niedziela, 26 maja, 2024
Strona głównaDziałySylwetkiMateusz Bednara – pokochał internet z wzajemnością

Mateusz Bednara – pokochał internet z wzajemnością

Mateusz Bednara jeszcze w szkole średniej był pewien, że jego drogą życiową jest sport. Niestety kontuzja kolana pokrzyżowała te plany i wybrał ekonomię. Zanim założył własny biznes, pracował przez kilka lat jako księgowy.

Mateusza fascynuje potęga internetu, dzięki której pomaga tradycyjnym firmom rozwijać się w erze cyfrowej. Fot. Archiwum Mateusza Bednary

Z zamiłowania jest historykiem, ale dziś z ogromną pasją odkrywa możliwości internetu i buduje aplikacje, które pozwalają na wykorzystanie jego potęgi dla budowania biznesu swojego i innych przedsiębiorców.

Droga, która doprowadziła mnie do założenia firmy, była pod wieloma względami niekonwencjonalna – przyznaje.

Sielskie życie u babci i dziadka

O tym, że Mateusz będzie żył w Ameryce, zadecydowali rodzice. W lecie 2001 roku jako 11-letni chłopiec wraz z mamą i dwoma braćmi przyleciał do Nowego Jorku, w którym już mieszkał jego tata.

W domu mówiło się dość często, że przeprowadzimy się do Stanów. Byliśmy z braćmi na to przygotowani, wiedzieliśmy, że któregoś dnia nas ta podróż nie ominie  – wspomina.

Mateusz urodził się w Tarnogrodzie, niewielkim mieście na Lubelszczyźnie. Do 6. roku życia on, a także jego starszy brat, wychowywał się u babci i dziadka. Potem rodzina przeprowadziła się do Lublina, gdzie Mateusz zaczął naukę w szkole podstawowej i, jak sam twierdzi, mocno w niej rozrabiał.

Nie sprawiałem dużo kłopotów, ale byłem aktywnym, ruchliwym dzieckiem, które nie potrafiło długo usiedzieć w jednym miejscu – przyznaje. – Opiekowali się nami dziadkowie, bo rodzice już wtedy często wyjeżdżali za pracą do Ameryki, gdzie mieliśmy krewnych, co było dużym ułatwieniem – ciągnie swoją opowieść.

Okres spędzony u dziadków Mateusz wspomina jako jeden z najwspanialszych w swoim życiu.

Mieszkało tam wtedy dużo krewnych – babcia, dziadek, ciotki, wujkowie i mój brat. Dziadkowie prowadzili spore gospodarstwo, ciągle coś się działo. To były świetne czasy – dorastaliśmy w naturalnym środowisku, które tylko pobudzało moją ciekawość. Mogłem chodzić, gdzie chciałem. Wspinałem się na co tylko się dało, godzinami spacerowałem po lesie obserwując przyrodę i nic mnie nie ograniczało. Żyłem wśród ludzi, którzy ciężko pracowali, co wyrobiło we mnie dobry etos pracy. Dziadek wpajał nam poczucie obowiązku i wyznaczał zadania odpowiednie do naszego wieku, za co nas nagradzał jakimiś drobnymi sumami pieniędzy. Dostawałem 5 złotych za to, że na przykład pozamiatałem garaż albo wykonałem inne drobne prace. Sam mogłem decydować na co wydam zarobione pieniążki i zwykle były to cukierki czy inne słodkości oraz komiksy, które bardzo lubiłem – opowiada.

Beztroskie dzieciństwo

Wychowanie w domu pełnym ludzi sprawiło, że Mateusz był dzieckiem otwartym, śmiałym i ciekawym świata. Dlatego jak poszedł do I klasy, już w Lublinie, od razu ze wszystkimi się zakolegował.

Z wujkiem i bratem w gospodarstwie ukochanych dziadków. Mały Mateusz siedzi u wujka „na barana”. Fot. Archiwum Mateusza Bednary

To była mała szkoła, chociaż mnie jako dziecku wydawała się ogromna, ale tam były tylko dwie pierwsze klasy. Ponieważ u dziadków niemal całe dnie spędzałem bardzo aktywnie, to ruch miałem we krwi. Dlatego w latach szkolnych najchętniej biegałem po boisku i tam głównie poznawałem kolegów. Uwielbiałem i do dziś uwielbiam sport i ruch. Lublin nie był wielkim miastem, dlatego rowerem przemierzałem je z jednego końca na drugi, po drodze odwiedzając kumpli. To było miłe miasto, miłe lata. Miałem spokojne, beztroskie i bezpieczne dzieciństwo – wspomina.

Pierwsze nowojorskie lato

W końcu nadszedł oczekiwany dzień wylotu do Nowego Jorku.

Nasza mama chciała się upewnić, czy ja i moi bracia rzeczywiście chcemy tego wyjazdu. Zapewniliśmy ją, że tak. Byliśmy bardzo podekscytowani. W końcu nie każdy mógł wyjechać do Ameryki, dla nas to była super sprawa. Ja sam byłem pod wrażeniem amerykańskiej pop kultury, muzyki, sportowców. Na ścianie mojego pokoju wisiał ogromny plakat Michaela Jordana z logo wszystkich drużyn NBA, które lubiłem rysować. Razem z nami poleciała moja kochana babcia. Pomagała rodzicom w opiece nad nami, bo oni musieli pracować, a trójka chłopaków wymagała, aby ktoś nad nimi czuwał – opowiada Mateusz.

W lecie 2001 roku rodzina państwa Bednarów mieszkała na Borough Park. To dzielnica w południowo-zachodniej części Brooklynu. – Trwały jeszcze wakacje i spędzaliśmy dni na zwiedzaniu. Chodziliśmy do muzeów, jeździliśmy na Coney Island. To miejsce bardzo polubiliśmy, bo znajduje się tam wiele atrakcji. Zwiedziliśmy także słynne bliźniaki, czyli Twin Towers. Wtedy nikt z nas nie miał pojęcia, że one wkrótce znikną z powierzchni ziemi. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Kiedy stanęliśmy na dole pod nimi i spojrzałem w górę, to prawie się przewróciłem, bo tak wysoko musiałem zadzierać głowę, żeby zobaczyć ich szczyt – wspomina Mateusz.

Najgorszy dzień w Nowym Jorku

Wakacje szybko dobiegły końca i trzeba było pójść do szkoły. Mateusz, pomimo że nie znał języka angielskiego ani realiów, z jakimi przyjdzie mu się zetknąć, nie stresował się. Był ciekaw co nowego go czeka, jakich będzie miał kolegów. Zapisany był do szkoły publicznej.

– Znowu, tak jak w Polsce, najchętniej biegałem po boisku i od razu nawiązałem nowe znajomości – opowiada. Mateusz chodził do szkoły zaledwie kilkanaście dni, kiedy dwa porwane przez terrorystów samoloty wbiły się w bliźniacze wieże World Trade Center.

Z tatą i braćmi podczas zwiedzania Twin Toweres zaledwie kilka tygodni przed atakami 11 września. Fot. Archiwum Mateusza Bednary

Jako żywo pamiętam 11 września. Nie mówiłem jeszcze wtedy po angielsku i niewiele rozumiałem z tego, co się działo, ale wtedy mało kto wiedział, co tak naprawdę się stało. Tego szczególnego dnia pamiętam, że akurat szedłem na lekcję matematyki i nagle zobaczyłem naszą nauczycielkę wybiegającą z klasy ze łzami w oczach. Byłem ciekaw, co się dzieje. Kiedy wszedłem do klasy, spojrzałem przez okno w kierunku Manhattanu i zobaczyłem wielką chmurę dymu. Byłem przerażony. Wszystkich uczniów zebrano razem, a potem zwolniono nas z lekcji. Nauczyciele sami nie wiedzieli, co mieli z nami zrobić – opowiada.

Wróciłem do domu, gdzie była babcia, która podczas zakupów znalazła na ulicy spalony kawałek papieru. To był jakiś dokument z World Trade Center. Całe mnóstwo takich papierów unosiło się wtedy w powietrzu. Miało to na mnie ogromny wpływ. To było straszne. Oto przyjeżdżasz do Nowego Jorku i doświadczasz takiego horroru. To tragiczne wydarzenie było jak chrzest bojowy – wspomina.

Życie toczyło się dalej. Mateusz coraz lepiej rozumiał i mówił po angielsku. Nigdy nie był nieśmiały i już po kilku miesiącach w szkole miał wielu nowych kolegów, a i z językiem szło mu coraz lepiej.

Najwięcej osób poznałem na boisku, podczas grania w piłkę. Sport łączy ludzi bez względu na wiek – mówi Mateusz.

Kontuzja niweczy sportowe marzenia

Dwa lata później rodzina przeprowadziła się na Ridgewood.

Mama zapisała mnie do katolickiej szkoły – St. Pancras School w Glendale. I to było dość szokujące, bo przeszedłem z ogromnej szkoły publicznej, której uczniowie pochodzili z różnych stron świata, do małej szkoły, gdzie była tylko jedna ósma klasa – wspomina.

Mateusz w szkole średniej uzyskiwał świetne wyniki w sprincie. Na tym zdjęciu Mateusz (biegnie drugi) podczas biegu o pierwsze miejsce w sztafecie 4 razy na 400 metrów w Penn Relays. Fot. Archiwum Mateusza Bednary

Na szkołę średnią wybrałem Christ the King High School na Middle Village na Queensie. I tam rozwinąłem swoje umiejętności. Uprawiając sport, jak piłka nożna, biegi lekkoatletyczne czy baseball, czułem, że jestem w swoim żywiole. Miałem wtedy nadzieję, że zostanę sportowcem. Marzyła mi się kariera piłkarza, ale dawałem sobie radę w każdej dyscyplinie. Dołączyłem do drużyny sprinterów i dość szybko zacząłem odnosić sukcesy na torze. W sprincie osiągałem tak dobry czas, że wiele uczelni zaczęło mnie rekrutować. Na zakończenie szkoły średniej otrzymałem wyróżnienie z dziedziny techniki i wychowania fizycznego. Dziś myślę, że wtedy ich nie doceniłem, bo wydawało mi się, że nie mają one takiej wagi jak wyróżnienia z matematyki czy nauk ścisłych, ale z perspektywy czasu jest jasne, że te dyscypliny były przeznaczone dla mnie – kontynuuje Mateusz swoją opowieść.

Dla osoby aktywnie i z wielką pasją uprawiającej różne dyscypliny sportowe nie ma chyba większej tragedii jak kontuzja, która rujnuje marzenia o sportowej karierze. A tak się niestety stało w przypadku Mateusza. Podczas treningu zerwał kolanowe więzadło krzyżowe.

Kontuzja mnie na jakiś czas unieruchomiła – mówi z żalem. Musiałem bardziej skupić się na nauce, z czym nie miałem problemu, ale jednocześnie tak bardzo chciałem być sportowcem. Kiedy już mogłem się poruszać, to stałem się ostrożny, bo nie chciałem, aby doszło do ponownego urazu. I tym sposobem pogrzebałem marzenia o karierze sportowej. Grałem jeszcze w piłkę nożną na studiach, ale to już nie było to samo. Wciąż jednak uprawiam sport, bez niego nie byłbym sobą. Regularnie pływam, czasami nawet pięć razy w tygodniu. Przez lato biegam na bieżni w parku, jeżdżę na rowerze, gram w tenisa. Lubię też siatkówkę plażową, a w zimie jeżdżę na snowboardzie – dodaje.

Szukanie nowej drogi

Kiedy już wiedziałem, że kariery sportowej nie zrobię, zacząłem szukać innej drogi zawodowej i nie było to dla mnie łatwe. Chciałem się dostać do dobrej szkoły z programem inżynierskim. Zawsze lubiłem matematykę, więc nie miałbym problemu z nauką. Jednak swoją akademicką drogę wybrałem dość późno i gdybym zdecydował się na studia inżynierskie, zajęłoby mi to dodatkowe lata, których nie chciałem spędzić w szkole. Dostałem się do The City College of The City University of New York i chociaż na pierwszym roku studiowałem inżynierię, to później przeniosłem się na ekonomię. Myślałem o zostaniu bankierem inwestycyjnym. Zacząłem zajmować się kupnem i sprzedażą akcji. Nabyłem akcje Amazona, Tesli i innych, które wpadły mi w oko ze względu na ich innowacje. Na niektórych transakcjach udało się zarobić spore pieniądze, a na innych niestety się straciło. Popełniłem błędy, ale na tych błędach też dużo się nauczyłem. Wraz z doświadczeniem szło mi coraz lepiej i tym samym zarabiałem coraz więcej. W tym okresie nauczyłem się, że angażowanie się na giełdzie poprzez kupowanie i sprzedawanie akcji pozwala aktywnie uczestniczyć w kapitalizmie, podobnie jak głosowanie w demokracji. Akt handlu akcjami może sygnalizować dobrobyt lub upadek firmy, a w obu przypadkach istnieją możliwości finansowe, które należy wykorzystać – wspomina.

College skończyłem z licencjatem z nauk ekonomicznych na głównym kierunku finanse i podkierunku historia. Lubię studiować historię, bo historia lubi się powtarzać. Zaobserwować można różne ponawiające się schematy, jak na przykład krachy na giełdzie, konflikty zbrojne, kryzysy, pandemie i inne wydarzenia. Nigdy nie myślałem o tym, żeby wykonywać zawód związany z historią, ja po prostu ją lubię. W czasie studiów ukończyłem m.in. kurs historii Europy. Lubię historyczne książki, filmy czy przedstawienia – mówi.

Zainteresowałem się historią jeszcze zanim wyjechałem z Polski. Mama kupiła w formie książkowej kroniki historyczne. I w długie zimowe wieczory, kiedy nie mogłem wychodzić i bawić się na zewnątrz, to żeby zabić nudę, chętnie je przeglądałem i czytałem. Była tam historia Polski, historia rozbiorów, historia I i II wojny światowej. Bardzo mnie wciągnęło czytanie o naszych korzeniach, początkach państwa czy polskich królach – wspomina.

Pierwsza praca

Mateusz od dziecka miał wpojoną etykę pracy. Dlatego już w szkole średniej i potem na studiach podejmował się różnych zajęć, aby zarobić na swoje wydatki.

Pracowałem w restauracjach, a raz nawet odbywałem płatny staż dla kandydata do Kongresu, co było bardzo ciekawe – opowiada.

Po studiach zatrudniła go firma Tough Mudder. Przez pierwsze cztery tygodnie zajmował się archiwizacją danych w systemie. Po tym czasie zdał firmowy test na księgowego i zaczął pracę na tym właśnie stanowisku.

Zajmowałem się tylko księgowością, ale dzięki temu mogłem zapoznać się z wewnętrznym działaniem firmy, czyli takimi rzeczami jak zrobić zamówienia zakupu, jak się przetwarza faktury, jakiego rodzaju dokumentacja prawna jest potrzebna do prowadzenia działalności gospodarczej. Dało mi to ogromną wiedzę o tym, jak prowadzi się biznes, jak liczby w księgowości mogą być wykorzystane w prognozowaniu finansowym. Ale jedyne, czym tam się zajmowałem, to wprowadzanie faktur, dokonywanie płatności i właściwie nic poza tym. To było świetne środowisko, pracowało tam dużo młodych ludzi, z wieloma się zaprzyjaźniłem, panowała bardzo przyjemna atmosfera. Ale w końcu opuściłem tę pracę po dwóch latach. Musiałem się zwolnić, bo nie czułem się usatysfakcjonowany, traciłem formę. Robiłem w kółko to samo. Zwyczajnie byłem znudzony – opowiada.

Być może zajęcie Mateusza było nudne, ale sama działalność firmy Tough Mudder jest interesująca, na co wskazuje już sama jej nazwa. Zajmuje się organizowaniem imprez wytrzymałościowych, w których uczestnicy próbują pokonać 10-12-milowe (16-19 km) tory przeszkód. Została założona przez Willa Deana i Guya Livingstona. Przeszkody odnoszą się do najczęstszych ludzkich lęków, takich jak ogień, woda, elektryczność i wysokość. Pierwsze wyzwanie Tough Mudder odbyło się w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku. Od 2016 roku ponad trzy miliony ludzi na całym świecie wzięło udział w takich wydarzeniach.

Po ukończeniu wyzwania uczestnicy dostają darmowe piwo. Te imprezy są bardzo ekscytujące – śmieje się Mateusz.

Odkrycie makropoleceń i kodowanie

Po odejściu z Tough Mudder zrobiłem sobie dwa miesiące przerwy, po czym znalazłem pracę w firmie logistycznej zajmującej się importem i eksportem kontenerów z różnymi towarami. To była rodzinna firma, prowadzona już przez drugie pokolenie. Jej biuro mieściło się na Dolnym Manhattanie, tuż przy World Trade Center – wspomina.

Dla Mateusza, którego generacja od dziecka jest świetnie zaznajomiona z najnowszymi technologiami i świat komputerów czy programowania nie ma dla niej tajemnic, praca w tym miejscu wydawała się jakby przestarzała.

Przetwarzanie danych czy inne procesy były mocno spowolnione, wiele rzeczy robiono ręcznie. Miałem wrażenie, że niechętnie widziano tam zmiany. Dla zatrudnionych ludzi był to pierwszy i jedyny w życiu etat. Moja menadżerka po rozmowie zobaczyła we mnie potencjał, bo szybko pojąłem różne procesy pracy, zadawałem jej odpowiednie pytania, podsunąłem kilka pomysłów. Poza tym byłem młody i pełen entuzjazmu. Niemal od razu dała mi duże uprawnienia i byłem odpowiedzialny za dokonywanie płatności wysokich kwot – od 250 tysięcy do ponad 1.5 miliona dolarów. Obsługiwałem również konta przewoźników oceanicznych, a wkrótce zająłem wyższe stanowisko. Prawda była jednak taka, że znowu robiłem w kółko to samo, pracując z programem Excel, ale dzięki temu odkryłem tzw. macro (makro). Dla tych, którzy nie wiedzą, to w kilku słowach wyjaśnię, że makro czy makropolecenie to zestaw rozkazów realizujący algorytm komputerowy przeznaczony do wykonywania przez określoną aplikację, zwykle w celu automatyzacji, pewnych czynności lub dokonywania zmian w dokumentach bez interakcji z użytkownikiem. W moim konkretnym przypadku na arkuszu kalkulacyjnym Excela nagrałem wszystkie podejmowane przeze mnie kroki potrzebne do wypełnienia tego arkusza. Przy nagrywaniu tych kroków program Excel wpisuje je w kod, który mogłem uruchamiać tyle razy, ile chciałem. Podczas wykonywania tych czynności zaświtał mi w głowie pewien pomysł. Takie arkusze wypełniałem każdego dnia, więc wystarczyło wprowadzić dane i nagrać wszystkie wykonywane kroki. Potem już wypełnianie arkusza odbywało się automatycznie. Tym samym bardzo ułatwiłem sobie pracę, równocześnie ją przyspieszając i w ten sposób byłem gotowy ze swoimi obowiązkami dwie godziny wcześniej, niż gdybym dalej wszystko wprowadzał ręcznie. Zyskałem tyle czasu, że nie wiedziałem co ze sobą robić. Kiedy pokazałem mojej menadżerce, co wymyśliłem, to powiedziała tylko, że to imponujące, ale nic z tego nie wynikło – opowiada.

Zgłębianie wiedzy

Ja jednak wykorzystałem swoje odkrycie i ułatwiłem sobie pracę. Zyskany czas poświęcałem na rzeczy, które mnie interesowały. Skupiałem się głównie na tym, jak mógłbym jeszcze inaczej wykorzystać makro, czy mógłbym ich użyć do pisania kodów i robienia rzeczy dla siebie. Automatyzacja procesów była tym, na czym zacząłem się koncentrować. Wyszukiwałem, jakie istnieją inne sposoby automatyzacji. Odkryłem program Python, który jest przyjaznym dla początkujących typem programu dla każdego. Python jest powszechnie uważany za jeden z najłatwiejszych języków programowania. Chciałem wiedzieć coraz więcej i w 2019 roku postanowiłem zapisać się na kurs kodowania (coding bootcamp) na Uniwersytecie Columbia. Jest to kurs, który pozwala w krótkim czasie na poznanie wiedzy potrzebnej do rozpoczęcia pracy jako programista. Nazwa wzięła się od Boot Campu, czyli od angielskiego określenia na obóz dla rekrutów. Tam nauczyłem się nowych języków programowania, takich jak Javascript, HTML, CSS i poznałem narzędzia powszechnie używane w rozwijaniu aplikacji. Kolejne pół roku było dla mnie wyzwaniem. Mieszkałem na Brooklynie, na Williamsburgu, i stamtąd codziennie jeździłem do pracy na dolny Manhattan. Po pracy jechałem na Upper West Side, gdzie znajduje się Uniwersytet Columbia, a potem wracałem do domu i jeszcze musiałem wykonywać zadaną pracę domową. Chociaż to był trudny okres, nie poddałem się. I udało mi się. Skończyłem kurs, zdobyłem certyfikat, poszerzyłem swoją wiedzę i nabyłem nowych umiejętności. Teraz zacząłem szukać drogi, jak je wykorzystać, zwłaszcza przy tworzeniu aplikacji internetowych – kontynuuje Mateusz.

Ulepszanie własnych pomysłów

Kilka miesięcy po tym jak Mateusz ukończył kurs i zaczął się zastanawiać nad nowymi możliwościami rozwoju, wybuchła pandemia.

Tak jak i wszyscy, zacząłem pracować z domu. W dalszym ciągu zajmowałem się automatyzowaniem różnych procesów komputerowych i pracowałem nad swoimi pomysłami, równocześnie będąc ciągle zatrudnionym na pełnym etacie. To był dziwny czas, kolejny światowy kryzys, ale jakoś nie do końca mnie to zaskakiwało, bo przecież 100 lat wcześniej wydarzyło się coś podobnego. W 1918 roku wybuchła epidemia hiszpańskiej grypy. W końcu sytuacja zaczęła się trochę poprawiać, otwierało się coraz więcej biznesów i dowiedziałem się, że muszę wrócić do biura. Ale tylko ja, bo nie miałem rodziny, czyli dzieci, którymi musiałbym się zajmować. Poszedłem, ale siedzenie samotnie w pustym biurze było przygnębiające, więc powiedziałam sobie: „dosyć tego, rzucam tę robotę” – wspomina.

Kiedy rozważałem ten pomysł, natknąłem się na wywiad, w którym zapytano rozmówcę: co powiedziałbyś ludziom, którzy zbytnio boją się porzucić swoją karierę i dążyć do czegoś znaczącego. Odpowiedział: „Cóż, powinieneś bać się podejmowania ryzyka i dążenia do czegoś znaczącego, ale bardziej powinieneś bać się pozostania tam, gdzie jesteś”. Tym rozmówcą był Jordan Peterson, kanadyjski psycholog, autor i komentator medialny. Jego słowa ze mną współgrały. Nie byłem wtedy emocjonalnie związany z karierą zawodową w tamtym miejscu, nie pasowała też do mojej osobowości, więc porzucenie jej było, moim zdaniem, naturalną decyzją – mówi.

Blockchain to przyszłość

Już w 2011 roku, po kryzysie ekonomicznym w 2008 r., zainteresowała mnie technologia blockchain, po polsku łańcuch bloków. Jest on zdecentralizowaną, rozproszoną bazą danych, która rejestruje, przechowuje i przesyła informacje o transakcjach dokonanych w internecie. Nazwa wzięła się od tego, że informacje uporządkowane są w ciągu bloków danych, które występują jeden po drugim. Każdy z nich zawiera pewną ilość informacji transakcyjnych, a po jego zapełnieniu tworzy się kolejny blok, potem kolejny i kolejny, kreując wirtualny łańcuch. Mając doświadczenie w księgowości i ucząc się programowania wiedziałem, że ta technologia ma ogromny potencjał. Jednym z moich celów jest przygotowanie się do wykorzystania jej potencjału. Zafascynowało mnie to, bo ta technologia ma w sobie wbudowaną księgowość. Widzę w tym internetową przyszłość. I właśnie w tę technologię inwestuję mój czas i pieniądze – opowiada z pasją Mateusz.

Miejsce pracy – to tutaj Mateusz tworzy większość swoich projektów, ale z połączeniem do internetu może je wykonywać gdziekolwiek się znajduje. Fot. Archiwum Mateusza Bednary

Trzy pomocne usługi

Kiedy rzuciłem pracę, zacząłem budować infrastrukturę dla własnej firmy tworzącej aplikacje internetowe – postawiłem serwer z różnymi pakietami do obsługi stron internetowych, zbudowałem własną stronę internetową oraz dla kilku moich przyjaciół. To, co obecnie oferuję, można znaleźć na mojej stronie pod adresem: https://brixbiz.com– opowiada.

Obecnie firma Brixbiz oferuje miedzy innymi trzy usługi, które pomogą w rozwijaniu się biznesu: Logo i Branding – to zaprojektowanie wyrazistego logo, które zapewni tożsamość wizualną firmy, rozwój strony i hosting – to zbudowanie pięknej strony internetowej, dostosowanej do danej marki, która przyciągnie więcej klientów i wyniesie biznes ponad konkurencję, kampanie marketingu cyfrowego – dotarcie do rynku poprzez kanały cyfrowe, aby przyciągnąć jak najwięcej klientów.

Najlepsza decyzja

Mateusz ani razu nie żałował, że postanowił otworzyć własną firmę i iść drogą, która go pasjonuje.

Nie było to łatwe, bo rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej wymaga wielu poświęceń. To nie jest praca od 9:00 do 17:00, po skończeniu której można iść do domu albo na spotkanie ze znajomymi i nic człowieka więcej nie obchodzi. Kiedy pracujesz dla siebie, to nie liczy się czas, tylko skończone zadanie. Trzeba też sobie uświadomić, jak bardzo potrzebny jest balans. Z reguły w ciągu dnia mam dużo rzeczy do zrobienia, dlatego już wcześniej przygotowuję sobie listę z planem działania, żeby niczego nie zapomnieć. Każdy mój dzień jest inny, ale generalnie zaczynam go od sprawdzenia monitorów, aby upewnić się, że wszystkie witryny działają, jednocześnie sprawdzając dostępność aktualizacji zabezpieczeń. Następnie zabieram się do pracy nad projektem, który różni się w zależności od klienta, z którym pracuję. Oprócz tworzenia kodu zajmuję się również pisaniem tekstów do zleceń, marketingiem i prowadzeniem księgowości i innymi. Nie ma dnia, żebym nie miał czegoś do zrobienia. I choćbym nie wiem, ile miał obowiązków, to muszę znaleźć czas na ćwiczenia fizyczne oraz regularne posiłki. Bez tego nie byłbym w stanie funkcjonować. Znalazłem sposób na to, jak pogodzić pracę z zadbaniem o samego siebie. Równocześnie muszę być na bieżąco z najnowszymi aktualizacjami i pojawiającymi się technologiami, więc często czytam źródła informatyczne. Ciągła edukacja to naturalny aspekt mojej pracy, jakbym tego nie robił, nie szedłbym do przodu – przyznaje.

Co mnie też ekscytuje w pracy dla siebie, to fakt, że nie robię do znudzenia tych samych rzeczy, tak jak to było w firmach, w których byłem zatrudniony. Każdy projekt jest wyjątkowy i wymaga indywidualnej uwagi, a także własnych rozwiązań. Buduję też przyjacielskie relacje z klientami. Dzięki mojej działalności mogę wspierać rozwój ich biznesów i to mi daje satysfakcję – tłumaczy.

W dzisiejszych czasach posiadanie strony internetowej jest niemal obowiązkowe. Duże firmy, wielkie korporacje i małe biznesy zdają sobie z tego sprawę. Te największe firmy zatrudniają całe zespoły programistów pracujących nad udoskonalaniem ich wizerunku w sieci.

Z kolei małe biznesy nie mogą sobie pozwolić na zatrudnienie takiego zespołu i to jest nisza, w którą wchodzę ja. Świadczę usługi w takim samym zakresie jak grupa programistów. Większość z nich mogę wykonać sam, ale do niektórych zatrudniam ludzi. Mam całą sieć kontaktów osób, które udzielą mi potrzebnej pomocy czy konsultacji. Taka branżowa sieć kontaktów jest bardzo ważna, co zresztą podkreślano podczas kursu na Uniwersytecie Columbia. Zauważyłem też że, polskie firmy nie są licznie obecne w internecie i moim celem jest naprawienie tego – wyjaśnia Mateusz.

Znaczenie domeny

Mateusz podkreśla znaczenie, jakie ma dla firm domena. W ogromnym skrócie domena to niepowtarzalna nazwa, która identyfikuje użytkownika w internecie, jego stronę www, pocztę email. Pełna nazwa domenowa składa się z ciągu nazw oddzielonych kropkami.

Nazwa domeny jest bezcennym atutem każdej firmy, ponieważ jest podstawą jej obecności w internecie. Nabycie nazwy domeny nie jest drogie, co czyni ją przystępnym punktem wyjścia dla firmy każdej wielkości. Jednak prawdziwa wartość nazwy domeny polega na potencjale przekształcenia jej w potężną aplikację internetową. Te z kolei mogą przybierać różne formy, aby spełnić unikalne potrzeby firmy, takie jak platforma handlu elektronicznego, scentralizowane centrum zarządzania kontami, portfolio do prezentacji prac, a nawet platforma blogowa do dzielenia się wiedzą i spostrzeżeniami. Inne przykłady obejmują systemy rezerwacji online na spotkania, wirtualne platformy edukacyjne oraz miejsca wydarzeń do organizacji konferencji lub warsztatów – wyjaśnia Mateusz.

Nazwę domeny można porównać do działki z nieskończonymi możliwościami zabudowy. Dzięki odpowiedniej wizji i realizacji firmy mogą przekształcić swoją domenę w dobrze prosperującą przestrzeń online – sklep, biuro lub galerię. To dostosowane podejście do tworzenia stron internetowych nie tylko pomaga firmom się wyróżnić, ale także pozwala im łączyć się z docelowymi odbiorcami w bardziej znaczący i angażujący sposób. Przy odpowiedniej wizji można również budować aplikacje, które pomagają zautomatyzować systemy firmy. Chociaż większe aplikacje wymagają oczywiście więcej zasobów.

Nie wszyscy ludzie zdają sobie sprawę, jak wiele można osiągnąć dzięki Internetowi. Moje zadanie to pośredniczenie między internetem a każdym, kto chce skorzystać z tego, co ma on do zaoferowania – dodaje Mateusz.

W sercu zawsze Polak

Zawsze byłem i jestem dumny z bycia Polakiem. Dlatego kiedy dwa lata temu spotkałem się z obecnym prezesem Pulaski Association Grzegorzem Frycem i wyjaśnił mi, że organizacja ta zrzesza biznesmenów, którzy wzajemnie sobie pomagają, że jest to wspaniały networking, a równocześnie promuje polskie dziedzictwo i kulturę, to nie musiałem się długo zastanawiać i zostałem członkiem – przyznaje Mateusz.

Wystąpiliśmy z ciekawymi inicjatywami, które realizujemy w sieci. Jedną z nich jest budowanie katalogu biznesowego. Będzie w nim można znaleźć zarejestrowane firmy, a sam katalog jest na stronie internetowej Pulaski Association https://pulaskiassociation.com/polish-american-business-directory#/. Oprócz biznesów włączamy do niego organizacje charytatywne, polskie szkoły na całym Wschodnim Wybrzeżu i parafie. Mamy nadzieję, że uda nam się zbudować taki katalog, który będzie użytecznym źródłem informacji dla całej Polonii.

Zobowiązałem się także do rozbudowania kont organizacji w mediach społecznościowych – na Facebooku, Instagramie, Twitterze czy Linkedin. Dzięki temu będziemy mogli dotrzeć do Polaków w całej Ameryce i na świecie – mówi.

Iwona Hejmej


Kontakt do Mateusza: tel. 718-683-0551, e-mail: mbednara@brixbiz.com, https://brixbiz.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -