poniedziałek, 27 maja, 2024
Strona głównaDziałySylwetkiDawid Czajka – biznesmen z duszą muzyka

Dawid Czajka – biznesmen z duszą muzyka

Dawid Czajka to właściciel dwóch firm – DC Projects Inc i MC Contracting NY Corp, lider zespołu Dzieci PRL-u, założyciel organizacji non-profit Dzieci PRL-u Inc, dumny mąż i ojciec dwóch córek, aktywny działacz polonijny. W jego życiu nie ma czasu na nudę ani na bezczynność. Stara się, aby wszystko, czym się zajmuje, miało cel oraz sprawiało satysfakcję zarówno jemu, jak i innym.

Dawid Czajka z żoną Anną. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Aż trudno uwierzyć, że ten człowiek, którego napędza chęć tworzenia i ulepszania świata, sam o sobie mówi, że jest introwertykiem. – Uwielbiam samotność i najlepiej czuję się w sam ze swoimi myślami i planami, a kiedy przychodzi czas na działanie, to działam. Pełnię szczęścia dają mi momenty spędzone w domu, kiedy mogę się zrelaksować albo poczytać książkę, a obok krzątają się moja żona i córki pochłonięte własnymi zajęciami – zdradza Dawid.

Ciekawość Ameryki

Dawid pochodzi z Leżajska, niewielkiego miasta położonego w północnej części województwa podkarpackiego, znanego z piwa warzonego w Browarze Leżajsk. Do Nowego Jorku przyleciał 1 lipca 2003 roku po pomyślnie zdanej sesji i ukończeniu III roku Politechniki Krakowskiej.

Od 1990 roku w Nowym Jorku mieszkał mój tato. Stany bardzo mnie ciekawiły, a kiedy jeszcze kilku znajomych wyraziło chęć zwiedzenia Ameryki, uznałem to za świetną okazję na zorganizowanie fantastycznych wakacji. Nie miałem najmniejszego zamiaru tu zostać, ale po dwóch miesiącach spodobało mi się tak bardzo, że zacząłem się zastanawiać nad przedłużeniem pobytu. Ta decyzja byłaby dużo łatwiejsza, gdybym miał ukończone studia. Dlatego przez pewien czas się wahałem – wracać i skończyć studia, czy zostać i kontynuować edukację w Stanach. Zostałem i z dzisiejszej perspektywy nie żałuję, że podjąłem taką decyzję. Pomimo że nie ukończyłem Politechniki Krakowskiej, to i tak te trzy lata studiów technicznych wiele mi dały – opowiada Dawid.

Czas, kiedy zdawałem na studia, był okresem wyżu demograficznego w Polsce. Z tego powodu trudno było się dostać na wymarzony kierunek, bo na jedno miejsce aplikowało czasem kilkadziesiąt osób, zwłaszcza na popularne działy. Niewielu z mojego rocznika dostało się tam, gdzie pragnęło, tylko tam, gdzie było miejsce. Ze mną było podobnie, bo chciałem studiować informatykę czy robotykę, zdawałem też na wydział elektryczny, ale finalnie skończyłem na inżynierii środowiska. Stwierdziłem, że zaczepię się na początek, a potem się przeniosę. Jednak tego nie zrobiłem, bo ta specjalizacja okazała się całkiem fascynująca. Do dziś wykorzystuję to, co pamiętam i czego się nauczyłem na takich zajęciach jak konstrukcje budowlane, fizyka budowli, mechanika, materiałoznawstwo oraz nauka programu AutoCAD, który na co dzień używany jest w branży budowlanej na całym świecie – mówi.

Dawid i dziewczyny jego życia – żona Ania i córki Amelia i Maya – podczas rodzinnych wakacji na Florydzie. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Rodzina znowu razem

Po przyjeździe do Stanów Dawid zamieszkał u taty w dzielnicy Ridgewood na Queensie. W ciągu kilku następnych lat rozdzielona rodzina Czajków znowu zaczęła się łączyć. Rok po przyjeździe Dawida dojechała na stałe jego mama, potem rok od niego młodsza siostra Magda. Na końcu, bo dopiero w roku 2012, dołączyła najmłodsza siostra – Marta. I wtedy już rodzina była w komplecie.

Siostry Dawida na wyjazd do Stanów zdecydowały się po skończonych studiach. Dziś obie pracują w swoich zawodach. Magda jest architektem, a Marta farmaceutką.

Tato dobrze sobie tutaj radził. W 2000 roku otworzył własną firmę budowlaną i kiedy już postanowiłem, że zostaję, nie musiałem martwić się o zatrudnienie. Niestety, jako syn właściciela nie miałem żadnych ulg, a wręcz przeciwnie. Tato wymagał ode mnie wiele więcej niż od innych. Musiałem dużo pracować, lecz nie miałem z tym problemu, ponieważ na tamten moment pracę traktowałem jako naukę „amerykańskiej sztuki budowlanej”, która wówczas znacząco różniła od polskiej. Kilka lat później zająłem się wycenami, prowadzeniem projektów, pracą biurową, kontrolą miejsc, na których wykonywane były zlecenia. I tak przepracowałem w firmie taty kolejnych kilkanaście lat – opowiada Dawid.

Z siostrami: Magdaleną i Martą. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Trudna branża

W końcu Dawid doszedł do wniosku, że nabył sporego doświadczenia i jest już w tym wieku, że nadszedł czas, aby stworzyć coś swojego. Postawił na własną firmę, ale zajmującą się tym samym, czym zajmuje się starszy pan Czajka.

– To, co robię, nie różni się od tego, co robiłem przez lata w firmie taty, ale teraz to ja jestem szefem i odpowiedzialność jest niewątpliwie większa. Moja firma zajmuje się renowacją zewnętrzną budynków na Manhattanie. Zlecenia otrzymuję od tych samych firm i klientów, z którymi współpracuję od wielu lat i 99% moich projektów wykonywanych jest na Manhattanie, chociaż licencje na prace budowlane posiadam na całe miasto Nowy Jork. Zdaję sobie sprawę, że branża, którą wybrałem, nie należy do najłatwiejszych i to pod wieloma względami, ale siedzę w niej już ponad 20 lat i nią przesiąkłem. Zauważam wiele zmian, bo zmienia się zarówno miasto, jak i czasy, w których żyjemy. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pracować, kontrole z departamentu bezpieczeństwa i higieny pracy nie były ani tak częste, ani tak drobiazgowe jak dzisiaj. Staram się wierzyć, że władze miejskie robią tak nie tylko, żeby zarobić, ale także dla poprawy bezpieczeństwa – przyznaje Dawid.

Oprócz miasta trzeba się też borykać z właścicielami budynków, którzy wnikliwie patrzą na ręce i wykorzystują każde potknięcie firmy, żeby nie zapłacić w ogóle albo mocno zapłatę opóźnić.

W żartach często powtarzam, że firmy budowlane to jedyne firmy, które możesz zatrudnić, one wykonają zlecenie, ale już zapłacić im nie trzeba – mówi Dawid z gorzkim uśmiechem. – Najtrudniejsze pod tym względem są małe projekty, przy których nie podpisuje się formalnego kontraktu. Przy większych zleceniach umowy są podpisywane i ściągalność płatności jest łatwiejsza, ale też nie zawsze. Czasami sprawy o pieniądze kończą się niestety w sądach, ale uważam takie rozwiązanie za ostateczność. Zawsze próbujemy się dogadać na wszystkich poziomach, co zresztą jest częścią każdego biznesu – dodaje.

Ogromną satysfakcją jest wygranie przetargu, zwłaszcza kiedy o zlecenie ubiega się 10 czy 15 firm, bardzo często większych niż moja. Chodzi o to, że nie zawsze wygrywa oferta najniższa, tylko po wielokrotnych rozmowach z klientem lub firmą zlecającą wygrywa firma najbardziej wiarygodna. A kiedy jeszcze po skończeniu okazuje się, że wszystko jest wykonane poprawnie, do tego kasa się zgadza, to naprawdę jest co świętować  – przyznaje.

Gwiazdorska klientela

Nikomu raczej nie trzeba tłumaczyć, że budownictwo wiąże się z ciężką, fizyczną pracą. Ale, jak się okazuje, nie tylko. W przypadku Dawida, to także szansa na spotkanie interesujących i sławnych ludzi.

Nowe projekty są dla mnie wyzwaniami. Zawsze jestem zadowolony, jak uda się zrobić coś naprawdę dobrego. Przy okazji poznaję wyjątkowych ludzi, takich, których nie spotyka się na co dzień  – mówi.

Dawid dąży do tego, aby jego projekty zawsze były wykonywane tak, aby sprostać oczekiwaniom klienta i często musi to być na najwyższym poziomie. Dzięki temu i swojej osobowości wyrobił sobie dobrą reputację. Jest ceniony i nierzadko otrzymuje prestiżowe zlecenia.

Wykonywałem projekt dla Madonny, która kupiła trzy budynki na Manhattanie i trzeba było je połączyć w jeden. Z moją firma podjęliśmy się strukturalnych modyfikacji budynków, a także renowacji wyglądu zewnętrznej elewacji. Dzięki temu, że moja firma działała w pierwszej fazie całego projektu, miałem okazją spotkać się z królową popu kilka razy. Muszę powiedzieć, że wydała mi się bardzo fajną, serdeczną osobą. Inną gwiazdą muzyki, którą miałem zaszczyt poznać i wykonać projekt, był Sting. Tu mnie już kompletnie zatkało. Podałem mu rękę i chciałem powiedzieć coś mądrego, ale emocje wzięły górę i nie udało mi się wydusić słowa. Przeprowadzaliśmy również zmiany strukturalne w mieszkaniu aktorki Sarah Jessicki Parker, znanej z bijącego rekordy popularności serialu „Sex and the City” („Seks w wielkim mieście”). Kolejny budynek, w którym pracowaliśmy, należał do aktorki i fotomodelki Liv Tyler, córki lidera grupy rockowej Aerosmith – Stevena Tylera. Co prawda prace dla tych sław nie doprowadziły do nawiązania bliższych znajomości, ale dla mnie zarówno te, jak i wiele innych spotkań, pozostaną niezapomniane – zdradza Dawid.

Artystów pokroju Madonny czy Stinga można porównać do chodzących instytucji, które dają zatrudnienie całemu sztabowi ludzi. Dlatego jasną sprawą jest, że to nie oni osobiście sięgnęli za telefon, aby zadzwonić do Dawida i wynająć jego firmę. – Można na palcach jednej ręki policzyć biznesy, które są angażowane do dużych projektów dla gwiazd show biznesu, celebrytów, polityków czy innych wysoko postawionych osób w Nowym Jorku. Działa to na zasadzie jednego organizmu, w skład którego wchodzą projektanci, architekci i jedna główna firma, która zatrudnia swoich najlepszych podwykonawców od poszczególnych prac – wyjaśnia Dawid.

Dobrą ekipę buduje się latami

Należyte wykonanie zlecenia w dużej mierze zależy od doświadczenia, zaangażowania i wzajemnej współpracy ekipy. Jest to ważne, bo prace budowlane, to prace zespołowe. Dlatego dla Dawida istotny jest dobór pracowników. Obecnie zatrudnia 33 osoby, ale jego bolączką jest zbyt duża rotacja.

Jestem bardzo wymagający. Zatrudniając ludzi przede wszystkim patrzę, czy są uczciwi i pracowici. To dla mnie najważniejsze cechy, bo samego fachu można się prędzej czy później nauczyć. Nie oczekuję, że ktoś będzie tyrał ponad swoje siły, bo wiem, że to ciężka praca, ale z żalem muszę stwierdzić, że brakuje dziś ludzi, którzy by się uczciwie przykładali do tego, co robią. Starsi pracownicy są dużo bardziej rzetelni. Z kolei wśród młodych osób często zauważam roszczeniowość, kombinatorstwo, lenistwo – mnóstwo złych cech dzisiejszego świata. I wszystko powinno być podane pod nos. Ja jestem z pokolenia, które już od młodości było zaradne, ciekawe życia, miało chęć do nauki, samodzielnego rozwiązywania problemów na każdym polu. Jestem zdania, że zawsze na początku powinna być uczciwa praca, a później za nią przyjdą pieniądze – nigdy odwrotnie. Tak mnie pewnie ukształtowała polska postkomunistyczna rzeczywistość, z czego, patrząc na dzisiejszy świat, jestem dumny. Teraz zamiast samemu pomyśleć i wpaść na rozwiązania, wystarczy odpalić YouTube i wszystko jest jasne. Niestety, tak to według mnie nie działa, ale jak na razie też nie zanosi się na to, żeby coś się w tym temacie miało zmienić  – przyznaje Dawid.

Muzyczny gen

Jednak nie samą pracą i chlebem żyje człowiek. Dla Dawida niezwykle ważna jest muzyka, która w jego życiu zaistniała już we wczesnym dzieciństwie. Jest to ciekawe, bo nie pochodzi z rodziny o muzycznych tradycjach.

Mój tato w ogóle się na muzyce nie zna, a jeżeli chodzi o mamę, to zawsze bardzo lubiła śpiewać, ale tak sama dla siebie, w domu. Pewnie uaktywnił się we mnie gen, w którymś pokoleniu, ale nie mam pojęcia, po którym przodku. I może to zabrzmi trywialnie, ale muzyka interesowała mnie od zawsze. Moim sąsiadem był organista z naszej parafii w Leżajsku. Byłem fajnym dzieciakiem i chyba mnie polubił, bo kiedy szliśmy do kościoła na mszę, to zazwyczaj zabierał mnie na chór, gdzie on grał na organach. Miałem wtedy zaledwie pięć lat i byłem tą muzyką oraz jego śpiewem zafascynowany – opowiada.

Sąsiedzkie relacje z kościelnym organistą były tak dobre, że Dawid często bywał gościem w jego domu. Zaprzyjaźnił się z jego wnukami i chodził się z nimi bawić.

Ale to nie zabawy mnie najbardziej pociągały podczas tych wizyt, tylko syntezator, który organista posiadał. Pozwalał mi do niego zasiadać i podpowiadał jak się nim posługiwać. Wtedy już wiedziałem, że granie sprawia mi przyjemność – wspomina Dawid.

Widząc pasję swojego jedynego syna do muzyki, państwo Czajka w prezencie komunijnym podarowali mu jego pierwszy, własny syntezator.

Pamiętam jak dziś, że miał 1.5 oktawy i dwie barwy. Od razu zasiadłem do grania. Robiłem to z taką pasją, że mama zapisała mnie do ogniska muzycznego, gdzie rozpocząłem naukę gry na pianinie. Po trzech latach prowadzący to ognisko dyrektor szkoły muzycznej zamknął je i przeniósł mnie i kilku innych uczniów do tejże szkoły. Ale tam już nie było tak łatwo. Chodziłem do niej jeszcze dwa lata i zrezygnowałem z powodu nauczyciela, który tak skutecznie mnie zniechęcił do grania, że przerwałem naukę – wspomina.

Chłopak z gitarą

Przez kolejne dwa lata Dawid nawet nie chciał spojrzeć w stronę pianina, a co dopiero do niego zasiąść i zagrać. Coś się zmieniło dwa lata później, po rozpoczęciu nauki w liceum.

Tam miałem kolegę, pianistę i absolwenta szkoły muzycznej. Miał dobry jak na tamte lata warsztat. W naszej szkole stało kilka pianin i razem zaczęliśmy na nich sobie pogrywać. To właśnie dzięki niemu wróciłem do grania. Wtedy też zainteresowała mnie gitara. Miałem 15 lat, kiedy zaczęła się moja przygoda z tym instrumentem. Nie rozstawałem się z gitarą od momentu jak wziąłem ją po raz pierwszy do rąk – wspomina Dawid.

Moja nauka gry na gitarze nie ma nic wspólnego z tym, jakie dzisiaj są możliwości. Ja uczyłem się grać sam z różnych dostępnych gazet, pisemek czy śpiewników, w których znalazłem rozpiski akordów i funkcji. Tak więc jestem samoukiem. Miałem bardzo dobre podstawy teorii muzyki, lecz każdy instrument jest specyficzny i brakowało mi wiedzy o samej gitarze. Dziś uważam, że gry uczyłem się troszkę złą drogą. Nie miałem nikogo, kto by był chociaż dwie półki wyżej i mówił mi, co powinienem ćwiczyć, żeby szybciej nabierać wprawy. Dlatego teraz, kiedy spotykam osoby uczące się tego instrumentu, potrafię im podpowiedzieć, co mają zrobić, żeby ta nauka szła im sprawniej i szybciej. Zanim gra na gitarze zaczęła mi sprawiać satysfakcję i przynosić radość, minęły przynajmniej trzy lata. Przedtem, tak po prostu, coś na niej tłukłem – twierdzi.

Oprócz grania w okresie lat 90. Dawid słuchał głównie dziesiątek polskich kapel takich jak Hey, Myslovitz czy Pidżama Porno, polskiej muzyki punkowej i rockowej.

Dostępu do muzyki nie ma co porównywać z dzisiejszym czasami. Nagrywało się z radia na kasety i słuchało tego, co kto akurat miał. O jakości nagrań z popularnych wówczas Grundigów czy Kasprzaków lepiej w ogóle nie wspominać – wspomina Dawid.

Grajek ogniskowy

Dziś Dawid się śmieje, że wyrósł na grajka ogniskowego. Gitara towarzyszyła mu cały czas i grał na niej przy każdej okazji.

Grywałem na wszystkich wagarach, biwakach i szkolnych imprezach, na wakacjach i wszelkich okazjach, jakie się nadarzały. Mogę powiedzieć, że do dzisiaj pozostałem takim grajkiem ogniskowym. Mam w głowie setki piosenek, które mogę w każdej chwili zagrać, chętnie umilam wszelkiego rodzaju imprezy. Jako muzyk biesiadny i ogniskowy także śpiewałem. Bo granie na gitarze idzie z tym automatycznie – wspomina.

Trochę się to zmieniło po wyjeździe na studia do Krakowa, bo okazji do muzykowania było mniej, ale za to Dawid częściej chodził na koncerty.

W mieście ciągle organizowano imprezy muzyczne, w których brały udział takie grupy jak Myslovitz, T-Love, Kult, Akurat. Chodziliśmy na ich wszystkie występy. Pamiętam też pierwszy koncert Ani Wyszkoni i grupy Łzy w klubie 38 w miasteczku studenckim Akademii Górniczo-Hutniczej. Przyszło zaledwie sześć osób, bo nikt ich jeszcze nie znał. To było piękne, studenckie życie – wspomina.

Pierwszy zespół, w którym Dawid grał w Nowym Jorkiu – Paradigm. Od lewej: Tomek, Dawid i Przemek. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Pierwszy zakup

Po przylocie do Nowego Jorku pierwszym zakupem Dawida była właśnie gitara. – Bardzo mi jej brakowało – wspomina z uśmiechem. Kontaktowy chłopak szybko poznał wiele osób, a kiedy już się zdecydował, że jednak nie wraca do Polski, jeden z nowych znajomych powiedział mu, że jego kuzyn ma swój zespół i zapytał, czy nie miałby ochoty na wspólne granie.

Na próby spotykali się w studiu muzycznym Roxy na Long Island City. Chętnie skorzystałem z zaproszenia, bo byłem ciekaw, co grają i jak grają w Nowym Jorku. Miałem nadzieję, że być może sam się załapię. Zaproponowali mi, abym grał na basie, ale ja wtedy nie miałem szerokiego pojęcia o grze na tym instrumencie – opowiada.

Tydzień później do Dawida odezwał się perkusista zespołu i powiedział, że ma gitarę basową i chętnie ją pożyczy. Namówił go, aby ponownie wpadł na próbę i sprawdził, jak się czuje z graniem na basie.

Nazwaliśmy się Paradigm i w ten sposób zaczęła się moja przygoda z gitarą basową – opowiada Dawid. Zespół istniał dwa lata, od roku 2004 do 2006. Chłopcy grali podczas wielu polonijnych imprez organizowanych w Nowym Jorku i New Jersey, m.in. na Polance Sokołów, w Warsaw Club, w Centrum Polsko-Słowiańskim.

Nagraliśmy nawet całą płytę. Ale nigdy jej nie wydaliśmy, tak więc nie można jej nawet posłuchać, ponieważ zachowano ją tylko w naszych domowych archiwach  – ujawnia Dawid.

The Dagger podbija Manhattan

Po przeprowadzce Szymona, wokalisty zespołu Paradigm, do Chicago, zespół przestał występować, ale chłopcy wciąż się spotykali na wspólne granie i doszli do wniosku, że warto, aby ta przygoda trwała. Postanowili znaleźć nowego wokalistę. Udało się i do polskich muzyków dołączył Amerykanin. Zespół powstał jakby na nowo, ale pod inną nazwą – The Dagger.

Sean napisał swoje teksty i ruszyliśmy z koncertami na Manhattan. Przynajmniej raz zagraliśmy we wszystkich klubach na Lower East Side, a w niektórych nawet kilkukrotnie – wspomina Dawid.

Podobnie jak Paradigm, The Dagger również grał dwa lata i też nagrał płytę, którą można znaleźć i wysłuchać na soundcloud.

Z zespołem The Dagger Dawid wystąpił na koncertach we wszystkich klubach manhattańskiej Lower East Side. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Sean pochodził z Florydy. Marzył o zrobieniu muzycznej kariery w Nowym Jorku, ale niestety z takiego grania, jakie my uprawialiśmy, ciężko było wyżyć i po prostu nie dał rady finansowo. Łapał się różnych robót, ale on głównie chciał grać. Muzycznie był bardzo uzdolniony, ale nie udało się. W 2008 roku postanowił wrócić na Florydę do rodziców i zespół się rozpadł. Zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że z muzyki ciężko jest wyżyć, zwłaszcza w takim mieście jak Nowy Jork. Od kiedy jestem w Stanach, mogę powiedzieć, że od początku bardzo dużo grałem, czy to koncertów, czy to prób, ale równocześnie pracowałem. Często się zdarzało, że z chłopakami graliśmy do 3:00 albo 4:00 nad ranem, a ja już o 8:00 byłem w pracy – mówi Dawid.

Narodziny Dzieci PRL-u

Zarówno Dawid, jak i jego koledzy, chcieli dalej grać, ale i tak już pomniejszoną o wokalistę grupę opuścił dodatkowo perkusista. Jednak zaraz na perkusję wskoczył gitarzysta Marcin, a Dawid, oprócz grania na gitarze basowej, złapał za mikrofon i zaczął śpiewać. Na klawiszach wciąż grał Tomek. I to był zalążek kolejnego zespołu – Dzieci PRL-u.

Nie był to jeszcze skład idealny, ale z czasem do zespołu zaczęli dołączać kolejni – Przemek, z którym Dawid wcześniej grał w Paradigm, Piotr i trochę później jego brat, Paweł.

Zaczęliśmy się regularnie spotykać i razem grać. Nie planowaliśmy jednak grać ani w amerykańskich klubach, ani amerykańskich utworów, tylko postanowiliśmy się skupić na graniu po polsku. Zaczęliśmy od coverów. Graliśmy je tak wiele razy, że w końcu zaczęło nam to świetnie wychodzić. I wtedy stwierdziliśmy że, można by było zorganizować jakiś fajny koncert. I tak narodziły się Dzieci PRL-u – opowiada Dawid.

Oto jak na swojej stronie internetowej muzycy opisują powstanie zespołu: „Dzieci PRL-u to polski zespół muzyczny z Ridgewood na Queensie. Nazwa zespołu wiąże się z polską historią, kiedy Polska była za Żelazną Kurtyną. Muzyka była wówczas formą rebelii przeciwko systemowi politycznemu, a punk rock głównym jej nurtem. Kreatywność tych czasów wpłynęła na zespół oraz ich interpretacje muzyki. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, od spotkania grupy przyjaciół, zafascynowanych muzyką i polskimi korzeniami. Swoją działalność rozpoczęli od grania wersji cover artystów z czasów PRL-u. Ich pierwszy koncert w 2010 roku w klubie na Brooklynie i ogromny pozytywny odbiór zapewnił im rozpoznawalność na scenie muzycznej w Nowym Jorku. Rok 2017 był przełomowy, ze względu na wydanie i promocje pierwszego albumu – „Rymowanki”. Ich indywidualny, wyrazisty styl muzyczny stworzył składankę wyjątkowej muzyki w przystępnej do odbioru formie. Tworząc oryginalne rzeczy, grając przed popularnymi zespołami, działania i koncerty charytatywne ugruntowały pozycje zespołu Dzieci PRL-u na polsko-amerykańskiej scenie muzycznej”.

Zespół ma swoje studio na Ridgewood, w którym się spotyka na próby albo po prostu wspólne granie dla przyjemności.

Trzy najważniejsze dziewczyny

Dawid Czajka to nie tylko odnoszący sukcesy właściciel firm, przedsiębiorca, ambitny muzyk i lider zespołu, ale także ojciec rodziny. Od kilkunastu lat związany jest z Anną, pracownicą Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej.

Anię poznałem również dzięki muzyce. Była wówczas związana z innym muzykiem, ale dziękuję losowi, że zetknął nas razem. Jestem tu, gdzie jestem dzięki niej. Ogromnie mnie wspiera, chociaż zdaję sobie sprawę, że musiała mieć do mnie całe morze cierpliwości. Wiem, że przez lata mój „rock and roll life” bardzo wiele kosztował moich najbliższych. Dopiero po dłuższym czasie zdałem sobie sprawę, jak często bywałem nieobecny w domu, a moja żona wszystko niosła dzielnie na swoich barkach. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Doceniam ją i bardzo kocham – opowiada Dawid.

Ania i Dawid są rodzicami dwóch córek – 14-letniej Amelii i 12-letniej Mayi. Dziewczyny niestety nie dzielą pasji taty do muzyki. – Chyba mają dosyć mojego grania i śpiewania w domu. W zespole cały czas gram na gitarze basowej, ale w domu tylko na akustycznej i na pianinie. Tak więc one przebywają wśród muzyki na co dzień. Może jeszcze coś się w nich zmieni i zainteresują się jakimiś instrumentem, ale nie zmuszam ich do tego  – śmieje się Dawid.

Jak wiele innych dzieci polskich imigrantów, córki Ani i Dawida chodzą do polskiej szkoły dokształcającej. – Chodzenie do dwóch szkół nie jest łatwe. Dziewczynki, jak były młodsze, buntowały się, że nie chcą w weekendy chodzić do szkoły. Uważały, że to niesprawiedliwe. Obecnie są już jednak na tyle świadome, że chcą szkołę skończyć. Zdarzają się pojedyncze soboty, w które wolałyby zrobić sobie wolne, bo na przykład mają ochotę gdzieś wyjechać. Ale to zdarza się wyjątkowo. Wiedzą, że znajomość dodatkowego języka jest bardzo w życiu ważna. Równocześnie mają okazję do poznania historii i kultury kraju swoich rodziców. Czują więź z Polską, mają tam dziadków, ciotki, wujków i kuzynostwo. Z żoną wpajamy im polskość, uczymy tradycji, w domu mówimy tylko po polsku. Mówią tak dobrze, że kiedy co roku jadą do Polski na wakacje, nikt nie rozpoznaje, że urodziły się poza krajem. Świetnie też piszą i czytają, co napawa żonę i mnie dumą – przyznaje Dawid.

Działalność w szkole i parafii

Amelia i Maya uczą się w Polskiej Szkole św. Józefa, która powstała w 2016 roku i jest częścią parafii św. Józefa w Jamajce na Queensie. Dawid nie byłby sobą, gdyby nie zaangażował się w życie zarówno szkoły, jak i parafii.

W tej parafii proboszczem jest fantastyczny ksiądz, Krystian Piasta, pochodzący ze Śląska. Od słowa do słowa okazało się, że ma nie tylko niesamowitą zajawkę muzyczną, ale też świetnie się na tym zna, bo w młodości pracował przy nagłaśnianiu koncertów muzycznych i cały czas jest na topie nowinek technicznych systemów dźwięku. Dzięki niemu i pomocy dyrektorki szkoły, powstała grupa dzieciaków, które chcą i lubią śpiewać. Niestety, pandemia skutecznie przerwała nasz projekt i jak na razie nie wznowiliśmy zajęć na takim poziomie, na jakim byśmy chcieli – opowiada.

Działalność przy szkole i parafii zaowocowała także tym, że co jakiś czas Dawid grywa podczas mszy na pianinie. – Gram tylko w zastępstwie za organistę oraz podczas szkolnych uroczystości – wyjaśnia.

W głowie Dawida zrodził się też pomysł, żeby stworzyć dla dzieci grupę podobną do grup oazowych. – I tak spędzam w tej szkole całe sobotnie przedpołudnia czekając na córki, ponieważ żona pracuje, więc dlaczego czegoś takiego nie zorganizować? – zastanawia się. – Jest naprawdę fajna grupa uczniów z wielką pasją do śpiewania. Uwielbiam pracować z dziećmi i sprawiać im radość. Robię to może też dlatego, że ja czegoś takiego nigdy nie miałem i w jakiś sposób spełniam swoje dziecięce marzenia. Wydaje mi się, że w moim życiu zabrakło kogoś, kto by mnie mocniej popchnął w stronę muzyki, kogoś, kto by mi pokazał, że to może być fajne już w tak młodym wieku – mówi.

Muzykowanie bez zarobku

Pomimo swojej ogromnej miłości do muzyki Dawid jakoś zawsze wiedział, że w ten sposób nie będzie zarabiał na życie. Teraz twierdzi, że jego czas już minął i muzyczną pasję sponsoruje pracą.

Odpadają nam koszty za wynajem studia, bo stworzyłem je w moim domu, ale to nie oznacza, że to studio jest darmowe. Dochody z grania przeznaczamy na promocje, gadżety typu koszulki z logo czy stronę internetową zespołu. Zarobku z muzykowania nie ma żadnego. Wszystko, co zarabiamy, jest reinwestowane – wyjaśnia.

A Dzieci PRL-u grają sporo. Grupa mocno angażuje się w życie kulturalne Polonii. Występują na niemalże wszystkich festiwalach związanych z dziedzictwem polskim. W okresie bożonarodzeniowym chętnie kolędują w polonijnych restauracjach czy barach. Niejednokrotnie uświetniali uroczystości w konsulacie RP na Manhattanie, w oddziałach PSFCU czy nawet w nowojorskim ratuszu na Queensie. Nie odmawiają grania charytatywnego na rzecz chorych i potrzebujących.

1.5 roku temu Dawid założył nawet fundację „Dzieci PRL-u Non Profit Organization”, żeby formalnie uregulować status zespołu. – Pojawia się tu dużo możliwości i perspektyw. Odnowiłem studio i można teraz robić w nim koncerty i puszczać z nich transmisje na żywo na naprawdę wysokim poziomie. Obecnie muzyka jest dla mnie źródłem radości i odpoczynku od dnia codziennego – mówi.

Jeden z koncertów Dzieci PRL-u, zespołu, który istnieje już od 13 lat. Fot. Archiwum Dawida Czajki

Nowi ludzie, nowe projekty

Ze względu na pracę, działalność muzyczną, zaangażowanie w szkole córek, wieczną potrzebę tworzenia rzeczy przynoszących innym radość, Dawid niemal codziennie poznaje nowych ludzi, których wnikliwie obserwuje.

Z każdego spotkania staram się kogoś wyłuskać. Przyglądam się ludziom, rozmawiam z nimi i zastanawiam się, co by można wspólnie zrobić na różnych płaszczyznach – czy w pracy, czy muzycznie, czy w organizacji. Absolutnie nie chcę tu nikogo wykorzystywać, tylko wspólnie planować nowe projekty, realizować pomysły. Uwielbiam ludzi ambitnych, chcących coś w życiu osiągnąć – zdradza.

Pomimo niezliczonej ilości zajęć, Dawid znalazł czas na członkostwo w Pulaski Association of Business and Professional Men.

O tej organizacji usłyszałem w 2015 roku, kiedy zostałem zaproszony na galę z okazji wybrania Człowieka Roku. Wtedy został nim pan Tadeusz Woźniak, długoletni księgowy z Greenpointu i działacz polonijny. Nazwa organizacji nie była mi obca, ale jej działalność od tej pory jeszcze bardziej mnie zaciekawiła. Dlatego kiedy jej prezes, Grzegorz Fryc, którego znałem już od dłuższego czasu, zaproponował mi członkostwo, zgodziłem się z przyjemnością. Już na pierwszym spotkaniu poznałem wiele ciekawych osób, znanych polonijnych działaczy i biznesmenów. I okazało się, że znałem też kilku innych, bo nasze drogi już wcześniej się w Nowym Jorku przecięły. Pulaski Association ma dobre założenia i wspólne działanie może przynieść wiele korzyści dla Polonii  – opowiada.

Iwona Hejmej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najpopularniejsze

Ostatnio dodane

- Advertisment -