czwartek, 25 lipca, 2024
Strona głównaDziałySylwetki„Najlepsze jeszcze przed nami!”

„Najlepsze jeszcze przed nami!”

Rozmowa z Marcinem Bolcem – współzałożycielem wydawnictwa White Eagle Media i redaktorem naczelnym „Białego Orła”.

Redaktor naczelny „Białego Orła” Marcin Bolec z żoną Barbarą Bilińską Bolec. Fot. Marcin Żurawicz

W kwietniu br. minęło 20 lat od wydania pierwszego numeru gazety „Biały Orzeł”. Jeśli miałbyś w kilku słowach podsumować to dwudziestolecie, to co uważasz za swój największy sukces?

Przede wszystkim to, że nadal tu jesteśmy po 20 latach i że nasza misja od 20 lat się nie zmieniła, jesteśmy wierni temu, w co wierzyliśmy, gdy zakładaliśmy gazetę. W ciągu minionych dwóch dekad zaszło wiele zmian, zarówno jeśli chodzi o rynek prasy drukowanej, jak i o realia, w jakich obecnie funkcjonują media, jak przekazywane są informacje – głównie mam tu na myśli dynamiczny rozwój mediów społecznościowych i różnych platform internetowych. Zmiany zaszły też w Polonii, a także w życiu prywatnym moim, czy mojego partnera biznesowego Darka (Barcikowskiego – współzałożyciela i wydawcy „Białego Orła” – red.). I to cały czas się dzieje, dlatego tak ważne jest, żeby z jednej przyjąć postawę elastyczną, pozwalającą nam, jako firmie, reagować na te zmiany, a z drugiej strony nie tracić z oczu tego, co zawsze było i jest dla nas najważniejsze, jeśli chodzi o wydawanie polonijnej prasy. Zawsze chciałem łączyć ludzi, dać im narzędzie do promocji swoich inicjatyw, organizacji, biznesów – i pomóc mi w tym miał właśnie „Biały Orzeł”.

Czy właśnie dlatego zaangażowałeś się w ten projekt? Jak wyglądały z Twojej perspektywy początki „Białego Orła”?

Jest to historia pewnie wielu osobom dobrze znana. Darek wpadł na pomysł założenia polskiej gazety i w związku z tym pojawił się w polskim kościele z nadzieją znalezienia osób, które pomogą mu w tym projekcie. Ja początkowo pomyślałem o moim tacie, który jest dziennikarzem i pisarzem, jednak podobała mi się idea gazety jako narzędzia, które pozwoliłoby na dotarcie do Polonii i na szerzenie informacji, zwłaszcza o polonijnych organizacjach, w których działalność byłem wówczas zaangażowany. Nawiązaliśmy współpracę, z pomocą jeszcze kilku osób udało nam się oddać do druku pierwszy numer, a potem kolejny… i tak to trwa do dziś. Oczywiście dziś funkcjonujemy jako firma na zupełnie innym poziomie, ale zaczęło się od bardzo amatorskiego projektu.

Wspomniałeś wcześniej, że zależało Ci na promocji organizacji polonijnych, w których wówczas działałeś. Opowiedz o nich coś więcej.

Mnie zawsze interesowało organizowanie ludzi ku wspólnemu celowi. Zawsze też chciałem jakoś wykorzystać swój talent organizatorski na rzecz społeczności, w której funkcjonuję. Dlatego gdy po studiach przeprowadziłem się do Bostonu, zaangażowałem się w działalność Kongresu Polonii Amerykańskiej we wschodnim Massachusetts. Szybko zacząłem też uczestniczyć w pracach zarządu głównego Kongresu Polonii Amerykańskiej, zostając w wieku 23 lat najmłodszym w historii członkiem zarządu tej organizacji i pełniąc przez 6 lat za czasów prezesury śp. Edwarda Moskala funkcję wiceprezesa ds. członkostwa. Była to dla mnie okazja do nawiązania wielu kontaktów w środowisku polonijnym w całej Ameryce, co miało okazać się bardzo przydatne w przyszłości – również w momencie, gdy zdecydowaliśmy się na założenie gazety, która przecież choć początkowo wydawana tylko w Massachusetts, bardzo szybko wyszła poza ramy stanu i po kilku latach mieliśmy dziewięć lokalnych edycji, w tym także w stanach takich jak Arizona czy Kalifornia.

W 2002 r. założyłem też w Bostonie młodzieżową organizację Polish American Networking Organization, której celem, jeszcze przed erą mediów społecznościowych, był szeroko rozumiany networking i ułatwienie nawiązywania relacji międzypokoleniowych oraz profesjonalnych, zwłaszcza między osobami mogącymi się poszczycić sukcesem zawodowym odniesionym w USA na różnych polach działalności a młodymi, zdolnymi członkami Polonii, którzy potrzebowali wsparcia i doradztwa. Z dużym sentymentem wspominam tamte czasy, zwłaszcza, że dzięki PANO poznałem swoją żonę (uśmiech).

Ta żyłka społecznika nadal chyba w Tobie jest, ponieważ gazeta nie jest jedynym przejawem Twojej polonijnej działalności?

Aktywnie uczestniczę w życiu polskiej parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Bostonie, do której należę wraz z rodziną. Zależy mi na tym, żeby przetrwała i służyła moim dzieciom czy kiedyś także wnukom. Cieszę się, że udało mi się wdrożyć w życie kilka pomysłów, jak choćby dotyczących reorganizacji dorocznych dożynek, dzięki czemu wydarzenie to z roku na rok przyciąga większe zainteresowanie i odbywa się na coraz większą skalę. Od jakiegoś czasu zasiadam też w radzie dyrektorów Polskiego Centrum Naukowego w Chicopee, MA. To miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie i niezwykle podziwiam to, co udało się tam stworzyć byłemu już niestety kustoszowi Stasiowi Radoszowi. Chciałbym, żeby Polskie Centrum zaczęło być bardziej zauważane, nie tylko jako swoiste muzeum, ale też mogłoby być wykorzystywane jako narzędzie do nauki, przekazywania wiedzy na temat historii i dziedzictwa Polonii, ponieważ jest to coś, z czego możemy być dumni.

W Bostonie, w którym mieszkasz już od ponad 20 lat, istnieje „Polski Trójkąt”. Podobno miałeś udział w nadaniu polskiej dzielnicy tego miana przez władze Bostonu?

W 2008 r. razem z Darkiem wyszliśmy z inicjatywą, aby polska dzielnica, której teren wyznaczają ulice układające się w kształt trójkąta – co widać dobrze z lotu ptaka lub gdy się spojrzy na mapę – zyskała miano „Polskiego Trójkąta w Bostonie” i ówczesny burmistrz miasta przystał na to, nazwę tę oficjalnie nadano i funkcjonuje ona do dziś.

Marcin Bolec z rodziną: żoną Barbarą i córkami Lidią oraz Kariną podczas 50. Międzynarodowego Balu Polonaise w Miami, luty 2023 r. Fot. Archiwum rodzinne

W Bostonie jesteś też znany z działalności charytatywnej – kilkakrotnie zdarzało się, że z prośbą o pomoc zwracały się do Ciebie rodziny dzieci z Polski, dla których leczenie w Boston Children’s Hospital było jedyną szansą na zdrowie, a czasem i na życie.

Łamy „Białego Orła” są zawsze otwarte dla osób, które chcą nagłośnić informacje o jakiejś zbiórce czy inicjatywie charytatywnej, oczywiście, jeśli jest to zweryfikowany cel. Ale tak, kilkukrotnie się zdarzyło, że pomagałem takim rodzinom również prywatnie, ułatwiając im znalezienie zakwaterowania czy oferując bezpłatny transport. W takiej sytuacji, gdy walczą o zdrowie czy życie swojego dziecka, po prostu nie mógłbym nie pomóc, zwłaszcza, jeśli mogę coś dla nich zrobić.

Łamy „Białego Orła” są też cały czas otwarte dla polonijnych organizacji czy osób chcących zaprezentować swoje inicjatywy, działalność. Można zatem powiedzieć, że założenia, z którymi zaczynałeś wydawać gazetę, nadal są realizowane?

Tak, gazeta nadal jest narzędziem do promowania różnych wydarzeń, programów i działalności poprzez reklamy i artykuły. Misją wydawnictwa White Eagle Media od początku było i nadal jest budowanie silnej Polonii w USA m.in. poprzez pozytywny przekaz promujący polonijne inicjatywy i organizacje, zwłaszcza te, które nie mają wystarczającej siły przebicia, by samodzielnie zaprezentować swój dorobek. Serdecznie zapraszam do kontaktu wszelkie osoby czy organizacje zainteresowane taką współpracą.

W swoim przemówieniu podczas balu z okazji 20-lecia „Białego Orła” wymieniłeś kilka liczb obrazujących skalę rozwoju gazety na przestrzeni minionych dwóch dekad – i one naprawdę robią wrażenie, ale podkreśliłeś, że jednak najważniejsze są nie liczby czy wymierne osiągnięcia, ale ludzie i relacje z nimi. Jak ten aspekt kształtował się przez ostatnie lata?

Wiele z tych relacji się pogłębiło. Relacja jest czymś, co się buduje z czasem. Z biegiem lat nawiązywaliśmy coraz więcej kontaktów w sensie ilości, ale i pogłębiały się nasze relacje z tymi, którzy byli z nami od samego początku. Staramy się pisać o wszystkich i wszystkim co polonijne, lokalne, więc te relacje z każdym kolejnym przygotowanym wspólnie materiałem się umacniały. Myślę też, że celebracja naszego jubileuszu dobrze to odzwierciedlała. Na balu obecne były osoby, które są z nami od samego początku istnienia gazety, były też takie, z którymi nawiązaliśmy relacje kilka czy kilkanaście lat temu, ale też osoby stosunkowo nowe, które jednak doceniają to, co robimy i jest to dla nich ważne. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim, którzy wsparli nas teraz – czy to przez swoją obecność na balu, czy przez jego sponsoring czy też przez złożenie życzeń w wydaniu specjalnym z okazji jubileuszu – i jestem też wdzięczny wszystkim, którzy przez lata przyczynili się do tego, że po pierwsze nadal jako gazeta istniejemy, a po drugie rozwijamy działalność.

W historii gazety były momenty, kiedy nie tylko rozwój, ale nawet dalsze istnienie stało pod znakiem zapytania…

Tak, bardzo mocno dotknął nas kryzys w latach 2008-2009. Do tamtej pory wszystko układało się bardzo dobrze, uruchomiliśmy kolejne wydania lokalne w Arizonie, Kalifornii, na Florydzie, poszerzyliśmy naszą działalność publikacyjną m.in. o panoramę firm polonijnych w Nowej Anglii w USA – „New England Polonia Pages” oraz w Wielkiej Brytanii – „Polish Pages UK”. W moim rodzinnym mieście – Rzeszowie – otworzyliśmy nasze polskie biuro, tam też zaczęliśmy wydawać magazyn „Day & Night” (tytuł obecnie jest nadal dostępny na rynku, ale wydawany przez kogoś innego – red.). Przygotowaliśmy specjalne wydanie gazety na Światowy Festiwal Zespołów Polonijnych w Rzeszowie, było ono rozdawane uczestnikom festiwalu za darmo, to był wtedy ewenement i chyba do tej pory nie zostało to przez nikogo powtórzone. Niestety, późniejszy krach bardzo mocno odbił się m.in. na branży nieruchomości, co przełożyło się na drastyczny spadek z wpływów z reklam od agentów nieruchomości i innych firm związanych z tą branżą i faktycznie, był taki moment, że przyszłość gazety stała pod znakiem zapytania. Musieliśmy podjąć kilka drastycznych decyzji, sięgnąć po pomoc tych, którzy nam ją zaoferowali… To był dla mnie bardzo trudny czas, zarówno pod względem finansowym, jak i emocjonalnym. Ale to ludzie wokół nas sprawili, że przetrwaliśmy. To, co zbudowaliśmy przez wcześniejsze lata, relacje, których wagę wciąż podkreślam – to wszystko zaprocentowało w trudnym dla nas okresie. Tamta sytuacja wiele mnie nauczyła. Sprawdziłem się w kryzysie i dziś wiem, że potrafię z sytuacji kryzysowych wyjść. Tamto doświadczenie było też przydatne na przykład w czasie pandemii, która też była bardzo trudnym momentem dla firmy, ale tym razem byliśmy już przygotowani na podjęcie pewnych decyzji i udało nam się przez nią przejść prawie bez szwanku. Warto podkreślić, że przez cały czas trwania pandemii zachowaliśmy ciągłość publikacyjną i „Biały Orzeł” co dwa tygodnie docierał do wszystkich punktów, które były otwarte.

Czy patrząc wstecz, zmieniłbyś coś lub zrobił inaczej?

Łatwo mówić o innych decyzjach, gdy zna się już skutki tych przez nas podjętych. Gazeta przez lata dostosowywała się do potrzeb rynku i do sytuacji ekonomicznej, jaka była w Ameryce, a także do sytuacji ekonomicznej naszych klientów. Ta elastyczność i szybkość w reagowaniu na zmiany odgrywają kluczową rolę w powodzeniu naszej działalności. Gdybyśmy nic nie zmieniali, nie podejmowali pewnych decyzji, nie bylibyśmy w miejscu, w którym teraz jesteśmy. Obserwowanie rynku i reagowanie na jego potrzeby – to klucz do sukcesu.

Czy uruchomienie „La Vision” – hiszpańskojęzycznego miesięcznika, który od roku ukazuje się w Connecticut – też jest reakcją na potrzeby rynku i czy po roku ten krok można nazwać sukcesem?

„La Vision” na pewno jest sukcesem. Gazeta została dobrze przyjęta przez społeczność hiszpańskojęzyczną. W niej również koncentrujemy się na lokalności, co jest ważne, ponieważ dla latynoskiej społeczności, podobnie jak dla Polonii, ważne są sprawy lokalne, te, które ich bezpośrednio dotyczą. Biorąc pod uwagę jak duży jest rynek hiszpańskojęzyczny w Stanach Zjednoczonych i jak szybko rośnie, myślę, że uruchomienie „La Vision” na pewno jest dobrym posunięciem strategicznym dla firmy.

Wracając do Polonii – jak ta społeczność wg Ciebie zmieniła się na przestrzeni ostatnich 20 lat i czy wpłynęło to w jakiś sposób na profil lub sposób działania gazety?

Kluczowe jest to, że cały czas piszemy o rzeczach, których ludzie szukają, o których chcą czytać i których nie ma dostępnych gdzieś indziej. Staramy się być też neutralni politycznie i rzetelnie przekazywać informacje, co czytelnicy doceniają i często dają temu wyraz w komentarzach czy wiadomościach do redakcji. Zatem profil gazety nie uległ zmianie, stawialiśmy i nadal stawiamy na lokalność. Natomiast nasza działalność się cały czas rozszerza, wychodzimy naprzeciw potrzebom naszych czytelników i klientów oraz staramy się korzystać z nowych możliwości – to część tej elastyczności i gotowości na zmiany, o czym mówiłem wcześniej. Dlatego z biegiem lat uzupełniliśmy naszą działalność o produkty cyfrowe: w tym roku mija dokładnie 10 lat od uruchomienia naszego portalu BialyOrzel24.com, który dwa lata temu przeszedł gruntowną przebudowę, od kilku lat mamy prężnie działający profil na Facebooku, jesteśmy też na Instagramie, jesteśmy otwarci na nowe narzędzia. Ale wszystko to tak naprawdę tylko różne formy przekazu – to, czy ktoś sięga po egzemplarz gazety drukowanej czy czyta nas w internecie, to tak naprawdę kwestia osobistych preferencji. Nasza siła tkwi w samym przekazie, a nie w tym, za pomocą jakich narzędzi trafia on do odbiorców.

Marcin Bolec celebrował 20-letni dorobek White Eagle Media w towarzystwie rodziny oraz swojego partnera biznesowego Darka Barcikowskiego. Fot. Marcin Żurawicz

Ten przekaz wywiera realny wpływ na polonijną społeczność. Podczas balu wspomniałeś o pewnej kobiecie, która zadzwoniła do Ciebie, chcąc na łamach „Białego Orła” podzielić się historią swojego życia, w którym ogromną rolę odegrała okazana przez kogoś dobroć – i tym samym tej osobie za ten przejaw serca podziękować. Czy to był jednostkowy przypadek czy takich sytuacji w ciągu minionych 20 lat było więcej?

Takich sytuacji i opowiedzianych przez nas historii było o wiele więcej. Gdy przygotowywałem swoje przemówienie, obliczyłem, że w ciągu 20 lat na łamach „Białego Orła” opublikowaliśmy ok. 130 tysięcy artykułów. Każdy z nich był jakimś wycinkiem ludzkiego życia, a wszystkie razem tworzą unikatową, niepowtarzalną kronikę Polonii amerykańskiej, jej losów, emocji, tego, co było ważne na przestrzeni tych lat dla nas, czym żyliśmy. Słowa, które drukujemy, wywierają realny wpływ na naszą społeczność. Niedawno pisaliśmy o tym, że przy Szkole Języka i Kultury Polskiej w Bridgeport, CT otwiera się polska biblioteka i że mile widziane są osoby, które chciałyby podarować jakieś książki. I znalazły się osoby, które przeczytały o tym właśnie w „Białym Orle” i wsparły nową bibliotekę książkami. Dwa lata temu miałem też okazję przeprowadzić wywiad z powstańcem warszawskim, bohaterem jednego z najbardziej rozpoznawalnych zdjęć z czasów powstańczego zrywu. Przez wiele lat nikt nie miał pojęcia, że ten człowiek mieszka w Ameryce, że jest tak blisko nas. Udało nam się opowiedzieć i przekazać jego historię i dotarło do nas potem wiele komentarzy dziękujących za ten materiał. To tylko dwa przykłady, ale takich sytuacji było więcej – i mam nadzieję, że będzie więcej w przyszłości.

Gazeta i portal w tej chwil są prawie w całości redagowana w języku polskim, a młodsze pokolenie Polonii, zwłaszcza to urodzone już w Ameryce, może preferować język angielski. Czy to kolejny krok?

To jest bardzo ważny krok, o którym myślimy tak naprawdę od samego początku i do którego planujemy wrócić. Jest spora grupa Polonii tylko angielskojęzycznej, do której obecnie nie docieramy, a chcielibyśmy docierać. Musimy tylko stworzyć odpowiedni produkt, który na pewno prędzej czy później stanie się częścią naszej oferty.

Czego Cię nauczyło 20 lat wydawania polskiej gazety?

Prowadzenie firmy nigdy nie jest łatwe, a wydawanie bezpłatnej gazety, gdzie dochodzi jeszcze wiele czynników pozabiznesowych, na pewno było i jest wyzwaniem. Oczywiście, na przestrzeni tych lat nie ustrzegliśmy się od pewnych błędów, ale nauczyliśmy się wyciągać z nich wnioski – i między innymi dzięki temu potrafimy iść dalej i nie boimy się podejmować odważnych decyzji, bez których trudno byłoby mówić o rozwoju firmy. Ale te 20 lat dało mi też poczucie, że nasza idea była słuszna i że mimo tego, że zmienia się Polonia, zmieniają się organizacje – jedne znikają, inne powstają, zmienia się ich działalność – to zmianie nie ulegają jej potrzeby. Nadal potrzebna im jest platforma, która zapewni rozgłos, umożliwi dotarcie do odbiorców, nawiązanie kontaktów. I „Biały Orzeł” cały czas jest odpowiedzią na te potrzeby. Nadal ważne jest też to, co lokalne. A to przecież stanowi sedno naszej działalności.

W związku z jubileuszem 20-lecia kilkakrotnie przez różne osoby, w różnych okolicznościach podkreślany był fakt, że obecnie White Eagle Media zajmuje pozycję lidera, jeśli chodzi o zasięg i nakład wydawanych gazet, padło też kilka razy określenie WEM jako największego polskojęzycznego wydawnictwa poza granicami Polski. Czy to jest sukces, na który pracowałeś przez 20 lat i jak zamierzasz to wykorzystać?

Uważam za sukces to, że przetrwaliśmy – i jako gazeta, i jako wspólnicy, i cieszę się z pozycji, jaką udało nam się na chwilę obecną osiągnąć. Ale jest jeszcze wiele rzeczy, które chcemy zrobić. Dlatego uważam, że najlepsze lata jeszcze są przed nami.

Rozmawiała Joanna Szybiak


TU znajdziecie zdjęcia z balu z okazji 20-lecia „Białego Orła”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -