność, że nie zostaniemy nagle bez dochodów. Musiałem najpierw czymś się wykazać i zbudować swoją renomę. Pracowałem wtedy dużo i ciężko. Mój dzień zaczynał się przed 5:00, a kończył po 22:00 – zdradza przedsiębiorca.

Ale nie narzekał, wierzył, że wkrótce jego biznes zacznie przynosić profity. W tym roku PDP obchodzi swoje 25-lecie.

Zajmujemy się głównie wykonywaniem i wykończeniem wnętrz – i są to zarówno renowacje, jak i wnętrza w nowych budynkach. Jeżeli są budowane apartamentowce, to wchodzimy jak już jest postawiona struktura budynku, stawiamy ścianki działowe i całą resztę. Z kolei żona zajmuje się administracyjną stroną firmy, czyli całą „papierologią”. Zawsze ważny jest dla mnie jej punkt widzenia i opinia w różnych aspektach biznesu. Ona na wiele rzeczy patrzy inaczej niż ja. Dużo dyskutujemy, żeby wybrać jak najlepsze rozwiązania  – tłumaczy Piotr.

Cztery lata temu Piotr zaczął sprowadzać z Polski okna i drzwi. I tak obok PDP Contracting pojawiła się firma-córka – PDP Windows. Dzięki temu polskie okna najwyższej jakości można coraz częściej zobaczyć w budynkach mieszkalnych w całym mieście.

To nie są pojedyncze okna. Instalujemy je w dużych apartamentowcach. Jednym z nich był na przykład nowy budynek na Manhattanie, w którym jest 88 mieszkań. Podobnie wielki projekt wykonaliśmy na Forest Hills i jeszcze w kilku innych lokalizacjach na Queensie. W naszej ofercie mamy okna PCV i aluminiowe klasy premium. Zapewniają wysoką izolacyjność termiczną i akustyczną oraz komfort. Prezentują się wyjątkowo elegancko. Przed instalacją okna i tak muszą przejść szereg testów tu w Ameryce. Na wytrzymałość, szczelność, odporność na wiatr, akustykę i szereg innych. W tym zakresie współpracuję z firmą Intertek z Pensylwanii – opowiada Piotr.

Firma oferuje także montaż równie wysokiej jakości drzwi – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne.

Koszmar 11 września

Zanim jednak PDP Contracting odniosła dzisiejszy sukces, Piotr i Dorota wiedli typowe życie młodego małżeństwa. Uwielbiali kolorowy i głośny Manhattan, ale po narodzinach pierwszego dziecka stwierdzili, że przyszedł czas na zmiany. Chcieli zamieszkać w spokojniejszej i bardziej zielonej dzielnicy.

Mieszkaliśmy na czwartym piętrze, żona codziennie znosiła i wnosiła wózek do mieszkania, nie było to łatwe – wspomina Piotr.

W 2001 roku zaczęli rozglądać się za własnym domem. Zainteresował ich Ridgewood na Queensie i już prawie wybrali dom, już zaczęli sobie wyobrażać jak się będą urządzać, już widzieli małego Kamila biegającego po ogródku, kiedy marzenia nie tylko Praszkowiczów, ale wszystkich nowojorczyków zostały brutalnie przerwane przez atak terrorystyczny, do którego doszło 11 września. Cały świat wówczas wstrzymał oddech.

To było straszne, zresztą kto tu wtedy już żył, to dobrze o tym wie. Mieszkaliśmy jeszcze wciąż na SoHo i z dachu mojego budynku widziałem jak drugi samolot wbijał się w wieżę. A pierwszy przeleciał mi niemal nad głową. Szedłem akurat po Mulberry Street i mocno mnie zaniepokoiła tak nisko lecąca maszyna. Pomyślałem, że może ma jakąś awarię. Wydarzenia, które nastąpiły, sprawiły, że czułem się jak w filmie. To było nierealne, nierzeczywiste. Stałem na dachu i skamieniały patrzyłem na płonące „bliźniaki”, na ludzi desperacko wyskakujących z okien. A potem wszystko zaczął spowijać czarny dym i kurz. Obrazy, które widziałem, zostaną ze mną na zawsze. I ten charakterystyczny, okropny zapach niepozwalający otworzyć okien. Przez długi czas miałem koszmary, a kiedy widziałem lecący samolot, to przerażony obserwowałem, czy czasem nie wbije się w Empire State Building – Piotr niechętnie wraca we wspomnieniach do tego dnia.

Rodzinne życie na Ridgewood

Praszkowiczowie, jak i około 10 milionów nowojorczyków, musieli poradzić sobie z traumatycznymi przeżyciami i zająć się swoim życiem. Rok po zamachach Dorota i Piotr kupili dom i bez żalu opuścili wciąż poraniony Manhattan, przeprowadzając się na Ridgewood.

Piotr i Dorota Praszkowiczowie od 1995 roku tworzą kochające się małżeństwo. Fot. Archiwum Piotra Praszkowicza

Dom tak naprawdę wybudowałem sobie sam, bo budynek, który kupiłem, poszedł do rozbiórki. Wszystko zrobiliśmy tak, jak chcieliśmy i zaprojektowaliśmy. To nasze miejsce na ziemi – opowiada Piotr.

Za Manhattanem nie tęsknią, bo przecież nie jest tak daleko.

Ja i tak ze względu na prowadzone prace jestem tam prawie codziennie. A poza tym jesteśmy bardzo mocno związani z parafią św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Nie tylko tu się poznaliśmy i braliśmy ślub z Dorotą, ale tu też chrzciliśmy nasze dzieci, które wciąż służą do mszy. Działam też w radzie parafialnej – mówi Piotr.

Już na Ridgewood na świat przyszła kolejna dwójka ich dzieci – 19-letni dziś Kasper i 16-letnia Sara.

Sara to nasze oczko w głowie, bracia jej pilnują na każdym kroku – śmieje się Piotr. – Nie kryję, że jesteśmy z żoną bardzo z nich dumni. Najstarszy Kamil skończył St. John University na kierunku biznesowym, Kasper studiuje inżynierię w Manhattan College, a Sara jest w 2. klasie szkoły średniej. Wychowujemy ich w duchu polskości, ukończyły dokształcającą polską szkołę przy parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie, mówią i czytają po polsku, są patriotami, często jeżdżą do Polski. Biorą udział w wielu polonijnych wydarzeniach, ostatnio na przykład uczestniczyli w dniu flagi na Greenpoincie, chodzą też co roku na paradę Pułaskiego. Mój młodszy syn bardzo chciałby kupić sobie „malucha”, okleić go polskimi symbolami i pokazywać go na różnych polonijnych imprezach – dodaje Piotr.

Rodzina Praszkowiczów w komplecie. Fot. Archiwum Piotra Praszkowicza

Nowe pomysły i inwestycje

Chociaż dzisiaj rodzina Praszkowiczów uważa Nowy Jork za swój dom, to zanim dzieci osiągnęły wiek szkolny i na dobre zakorzeniły się w Ameryce, Dorota i Piotr zastanawiali się nad powrotem do Polski.

Kupiliśmy mieszkanie w Rzeszowie, planowaliśmy budowę domu, otworzyliśmy nawet market spożywczy, na tyłach którego znajdował się mały bar, zatrudniliśmy personel. Ale moja żona zaczęła mieć problemy zdrowotne. Nie chciałem ryzykować, w Nowym Jorku są moim zdaniem najlepsi lekarze. I tak zamknęliśmy rozdział przeprowadzki do Polski. Żona na szczęście dziś jest zupełnie zdrowa – opowiada Piotr.

Pewni swojej decyzji, pragmatyczni i ciężko pracujący małżonkowie, zaczęli się zastanawiać, co dalej. Firma PDP działała bez zarzutu, ale oni wiedzieli, że chcą wykształcić swoje dzieci, zabezpieczyć ich i swoją przyszłość.

Wtedy wpadła mi w ręce książka Roberta Kiyosaki (amerykański inwestor, biznesmen, autor poczytnych książek motywacyjnych – przyp. autorka) „Rich Dad Poor Dad” (polski tytuł: „Bogaty ojciec, biedny ojciec” – przyp. autorka). Spodobało mi się to, co przeczytałem. Chciałem dowiedzieć się więcej. To nie były jeszcze czasy ogólnie dostępnego internetu, więc szukałem informacji po gazetach, rozmawiałem z ludźmi. I tak trafiłem na prowadzone przez Kiyosaki warsztaty i wykłady. Poznałem ludzi chętnych do dzielenia się swoimi doświadczeniami w inwestowaniu – z prawnikami, bankierami, agentami nieruchomości, inwestorami. Przez dłuższy czas prawie każdy weekend spędzałem na wykładach i seminariach organizowanych przez Rich Dad Company, firmę edukacyjną Roberta Kiyosaki. Cały czas się uczyłem, równocześnie zastanawiając się, w co skutecznie inwestować. Po konsultacjach z żoną postawiliśmy na branżę nieruchomości. Nasze inwestowanie polega na otwieraniu firmy LLC (Limited Liability Company – Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością) przy każdej zakupionej nieruchomości. Swojej firmy real estate nie mamy, ale niedawno kurs agenta zrobił nasz starszy syn i nam pomaga. Polecam każdemu taką formę inwestowania, ale muszę tu dodać, że wiele się nauczyłem na własnych błędach, których nie zawsze da się uniknąć. Dlatego warto cały czas się dokształcać – zdradza Piotr.

.Kasper, Sara i Kamil – największa duma rodziców Piotra i Doroty. Fot. Archiwum Piotra Praszkowicza

Dobre wybory i ciężka praca

Patrząc wstecz Piotr Praszkowicz jest zadowolony ze swojego życia. Do wszystkiego doszli z Dorotą własną pracą.

Myślę, że dokonałem dobrych wyborów. Pracuję sam dla siebie, nie mam żadnego szefa nad sobą, może tylko małżonkę – mówi ze śmiechem. – Ja jestem głową rodziny, ale to ona jest jej szyją. To wspaniała żona, matka, przyjaciółka. Jesteśmy partnerami w każdej dziedzinie życia jak prywatnego, tak i zawodowego. Pomimo zmieniających się sytuacji ekonomicznych nasza firma PDP Contracting dobrze sobie radzi. Zatrudniam na stałe 25 pracowników. Ale przy większych projektach pracuje dla mnie nawet 100 osób, włączając w to podwykonawców. Po tych 25 latach wiem, że bycie szefem nie jest łatwe. Musiałem się nauczyć zarządzać ludźmi, rozmawiać z nimi, słuchać, zażegnywać konflikty, przewidywać do przodu. I jak to w pracy z ludźmi, mam bardzo różne doświadczenia. Teraz mam świetną ekipę, wielu pracowników jest ze mną już od lat i mam nadzieję, że są zadowoleni. Ale trafiały się osoby nieodpowiedzialne, nieprzewidywalne. Staram się nikogo nie oceniać, ale przez lata wyrobiłem sobie też intuicję, chociaż w tym świetna jest moja żona. Bezbłędnie wyczuje każdego człowieka. To ona najczęściej prowadzi rozmowy z potencjalnymi lokatorami. Nigdy się nie pomyliła – dodaje.

Pytany, czy uważa się za dobrego szefa, Piotr nie zastanawia się długo nad odpowiedzią.

Uważam, że tak. Nie zawsze byłem przecież szefem i wiem dokładnie, że ludzie pracują po to, aby móc godnie żyć. Dlatego od początku istnienia firmy wprowadziłem pewne standardy jak płatne święta, płatne lunche, urlopy, dobre benefity, podwyżki – mówi.

Przedsiębiorca nie kryje jednak, że miewał momenty, kiedy chciał wszystko rzucić.

Kiedyś przejmowałem się nawet najmniejszą bzdurą, emocjonalnie podchodziłem do problemów i w końcu przypłaciłem to nerwicą serca. Tu też mi przyszły z pomocą książki Roberta Kiyosaki. Zapadł mi w pamięć cytat „you got to care, but not too much” („musisz się przejmować, ale nie za mocno”). Wprowadziłem tę zasadę w życie, bo nie chcę już tracić zdrowia przez pracę. Dziś rozumiem, że życie trzeba brać na większym luzie. Moim ulubionym sposobem na odstresowanie jest siłownia i sauna, w której wypacam cały stres – mówi szczerze.

Od zeszłego roku Piotr jest członkiem Pulaski Association of Business and Professional Men.

Organizację, tak jak i wielu jej działaczy, znam od długiego czasu. Sam zapisałem się do niej jednak niedawno, bo wydawało mi się, że jej członkowie to raczej przedsiębiorcy działający na Greenpoincie. Grzegorz Fryc, obecny prezes zrzeszenia, zapytał mnie kiedyś po mszy, dlaczego do niego nie należę. Szczerze mu odpowiedziałem, że nawet nie wiem. Zaprosił mnie na spotkanie i zapisałem się. Cieszę się z tego, bo dobrze jest spotkać się z ludźmi, z którymi można wymienić się doświadczeniami, zapytać o porady. Organizacja przyciąga coraz więcej młodych, kreatywnych Polaków, dzięki czemu na pewno będzie się rozwijać w dobrym kierunku – opowiada Piotr.

Iwona Hejmej


Elegancko wykończone wnętrza, najwyższej jakości okna i drzwi, zapewnią Ci firmy: PDP Contracting i PDP Windows.

Kontakt:
Telefon: 917-567-9387 lub 718-456-3150
Fax: 718-456-3153
email: peter@pdpcontracting.com


Uroczyste szarfowanie

Piotr Praszkowicz zaprasza wszystkich na Bal Marszałkowski, który odbędzie się w sobotę 11 czerwca 2022 roku o godzinie 20:00 w sali parafialnej przy kościele pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie. Podczas balu odbędzie się szarfowanie Piotra na Marszałka Parady Pułaskiego kontyngentu Polonii z Manhattanu oraz przedstawienie Miss Polonii parafii – Hanny Taweel. Adres: 101 E 7th Street, New York, New York.

spot_img

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -